Polski aktor bez hamulców: od Ruchu Chorzów po Putina i Trumpa na MŚ. „Totalna przeginka, żenada!”
Znany aktor, kibic Ruchu Chorzów szczerze porozmawiał ze Stolicą Sportu. Dlaczego komercjalizacja zabija ducha Mistrzostw Świata? Co myśli o wyrokach dla pseudokibiców i... chodzeniu po stolicy w barwach Niebieskich? Michał Żurawski nie gryzie się w język i rozlicza współczesny futbol.
Zacznijmy od Ruchu Chorzów. Śledzi Pan na bieżąco mecze i wyniki zespołu w tym sezonie?
– Śledzę, jak co roku. Śmieję się, bo grają w I lidze i nie wszystko wychodzi nam tak, jakbyśmy chcieli, ale jestem na bieżąco. Widziałem nawet ostatnie remisy z Polonią Bytom i Podbeskidziem. Od zawsze życzę im jak najlepiej, chociaż dzisiaj bez dużych pieniędzy trudno budować nowoczesny futbol.
Kibicuję znowu jak nastolatek – z pełną nadzieją i wiarą, choć jestem w kropce, jeśli chodzi o moich kochanych Niebieskich. Szkoda ostatnich baraży, moim zdaniem zespół nie był jeszcze na to wszystko gotowy. Jestem naiwnym kibicem i ciągle wierzę, że wydarzy się cud. Początki sezonu bywają ciężkie, trzeba się rozkręcić, ale wierzę, że sytuacja się poprawi.
Co najbardziej Pana martwi, a co daje nadzieję na lepsze czasy?
– Kiedy byłem gówniarzem i mieszkałem na Śląsku, grałem w piłkę ręczną w hali Ruchu, w Zrywie. Moi kuzyni grali w Ruchu i chodzili do Szkoły Podstawowej nr 27, która szkoliła pod kątem piłkarskim. To było szkolenie w stylu holenderskim z lat 70. – stawiasz na własnych wychowanków i na nich bazujesz. Z rozmów z ludźmi, którzy wciąż żyją w Chorzowie, wiem jednak, że to przestało sprawnie działać. Rozumiem, że to kwestia finansowania, ale szkoda tego potencjału.
Ostatnie Mistrzostwo Polski zdobyliśmy w 1989 roku – bardzo dawno temu. Mimo to cały czas mam wiarę, że w Chorzowie można stworzyć coś na wzór Athletic Bilbao: klub regionalny, oparty na szkoleniu i zawodnikach z Górnego Śląska. Dzisiaj w składzie mamy np. Anglika, Hiszpana, Chorwata czy Japończyka. Zaczyna się robić międzynarodowo. Pamiętam też czasy z przeszłości, gdy niektórzy kibice nie zgadzali się na grę czarnoskórych zawodników, co było dla mnie całkowitym absurdem i z czym absolutnie się nie zgadzam.
Kiedyś gra w Ruchu Chorzów to była narodowo-wyzwoleńcza walka, tożsamość i ogromna duma, a dzisiaj tożsamość zanika.
Futbol traci ducha przez pieniądze i politykę?
– W ostatnich latach zacząłem mniej kibicować samej piłce, bo przestało mi się podobać to, co dzieje się na jej szczytach. Zobaczmy na to, co wyprawia Gianni Infantino. On przypomina Donalda Trumpa. Jego arogancja i spoufalanie się kompletnie nie pasują do sportu. Era czystego futbolu, w której liczyła się sama gra i genialne jednostki, powoli mija.
Kiedyś był jeden Maradona – piłkarz z galaktycznego poziomu. Dzisiaj w jednej dekadzie masz paru takich zawodników: Messiego, Ronaldo czy Mbappé. Piłka nożna została zażarta przez pieniądze. Komercja stała się ważniejsza od samej kwintesencji gry i to mnie strasznie martwi. Nie wiem, jak uleczyć futbol, mogę kierować się tylko instynktem.
Mimo wszystko, sport trzyma Pana obecnie przy życiu? Ten Ruch i – jak Pan to ujął – wręcz naiwne kibicowanie?
– Absolutnie. Starałem się oglądać mecze nawet na ostatnim mundialu, ale po przemyśleniu sprawy dochodzę do smutnych wniosków. Zwróćmy uwagę na liczbę drużyn. Kiedyś na turniej spośród prawie 200 krajów świata trafiały 32 reprezentacje. To była absolutna elita – wiedziałeś, że z każdego kontynentu przyjeżdżają najlepsi. A dzisiaj rozważa się dalsze poszerzanie turnieju. Zaraz w mundialu będzie mogła wziąć udział 1/3 albo 1/4 wszystkich narodów. Co to będzie za impreza? Po co w ogóle eliminacje? Grajmy od razu turniej na 150 drużyn... To nie ma najmniejszego sensu.
A chodzi tylko o jedno: o pieniądze. Żeby interes się kręcił. Niestety tak to dzisiaj wygląda i – zresztą – w moim zawodzie jest bardzo podobnie.
Słychać, że te wielkie pieniądze w futbolu naprawdę Pana drażnią.
– Drażni mnie, gdy we wszystkim pojawia się nadmiar pieniędzy. Ludzie nie wiedzą, co z nimi robić, i wydają je na byle co. Tymczasem najpiękniejsza jest czysta pasja – zarówno w sporcie, jak i w aktorstwie. Kiedy widzisz aktora, który żyje swoją rolą, po prostu mu wierzysz. Z piłką jest tak samo: kiedy młody chłopak zostawia zdrowie na boisku, żeby strzelić gola, kibica nie da się oszukać. Kibic to czuje i zawsze będzie komuś takiemu kibicował.
Dzisiaj ten duch zanika, wszystko przelicza się na pieniądze. Piętnastolatkowie podpisują milionowe kontrakty, bo w tabelkach i Excelach wylicza się ich przyszłe sukcesy jak u koni wyścigowych. To przestaje być futbol. Wiem, że świat idzie w tym kierunku i tak wygląda komercyjny rozwój, ale po prostu mi się to nie podoba.
A jak ocenia Pan obecną sytuację Ruchu Chorzów?
– To złożona sprawa. Fajnie jest przyjść na mecz na Stadion Śląski, kiedy grają derby czy spotkanie z Wisłą Kraków i na trybunach zasiada ponad 50 tysięcy ludzi. Widzew też przyciąga tłumy. Ale to nie jest nasz dom. Ja chodzę na Ruch od dziecka, od lat 80. Nasz stadion był i jest na Cichej – a właściwie teraz go nie ma. To smutne, bo problem trwa tak długo, że dawno można było go rozwiązać.
Władze miasta zapowiedziały przetarg na projekt nowego stadionu.
– Mam nadzieję, że wreszcie pojawi się światełko w tunelu. Ruch ma 14 tytułów mistrzowskich – tyle samo co Górnik Zabrze. Tymczasem w czasie, gdy u nas ciągle debatuje się nad przetargami, Górnik czy Piast zdążyły wybudować swoje obiekty. Wszędzie w regionie powstały stadiony, a klub z największymi sukcesami wciąż go nie ma.
Co w takim razie leży u podstaw tego problemu?
– Nie chcę się wymądrzać, bo nie mieszkam już w Chorzowie i znam sprawę głównie z opowieści, ale nie trzeba być geniuszem matematycznym, żeby wyciągnąć wnioski. Stadion Śląski jest dla Chorzowa trochę jak przekleństwo. Klub poszedł po linii najmniejszego oporu – posiadanie tak wielkiego obiektu w sąsiedztwie pomaga, ale też rozleniwia. Wynajmowanie stadionu jest jak wynajem mieszkania: płacisz komuś obcemu za coś, co nigdy nie będzie twoje, zamiast inwestować we własną własność. Jako kibic Ruchu czuję się jak ktoś, kto ciągle coś podnajmuje.
Żal mi tego, bo klub osiągnął już swoje dno na przełomie wieków i w latach 90. Wtedy naprawdę bałem się, że Ruch całkowicie zniknie. Ale zespół pokazał charakter – potrafił wrócić do Ekstraklasy bez wielkich budżetów i gwiazd, zajmując drugie i trzecie miejsce w tabeli. Pamiętam mecz na Legii – szliśmy z kuzynem w koszulkach Niebieskich przez całą Saską Kępę, aż do Łazienkowskiej. Chorzowianie wygrali – mimo że spadli, to młodzież i niemalże juniorzy pokazali ogromny hart ducha. Szkoda, że ten potencjał i energia nie zostały wtedy przelane na stabilizację finansową, jak zrobiły to inne kluby.
Czy Ruch ma potencjał, który czeka na lepsze zarządzanie i inwestorów?
– Zdecydowanie. Jeśli ktoś czyta ten wywiad i ma wolne środki, które chciałby zainwestować, szczerze polecam Ruch Chorzów. To może być bardzo opłacalna inwestycja. Zresztą świetnym wzorem do naśladowania byłoby baskijskie Athletic Bilbao – postawienie na własną szkółkę i szkolenie młodzieży. Zapewniam, że za dekadę mielibyśmy wychowanków tworzących dwa naprawdę silne zespoły.
Nie przekonują Pana zagraniczni zawodnicy grający obecnie w Ruchu?
– Obcokrajowcy ogólnie niespecjalnie mnie przekonują – i to w większości drużyn. Zobaczmy na zaprzyjaźniony Widzew czy na Legię Warszawa. Policzmy polskich zawodników w składach i zobaczmy, jakie wyniki osiągają w ostatnich sezonach. A potem spójrzmy na mecze pucharowe, gdzie polskie zespoły przegrywają wysoko z drużynami z zachodnich lig. Przykładowo: Lech przegrał na wyjeździe aż 0:4 z Crystal Palace, czyli ekipą, która myślałem, że już dawno została zlikwidowana. To pokazuje różnicę w jakości szkolenia młodzieży. Procentowo wygląda to u nas bardzo kiepsko i brakuje tu porównania do zachodnich standardów.
Wspomniał Pan o meczu z Legią, na który szedł Pan z kuzynem przez Warszawę w koszulce Ruchu. To był bezpieczny spacer?
– Ludzie na nasz widok zastanawiali się, czy nie chcemy popełnić samobójstwa. Zawsze powtarzam: kiedy jadę do Dortmundu na mecz z Bayernem, kibice obu drużyn przed spotkaniem piją razem piwo. Dlaczego u nas nie może być tak samo? A potem się dziwimy, że na Zachodzie patrzą na nas przez pryzmat stereotypów i traktują jak zwierzęta.
Oczywiście paru gości próbowało rozrabiać, ale policja reagowała szybko, a my sami nie prowokowaliśmy. Wyszliśmy z założenia, że skoro jesteśmy w stolicy europejskiego kraju, to mamy prawo przejść przez miasto w barwach klubu, który kochamy. Ukłon w stronę kibiców Legii, że zachowali się w porządku i przeżyliśmy ten spacer bez większych incydentów. W latach 90. taki numer by nie przeszedł. Potraktowałem to jako pewien eksperyment socjologiczny i dowód na to, że powoli równamy do europejskich standardów.
Czyli pod względem kultury kibicowania jest dzisiaj w Polsce lepiej?
– Zdecydowanie lepiej i myślę, że będzie jeszcze lepiej. Jeżdżę często na mecze reprezentacji Polski – byłem na Mistrzostwach Europy czy kwalifikacjach do mundialu, np. na Malcie. Widzę ludzi, którzy podróżują za kadrami i uważam, że nasi kibice reprezentują już całkiem niezły poziom. Nie ma co narzekać.
Przed nami mecze Ligi Narodów – będzie Pan oglądał?
– Liga Narodów to dla mnie komercyjna wydmuszka. Nie oglądam tego. Od początku jej istnienia obejrzałem może ze dwa mecze – po prostu mnie to nie przekonuje.
Dla mnie najważniejsze zawsze były dwa rodzaje rozgrywek: polska liga i mundial. Znam historię Mistrzostw Świata na pamięć, to od dziecka była moja wielka pasja. Mundial to dla mnie absolutny szczyt – wyznacznik tego, co w piłce najlepsze. Przyjeżdżają reprezentacje w najwyższej formie i zaczyna się dwutygodniowy wyścig. Nie ma znaczenia poprzedni sezon ani tabelki: albo masz charakter, albo go nie masz, a na przygotowanie do tego jednego turnieju miałeś cztery lata.
Ostatni mundial też dostarczył tylu emocji?
– Był trudny do oglądania. Rozciągnięto go do czterech tygodni. W ciągu pierwszych dwóch tygodni obejrzałem prawie wszystko, ale szybko poczułem przesyt piłki nożnej na bardzo różnym poziomie.
Choć były też piękne momenty. Zachwycił mnie na przykład pierwszy mecz Uzbekistanu – pomyślałem sobie wtedy z przekąsem, że gdyby nasza reprezentacja miała z nimi zagrać, wcale nie byłoby nam łatwo wygrać. I to jest w mundialu fantastyczne: drużyny z odległych zakątków świata, jak Curacao czy Wyspy Zielonego Przylądka, potrafią spiąć się na te dwa tygodnie i dać z siebie wszystko. Grają szaloną, bezkompromisową piłkę i właśnie po to jest ten turniej.
Tylko błagam – nie rozszerzajmy go do 48 czy 50 drużyn! 32 zespoły to był absolutny maks. Na turnieju powinna grać elita, z zachowaniem odpowiednich proporcji między kontynentami.
Terminarz współczesnych piłkarzy jest przeładowany. Jak to wygląda z Pana perspektywy?
– To, co się dzieje dzisiaj, staje się wręcz chore. Dla porównania: kiedy w 1982 roku Polska zdobywała trzecie miejsce na świecie, piłkarze poza ligą grali w zasadzie tylko w pucharach i reprezentacji. Dzisiaj dołożono im Ligę Narodów, rozbudowano pucharowe rozgrywki europejskie do tego stopnia, że chyba nikt już się w tym nie orientuje, a meczów jest cztery razy więcej.
Liczba spotkań w trakcie sezonu jest ogromna. Dla tych zawodników to musi być wycieńczające. Czasami mam wrażenie, że niektórzy piłkarze jadą na turniej reprezentacyjny po to, żeby... odpocząć od klubu.
Mimo krytycznego stosunku do komercjalizacji piłki, wciąż żyje Pan tymi tematami.
– Kiedyś piłka nożna to było po prostu coś więcej. Klub cię identyfikował. Dorastałem w czasach, w których nawet jeśli nie byłeś zagorzałym kibicem, musiałeś wiedzieć, kto, gdzie i na jakiej ulicy komu kibicuje – chociażby po to, żeby bezpiecznie przejść przez osiedle. Z tego, co obserwuję, w pewnych miejscach niewiele się pod tym względem zmieniło.
Żyjąc w Warszawie, miewa Pan z powodu kibicowania Ruchowi jakieś spięcia z fanami Legii, oprócz przemarszu z kuzynem?
– Nie, absolutnie. Nie jestem typem zaczepnika. Ale miałem kiedyś jedną zabawną sytuację. Chodzę po Warszawie w czarnej czapce z daszkiem, która ma wtopiony czarny, mało widoczny znaczek Ruchu Chorzów. Zazwyczaj o nim zapominam.
Nie mam samochodu, więc poruszam się metrem. Pewnego dnia wsiadam do wagonu i widzę dwóch postawnych, mocno zbudowanych gości z siłowni, którzy mierzą mnie dość wyzywającym wzrokiem. Uśmiechnąłem się do nich, myśląc, że pewnie rozpoznali we mnie aktora. Po chwili zorientowałem się jednak, co mam na głowie... W metrze jasne światło, wszystko widać. Zrobiło mi się nieco gorąco. Odwróciłem się do nich tyłem, patrząc w szybę, żeby nie prowokować sytuacji. W pewnym momencie kątem oka widzę, że oni za moimi plecami zaczynają rozpinać kurtki. Pomyślałem: "Boże, tylko nie to, zaraz mnie tu wyciągną i pobiją". Stali tak chwilę, po czym pociąg wjechał na stację i zaczęli wychodzić. Odwróciłem się i zobaczyłem, że pod rozpiętymi kurtkami obaj mieli niebieskie koszulki Ruchu Chorzów!
Okazało się, że nie jestem jedynym zakamuflowanym kibicem z Chorzowa w warszawskim metrze. Bardzo mnie ta sytuacja rozbawiła.
Czyli obyło się bez żadnych groźnych incydentów?
– Żadnych. Mam zresztą znajomych, którzy są zagorzałymi kibicami Legii i chodzą na Żyletę – i to nie na sektor rodzinny, tylko konkretni chłopcy. Kiedy się witamy, potrafimy sobie uszczypliwie pożartować w stylu: "No cóż, nikt nie jest doskonały, ale i tak się kumplujemy". Jest między nami podwórkowy, kibicowski szacunek. Co poradzę? W ostatnich latach Legii idzie znacznie lepiej, prześcignęli nas nawet w liczbie zdobytych mistrzostw Polski. Jako kibic biorę to na klatę i przełykam gorycz – z tego powodu nie będę przecież biegał za nikim z maczetą.
Środowisko kibicowskie bywa skrajne, czasem dochodzi do przestępstw czy użycia niebezpiecznych narzędzi. Co Pan o tym sądzi?
– Absolutnie to potępiam. Jeżeli ktoś chce się ze sobą bijatykować, niech idzie do lasu na tak zwane ustawki – tak jak zresztą to robią. Ale niech nie przenoszą tego na stadiony czy ulice! Gdzie tu jest jakakolwiek logika?
Przecież ludziom, którzy walczą na maczety, powinno zależeć na tym, aby ich klub istniał i się rozwijał. Bo jeśli zabierzesz klub, to zostają tylko handel narkotykami i zwykła bandyterka, a znikają cała tożsamość i środowisko. Żeby klub funkcjonował, potrzebuje zaplecza – sportowego, ideologicznego oraz młodzieży. Czego tacy ludzie chcą nauczyć młodszych braci czy młodych kibiców z osiedla? Cięcia maczetą? Przecież przez takie zachowania zwykli ludzie zaczynają się bać i przestają przychodzić z rodzinami na stadiony.
Nie róbmy z tego bandyterki pod osłoną kamer i telewizji. Mówię to nie bez powodu: niedawno zapadły bardzo surowe wyroki dla pseudokibiców Ruchu Chorzów – niektórzy dostali po kilkanaście lat więzienia. To nie są żarty. I chociaż jestem kibicem Ruchu, mówię wprost: absolutnie to potępiam. To nie powinno tak wyglądać.
Od lat mieszka Pan w Warszawie. Czy z racji tego zdarza się Panu chodzić na mecze Legii?
– Raz czy dwa razy zdarzyło mi się pójść na mecz Legii w europejskich pucharach – to było chyba z dziesięć lat temu, gdy grali w Lidze Europy. Mówiąc szczerze: poszedłem tam z intencją, żeby Legia wygrała. Włączył mi się wtedy taki zdrowy, narodowy patriotyzm. Pomyślałem, że to w końcu polski zespół i dobrze by było, gdyby zaszli jak najdalej, zarobili pieniądze i zrobili dobrą reklamę naszej piłce.
Mam do tego bardzo jasne podejście: na lokalnym podwórku, w ligowych rozgrywkach, możemy ze sobą konkurować i rywalizować. Ale kiedy polska drużyna jedzie grać w europejskich pucharach, reprezentuje cały kraj. Pamiętam, że gdy lata temu Ruch grał w pucharach, też kibicowała nam większość kibiców z Polski – zapewne również ci z Warszawy, bo to były inne czasy. Chcę uczyć moje dzieciaki właśnie takiego kibicowania – bez aroganckiej agresji i nienawiści. Sport powinien uczyć i bawić.
Kibicem Legii pewnie by się Pan jednak nie nazwał?
– Nie, bez przesady! To nasza pierwsza randka (śmiech).
W wywiadach daje się jednak odczuć, że Legia trochę Pana drażni.
– Drażni mnie, bo jestem kibicem Ruchu – to naturalna rywalizacja. Ale tak jak mówiłem: jeśli Legia będzie grała w pucharach i wejdzie na przykład do Ligi Mistrzów, z pełnym szacunkiem będę kibicował, żeby zaszła jak najdalej. Kibice Ruchu mogą mnie za to znienawidzić, ale nie jestem sprzedajczykiem – po prostu cenię profesjonalizm i podziwiam ludzi, którzy są w czymś naprawdę dobrzy. Jeśli dana drużyna osiąga sukces, to znaczy, że potrafi dobrze grać i trzeba to uszanować.
Legia ma za sobą niezły początek sezonu.
– Życzę Legii mistrzostwa Polski w sezonie 2026/27. Wie Pan dlaczego? Bo Ruch gra w I lidze. Jak uda się za rok spotkać w Ekstraklasie, to nie będę taki pobłażliwy dla warszawiaków.
Wierzy Pan w awans do Ekstraklasy?
– Oczywiście, że wierzę. Większe cuda już w piłce widziałem. Pamiętam chociażby Mistrzostwo Polski zdobyte przez Ruch w 1989 roku w ostatniej kolejce – to był prawdziwy cud.
W I lidze trafiają się mecze na naprawdę dobrym poziomie, czasem nawet ciekawsze niż w Ekstraklasie, chociaż biorąc pod uwagę ogólny poziom polskiej piłki, to nie jest duże osiągnięcie. Jaki kraj, taki futbol. Wierzę w awans, ale w przypadku sukcesu najtrudniejsze i tak będzie późniejsze utrzymanie się w wyższej klasie rozgrywkowej.
Czy Waldemar Fornalik to odpowiedni trener dla Ruchu?
– Zdecydowanie tak. W obecnej sytuacji to najlepszy trener, tylko potrzeba więcej wiary i mnóstwa cierpliwości. To szkoleniowiec mający DNA Ruchu, wyciągał go z największego bagna – życzę mu jak najlepiej. Myślę, że zostanie na Śląsku do końca kariery. To Ślązak.
Mimo że od ćwierć wieku mieszkam w Warszawie, dwa lata temu zrobiłem spektakl w Katowicach – w zasadzie tylko po to, żeby raz w miesiącu przyjeżdżać na Śląsk i go grać. Dzięki temu regularnie, choćby na jeden weekend w miesiącu, spotykam się z rodziną i starymi znajomymi. Każdego ciągnie do miejsca, w którym się urodził i wychował.
Dlatego zresztą trudno byłoby ze mnie zrobić kibica Legii, choć mieszkając w Warszawie, zacząłem patrzeć na ten klub znacznie łagodniej. Kiedy żyłem na Śląsku, nawet nie przeszłoby mi przez myśl, że będę w stanie z sympatią pomyśleć o Legii. Z wiekiem człowiek staje się bardziej cierpliwy, więcej rozumie i po prostu źle im nie życzy.
A patrząc na Ruch czy na reprezentację – są jacyś pojedynczy zawodnicy, których Pan lubi, bo stanowią o sile drużyny albo zrobią karierę?
– Znaczy ja mam tak, że jak patrzę na naszą reprezentację, to futbol już się tak zmienił, że my mamy dzieciaki gdzieś w Anglii, które nawet języka polskiego dobrze nie znają, ale zaraz mają grać w kadrze, bo już są wielkimi nadziejami. Ja po prostu za tym nie nadążam! Wszystko się pomieszało.
Szczerze przyznam: przez całe lata 90. i pierwszą dekadę XXI wieku, kiedy Polska nie awansowała na mundiale, ja kibicowałem Niemcom. Kibicowałem im, bo mieli po prostu jaja. Swój pierwszy puchar zdobyli w sytuacji, gdy nikt na nich nie stawiał, nikt nie wierzył, że wyjdą z grupy, a oni pokonali wielkie Węgry. I zrobili to samą zawziętością, mimo że po II wojnie światowej w latach 50. wszyscy ich nienawidzili. Potem powtórzyli to w latach 70. i 90. Ich finały, zwłaszcza ten z 1990 roku, to były nudy, ale chodziło o absolutną konsekwencję. Zasada Linekera: grają wszyscy, ale Niemcy i tak w 90. minucie wyciągną na swoje. I ja to lubiłem!
Nie chcę wyjść na rasistę, ale dzisiaj, jak patrzę na reprezentację Niemiec, to mam poczucie, że... to już nie są ci sami Niemcy. Nie chodzi mi nawet o kolor skóry zawodników, bo wiadomo, że świat się zmienia, ale nie ma w tym już tego dawnego ducha niemieckiej piłki, której kibicowałem. Pewnie połowa Polski mnie teraz przeklnie, no ale jestem z Górnego Śląska – tam dziadkowie czy wujkowie byli w Wehrmachcie, tak po prostu wyglądała historia tego regionu. Niemcy były dla mnie takim erzacem, gdy brakowało nas na mundialu.
A dzisiaj? Dzisiaj patrzę na dramat Włochów, którzy nie dostają się na dwa ostatnie mundiale i dają ciała w eliminacjach, chociaż niedawno byli mistrzami świata. To wszystko się rozmywa. Więc to, kto w polskiej kadrze będzie za chwilę nową nadzieją, zmienia się z tygodnia na tydzień i nie ma dla mnie większego znaczenia. Przestałem to śledzić na takim głębokim, emocjonalnym poziomie.
Zauważam to zresztą po moim 18-letnim synu. Jeździ ze mną na mecze, ale nie ma w nim tej czystej energii i miłości do futbolu, którą ja miałem w jego wieku. On też widzi, że to wszystko stało się komercyjnym „McDonald'sem”.
Aż tak posmutniał Panu ten obraz sportu?
– Po ostatnim mundialu naprawdę posmutniało mi to wszystko. Najgorsze jest to, jak do sportu pcha się polityka. To, co odwala Infantino, albo Trump... Jak widzę Donalda Trumpa, który na siłę wpycha się na podium do zdjęcia w świętym momencie ceremoniału podnoszenia Pucharu Świata przez piłkarzy... Przepraszam, że przeklnę, ale k… mać! Jak to zobaczyłem, to pomyślałem, że to już jest totalna przegina! Niewpuszczenie zawodników Iranu… Polityka w najgorszym, najbardziej obsr…. wydaniu – jak na Olimpiadzie w 1936 roku. Słabe to jest, gdy polityka wchodzi przez telewizor prosto do domu podczas mundialu.
Ci goście zasuwają cztery lata na ten moment, żeby podnieść puchar. A taki facet jak Trump – wychowany w rodzinie milionerów, który nigdy sam bułki w sklepie nie kupił – myśli tylko: „O, to jest ten moment, stanę do zdjęcia, mam sławę, jest super”. Jego ego nie pozwala mu pojąć, gdzie się znalazł. Gościu, jesteś w klasztorze futbolu! Uciekaj z tego podium, to jest moment piłkarzy, a nie twój! Dla mnie to jest nie do wyobrażenia. Zachowuje się jak osoba kompletnie pozbawiona wyczucia. Jeżeli zrobił to celowo, to jest po prostu… Eh, szkoda gadać. To tak, jakbym ja wlazł na najważniejsze posiedzenie ONZ i pytał, czy mogę sobie zrobić zdjęcie z szefem organizacji, bo jestem aktorem z Polski! Żenada!
Dla mnie mundial to było kiedyś święto. Jak w 1990 roku nie awansowaliśmy, to płakałem przez tydzień! Mój ojciec, który też był sportowcem, płakał razem ze mną i mnie uspokajał. A dzisiaj? Nie awansowali, to się przełącza kanał i włącza Netflixa.
Ktoś drażni Pana bardziej niż Donald Trump?
– Oczywiście – jest choćby Putin. Nienawidzę go, to złoczyńca, który powinien wisieć w Norymberdze. Jest wielu takich ludzi, ale nie chcę wchodzić głęboko w politykę, bo jestem tylko aktorem i moja opinia w tych kwestiach nie jest najważniejsza. Po prostu wściekam się, gdy widzę, jak polityka wkracza w obszar sportu, bo dla mnie mundial zawsze był wielkim wydarzeniem.
A w polskiej piłce jest ktoś, kto Pana wkurza?
– Nie zaczynajmy tego tematu, bo mistrzów w tej dziedzinie było wielu! Nie wchodźmy w to.
A sam klub lub kibice jakiegoś zespołu, za którymi Pan nie przepada?
– Naprawdę nie mam złych emocji do klubów, z którymi rywalizuje Ruch Chorzów. Mogę opowiedzieć śmieszną anegdotę na temat tzw. „sztam”, czyli układów między kibicami. Ruch ma teraz zgody m.in. z Wisłą Kraków, Widzewem Łódź, Slovanem Bratysława, a nawet... z Atlético Madryt. To brzmi zabawnie, ale tak jest. Kiedy chodzę na mecze, widzę tych ludzi, a na większych spotkaniach słychać kibiców przyjeżdżających ze Słowacji czy Hiszpanii.
Kiedyś jechaliśmy ze spektaklem na drugi koniec Polski i zatrzymaliśmy się busem na stacji benzynowej. Obok zaparkował luksusowy Mercedes, z którego wyszło czterech czy pięciu potężnie zbudowanych, napakowanych facetów w koszulkach Widzewa. Moi koledzy z zespołu, którzy nie orientują się w piłkarskich klimatach, zobaczyli te koszulki, zauważyli, że tamci mierzą nas wzrokiem, i po prostu się wystraszyli. Wyglądało to groźnie. Powiedziałem im: „Eee, załatwię to” i poszedłem prosto do nich. Z perspektywy kolegów wyglądało to tak, jakbym szedł na samobójstwo. Podszedłem, zamieniłem dwa słowa i po chwili cała nasza ekipa stała już z nimi, robiąc sobie wspólne zdjęcia. Podszedłem i powiedziałem po prostu: „Cześć, jestem z Ruchu”. Odpowiedzieli: „O, z Ruchu! Super, chłopie!”. Zaproponowałem zdjęcie i chętnie się zgodzili – przy czym to my chcieliśmy mieć zdjęcie z nimi, a nie oni z aktorami. Moi koledzy byli przerażeni, widząc te postawne, wytatuowane postacie w barwach Widzewa, i dopiero gdy wytłumaczyłem im, na czym polega kibicowska sztama, zrozumieli sytuację.
A czy na planach filmowych lub serialowych rozmawia Pan o piłce z innymi aktorami?
– Z aktorami rzadko, ale ekipa techniczna to niemal zawsze zagorzali kibice! Obecnie pracuję na planie w Zielonej Górze i jeden z chłopaków z pionu oświetlenia jest kibicem ŁKS-u Łódź. Ponieważ ŁKS rywalizuje z Ruchem Chorzów, mamy małe, sympatyczne przekomarzania. Przerzucamy się spojrzeniami i uszczypliwościami, ale wszystko odbywa się w genialnej, przyjaznej atmosferze.
Chciałem jeszcze dopytać o samą kadrę Ruchu Chorzów. Czy są w obecnym składzie piłkarze, których Pan szczególnie ceni?
– Daniel Szczepan jest teraz królem, chociaż ma już swoje lata. Oddał całe serce dla tego klubu i wycisnął z siebie wszystko, co najlepsze. Nie chciałbym jednak oceniać poszczególnych nazwisk. Trzymam kciuki za całą drużynę i z całego serca życzę im powrotu do Ekstraklasy.