Wyjechał z Polski i był zaskoczony. „Nigdy wcześniej nie trenowałem tak ciężko”
Wychowywał się w Legii Warszawa, miał ofertę z akademii Atletico Madryt, a później trafił do Rakowa Częstochowa i słowackiego Zemplina Michalovce. Tomasz Walczak w rozmowie ze Stolicą Sportu opowiedział o najważniejszych decyzjach w dotychczasowej karierze, współpracy z Markiem Papszunem i planach na przyszłość.
Jesteś wychowankiem Delty Słupno, a potem spędziłeś kilka lat w Legii Warszawa. Jak wspominasz ten okres?
– W Legii spędziłem około sześciu lat. To był bardzo dobry czas, a klub dał mi dużo pod względem piłkarskim. Strzeliłem sporo goli. Wielu zawodników, z którymi tam grałem, rozwinęło się i obecnie występuje na wysokim poziomie. Przykładem jest reprezentant Polski i obecny piłkarz Slavii, Wiktor Nowak, z którym grałem w jednym roczniku.
Odejście z Legii? W tamtym okresie budowano LTC i klub chciał, żebym zamieszkał w bursie. Od początku jednak ani ja, ani moi rodzice nie chcieliśmy, żebym się tam przeprowadzał. Pojawiły się na tym tle pewne nieporozumienia, ponieważ Legia mocno naciskała na takie rozwiązanie. Ostatecznie podjęliśmy rodzinną decyzję, że nie chcemy iść w tym kierunku, dlatego przeniosłem się do Escoli.
Wspomniałeś o Wiktorze Nowaku, który jest z rocznika 2004, a ty urodziłeś się rok później. Mimo to mieliście okazję razem grać. Jak go wspominasz z tamtego okresu? Utrzymujecie kontakt? A może jesteś w kontakcie również z innymi zawodnikami, na przykład z Igorem Strzałkiem?
– Tak, z Igorem Strzałkiem również mamy kontakt. Wiktor Nowak pochodzi z Drobina, ja jestem z Płocka, więc kiedy on jeszcze grał w Pegazie, razem jeździliśmy na treningi. Uważam go za świetnego piłkarza i człowieka. Do dziś jesteśmy na łączach. Mamy kontakt przez Instagrama, czasami też rozmawiamy przez telefon.
Wiadomo, jak wygląda życie: ja jestem teraz na Słowacji, Wiktor w Czechach, więc trudno utrzymywać codzienny kontakt. Każdy ma swoje obowiązki. Kiedy jednak jest okazja, żeby się spotkać, zawsze dobrze wspominamy tamte czasy. Wiedziałem, że ma potencjał i że będzie grał na wysokim poziomie.
Jak wspominasz trenerów, z którymi pracowałeś w Legii? Miałeś na swojej drodze między innymi Dariusza Rolaka, Grzegorza Szokę i Jakuba Zapaśnika.
– Pracowałem z wieloma szkoleniowcami, chyba nawet z siedmioma już w młodym wieku. Tych, których wymieniłeś, wspominam bardzo dobrze. Mam kontakt z trenerem Zapaśnikiem oraz Szoką. Uważam, że mocno się rozwinąłem pod ich skrzydłami. Każdy wymagał czegoś innego.
Przeżyłem dużo dobrych chwil z trenerem Zapaśnikiem, Rolakiem czy Szoką, który wziął mnie do starszego rocznika i konkretnie na mnie stawiał. Ogólnie bardzo dobrze wspominam współpracę z tymi szkoleniowcami.
Co przede wszystkim dała ci Legia?
– Uważam, że przede wszystkim nauczyła mnie profesjonalizmu od najmłodszych lat. W Legii już wtedy mocno zwracano uwagę na to, żeby zachowywać się jak profesjonalny piłkarz. Chodziło zarówno o przygotowanie przed treningiem i po nim, dodatkowe ćwiczenia, jak i samą pracę na boisku. Ważne było również to, jak zachowujesz się poza treningami. W takim klubie od małego chcą zaszczepić w zawodniku profesjonalne podejście. To właśnie wskazałbym jako najważniejszą rzecz, którą wyniosłem.
Czy jest jakiś mecz, sezon albo turniej z czasów gry w Legii, który szczególnie zapadł ci w pamięć?
– Było dużo dobrych momentów. Szczególnie pamiętam pierwszego gola z Lechem Poznań, jak miałem z 7–8 lat. Przegraliśmy chyba 6:14.
Było też spotkanie ze Zniczem Pruszków, w którym w ostatniej akcji strzeliłem gola na 1:0. Zadedykowałem tę bramkę mojemu zmarłemu koledze, który zginął. Miałem pod koszulką Legii drugą koszulkę z jego zdjęciem. Na meczu byli jego rodzice, więc była to dla mnie naprawdę wyjątkowa chwila.
Wspominasz wiele dobrych momentów, ale czy zdarzały się też trudniejsze okresy? Były sytuacje, w których nie grałeś regularnie albo zmagałeś się z kontuzjami?
– Wydaje mi się, że przez cały okres spędzony w Legii, zarówno w swoim roczniku, jak i w starszych drużynach, byłem zawodnikiem, na którego trenerzy stawiali. Zdobywałem dużo bramek. Kiedy sobie to przypominam, nie pamiętam sytuacji, w której nie grałbym regularnie albo miałbym poważniejszą kontuzję. To był raczej okres, w którym grałem od deski do deski.
Odszedłeś z Legii w 2019 roku. Czy klub próbował cię zatrzymać?
– Z tego, co pamiętam, Legia bardzo chciała mnie zatrzymać. Zależało jej, żebym został i przeprowadził się do LTC. Tak jak mówiłem, była to jednak moja prywatna sprawa, a przede wszystkim decyzja rodzinna. Uznaliśmy, że w tamtym momencie lepszym rozwiązaniem będzie zrobienie kroku do przodu. Za taki uważam przejście do Escoli Varsovia. Od początku byliśmy z rodziną przekonani, że to dobry kierunek. Bardzo podobał nam się pomysł na szkolenie i sposób, w jaki klub pracował z zawodnikami od najmłodszych lat.
Zastanawiasz się czasem, czy gdybyś został w Legii i przeprowadził się do bursy, twoja kariera mogłaby potoczyć się inaczej? Wracasz myślami do tej decyzji?
– Uważam, że była przemyślana i z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że przejście do Escoli okazało się dobrym ruchem. Później trafiłem do Płocka i w bardzo młodym wieku zacząłem grać na poziomie seniorskim. Udało mi się również zadebiutować w Ekstraklasie. Myślę, że gdybym został w Legii, trudno byłoby mi zrobić taką karierę jak do tej pory. Uważam więc, że był to przemyślany krok, a zarazem krok do przodu.
Z kim spotkałeś się w Escoli?
– Bardzo dużo zawdzięczam trenerowi Rolandowi Thomasowi, który obecnie pracuje w Radomiaku, oraz trenerowi Piotrowi Gurzędzie. Wspólnie wykonaliśmy kawał dobrej pracy. Mogę wymienić również Pawła Śpiegowskiego, który prowadził starszy rocznik. To trzech szkoleniowców z Escoli, którzy bardzo mi pomogli.
Z Escoli trafiłeś do Wisły Płock. Wtedy miałeś inne propozycje?
– Byłem nastawiony na Płock, również dlatego, że mam tam rodzinny dom. Wisła przedstawiła mi konkretną ofertę i plan rozwoju. Wszystko dobrze się ze sobą łączyło. Miałem być blisko pierwszego zespołu, a jednocześnie grać w drugiej drużynie. Uważam, że był to dla mnie najlepszy kierunek rozwoju.
Zdecydowaliśmy, że najlepiej będzie, jeśli jak najszybciej zacznę występować w piłce seniorskiej. Miałem wtedy chyba 15 albo 16 lat i grałem już nawet na poziomie czwartej ligi. To był mój pierwszy sezon, w którym prezentowałem się solidnie i strzeliłem sporo goli. Zależało mi na tym, żeby trafić do Płocka, być blisko rodziny i rozwijać się na miejscu. Jako płocczanin uważałem to za przemyślaną decyzję.
Kiedy pojawił się debiut w Ekstraklasie, czułeś się gotowy na ten poziom?
– Wierzyłem w siebie i byłem dobrze nastawiony. Uważam, że pod względem mentalnym byłem gotowy, ale fizycznie jeszcze nie na poziom Ekstraklasy. Brakowało mi trochę motoryki i siły. Byłem wysokim zawodnikiem, ale potrzebowałem czasu. Zawsze należałem do piłkarzy, którzy później dojrzewają fizycznie.
Był moment, w którym naprawdę dobrze wyglądałem, ale z perspektywy czasu uważam, że nie byłem jeszcze na tyle przygotowany fizycznie, żeby dostawać więcej minut w Ekstraklasie w Wiśle.
Czyli byłeś wtedy bardziej gotowy na grę w drugim zespole Wisły?
– Tak, dokładnie.
Rozmawiałeś z władzami klubu o dalszym planie na ciebie? Czy Wisła wyznaczała ci konkretną ścieżkę rozwoju?
– Po debiucie był moment, w którym klub mógł dać mi więcej szans i mocniej wprowadzić mnie do zespołu, ale ostatecznie się to nie udało. Później większość meczów rozgrywałem w drugiej drużynie.
Mieliśmy bardzo mocną kadrę i wielu napastników, dlatego trudno było wywalczyć kolejne minuty. W praktyce byłem traktowany jak normalny zawodnik: trenowałem, czekałem na swoją szansę, ale nie było konkretnego planu na to, co dalej.
Chciałbym jeszcze zapytać o Piniego Zahaviego. Jak wspominasz współpracę z tym menedżerem?
– To był dla mnie dobry okres. Kiedy byłem młody, strzeliłem gola w debiucie przeciwko Koronie. Współpracowałem wtedy z Pinim Zahavim i jego współpracownikiem, Jurkiem Kopcem. To była naprawdę fajna przygoda.
W praktyce najwięcej kontaktu miałem z Jurkiem Kopcem, ponieważ jest Polakiem i odpowiadał za współpracę z zawodnikami z naszego kraju. Ogólnie oceniam tę współpracę pozytywnie. Rozstaliśmy się w dobrych relacjach i każdy poszedł w swoją stronę, ale do dziś utrzymujemy kontakt.
Czy oferta z akademii Atletico Madryt była przez ciebie rozważana?
– Tak. Rozważaliśmy to, ale wtedy miałem dobry moment w Płocku. Wspólnie podjęliśmy decyzję, żeby zostać i jeszcze się rozwijać. Nie chcieliśmy, żeby wyjazd za granicę nastąpił zbyt wcześnie.
Teraz mam na sobie przykład, że za granicą jest zupełnie inaczej niż w Polsce. To nie jest tak, że wszędzie trafiasz do podobnego środowiska. Jeden zawodnik nie potrzebuje dużo czasu na adaptację, ale zazwyczaj piłkarze, którzy wyjeżdżają, muszą się przyzwyczaić do nowych warunków. Inaczej wyglądają obciążenia i treningi.
Byłeś zaskoczony, kiedy usłyszałeś, że chce cię Raków?
– Tak, byłem bardzo zaskoczony. Kiedy dowiedziałem się o zainteresowaniu, szybko podjąłem decyzję, że chcę tam iść. Patrzyłem na to, jacy zawodnicy występowali w Rakowie i jak wiele mogę się tam jeszcze nauczyć. Wiedziałem, że perspektywa regularnej gry będzie mniejsza, ale mogłem zdobyć inne doświadczenia.
Miałem też możliwość występów w drugim zespole, dlatego uważam, że była to dobra decyzja. Mimo że nie grałem zbyt dużo, na pewno w jakiś sposób się tam rozwinąłem. Był jednak moment, w którym naprawdę dobrze wyglądałem, a mimo to nie dostałem w Rakowie solidnej szansy. Nawet po obozie, na którym strzeliłem cztery gole. Później wystąpiłem również w Ekstraklasie. Uważam, że były to dobre, solidne mecze, ale ostateczna decyzja należała do trenera.
Ciężko pracowałem i czekałem na swoje szanse, mając jednocześnie świadomość, w jakim miejscu jestem.
Żałujesz, że na początku sezonu 2024/25 nie dostałeś od trenera Papszuna więcej minut?
– Po tamtym obozie myślałem, że skoro strzelałem gole i dobrze się prezentowałem, dostanę kilka szans w meczach. Pamiętam jednak, że w tamtym okresie do klubu przyszli kolejni napastnicy, więc trudno było o miejsce w składzie.
Moje treningi też wyglądały różnie. Czasami stałem z boku, innym razem ćwiczyłem na środku obrony. Jestem typową dziewiątką, a w Rakowie było bardzo dużo zawodników na mojej pozycji. Trudno było nawet podjąć rywalizację, skoro nie zawsze mogłem trenować na swojej nominalnej pozycji. Kiedy dostawałem taką możliwość, uważałem, że dawałem jakość.
Mimo wszystko nie patrzysz na ten okres wyłącznie przez pryzmat braku minut?
– Uważam, że była to decyzja trenera. Jednocześnie nabrałem doświadczenia, bo wcześniej nie miałem okazji przebywać z takimi piłkarzami. Mogłem się od nich wiele nauczyć, co przydało mi się później. Nie patrzę na ten czas przez pryzmat tego, ile grałem. Ważniejsze jest dla mnie to, że mogłem się rozwinąć.
Jak współpracowało ci się z trenerem Markiem Papszunem? Jaki to szkoleniowiec i człowiek?
– Uważam, że to bardzo dobry trener, który naprawdę dużo wymaga, ale może też dużo nauczyć. Ma fajne podejście. Sporo mi przekazał i mogę wypowiadać się o nim w samych superlatywach.
Czego konkretnie cię nauczył?
– Przede wszystkim taktyki, gry bez piłki i zachowań typowych dla napastnika. Mogłem od niego wiele wyciągnąć. Podpowiadał mi rzeczy, o których wcześniej nawet bym nie pomyślał.
Odbywaliście indywidualne rozmowy? Trener mówił ci, żebyś był cierpliwy, pracował i czekał na swoje szanse?
– Nie, z tego, co pamiętam, nie było takich rozmów.
Zakładam jednak, że przy okazji wypożyczeń pojawiały się rozmowy z klubem. Raków przedstawiał ci plan na przyszłość? Mówił, że po powrocie możesz dostać więcej okazji do gry?
– Ogólnie rozmowa wyglądała tak, że kiedy szedłem na wypożyczenie, najważniejsze było dla mnie regularne granie. Niezależnie od tego, czy występowałem w Miedzi Legnica, czy w Siedlcach, uważam, że był to dobry czas. Szkoda, że z Miedzią nie udało się awansować, bo gdybyśmy osiągnęli ten cel, moja sytuacja w Legnicy prawdopodobnie wyglądałaby inaczej. Nie udało się i do tej pory najbardziej żałuję właśnie przegranego finału, rozegranego w moim mieście. Gdybyśmy awansowali, pewnie wszystko potoczyłoby się trochę inaczej.
Nie było jednak konkretnego planu na moje dalsze losy. Po prostu młodzi zawodnicy Rakowa byli wypożyczani, żeby mogli zbierać minuty. Wcześniej młodym piłkarzom bardzo trudno było dostać szansę w pierwszym zespole. W Rakowie było wielu solidnych zawodników. Przypominają mi się choćby Myszor, Mras czy Burkiewicz. To naprawdę dobrzy piłkarze, ale trudno było im o regularną grę, bo jakość zawodników z pierwszego składu była ogromna. Wielu z nich sprowadzono za duże pieniądze, więc ciężko było wskoczyć do zespołu.
Na początku 2026 roku zmieniłeś klub i kraj. Czy poza Słowacją były inne zagraniczne kierunki? Interesowały się tobą również polskie zespoły?
– Miałem oferty z Polski, a także z zagranicy. Trudno było jednak porozumieć się z Rakowem, ponieważ właściciel oczekiwał za mnie pieniędzy. Ja również byłem nastawiony na transfer definitywny. Przez ostatnie cztery miesiące grałem w czwartej lidze, więc wiadomo, że nie była to łatwa sytuacja. Michalovce interesowały się mną już rok wcześniej, ale wtedy nie doszło do mojego odejścia.
Uważam, że podjąłem dobrą decyzję. Poznałem inną perspektywę. Jest różnica pod każdym aspektem. Nigdy wcześniej nie pracowałem tak ciężko. Na Słowacji treningi mają bardzo dużą objętość i intensywność. To dwie rzeczy, które najbardziej mnie zaskoczyły po wyjeździe za granicę.
Czyli pod tym względem różnica między Polską a Słowacją jest naprawdę duża?
– Tak. Trenuje się dłużej niż w Polsce, a same zajęcia są bardziej intensywne. Pierwsze pół roku było mi potrzebne, żeby się zaadaptować, ponieważ nigdy wcześniej nie trenowałem w takich warunkach. To moje pierwsze odczucia po wyjeździe.
Kiedy jechałeś na Słowację, spodziewałeś się takiej intensywności? Miałeś obawy, że trafiasz do ligi, która teoretycznie jest słabsza od polskiej, a jeśli nie będziesz osiągał dobrych liczb, może być ci trudno?
– Nie, jechałem z pozytywnym nastawieniem. Klub przedstawił mi ścieżkę rozwoju i wyjaśnił, jak ma to wyglądać. Nie miałem takich obaw. Chciałem po prostu spróbować czegoś innego, dlatego podchodziłem do tego z optymizmem.
Kiedy przychodziłem, dostałem po prostu pierwsze pół roku na adaptację. Wiadomo, nowe miejsce, nowy klub, inna taktyka gry napastników. Wiele rzeczy wyglądało inaczej niż w Polsce i to najbardziej mnie zaskoczyło. Chodzi przede wszystkim o intensywność, ilość biegania i pojedynków. Ta liga jest bardzo fizyczna, dużo się biega i wymaga od zawodników podejmowania wielu pojedynków, czego wcześniej nie doświadczyłem w Polsce. Grając z takimi zespołami jak Slovan Bratysława, DAC Dunajska Streda czy Spartak Trnawa, można odczuć wysoką intensywność zarówno samych zawodników, jak i meczów.
Potrzebowałem sporo czasu na adaptację, ponieważ przed przyjściem do Michaloviec grałem w czwartej lidze, w rezerwach. Teraz jest już dużo lepiej i bardzo dobrze się czuję. W klubie raz dostajesz szansę, innym razem nie. Trzeba być cierpliwym, ciężko pracować i czekać na kolejne okazje.
Chciałbyś jeszcze w tym roku wywalczyć miejsce w podstawowym składzie? Na razie dostajesz szanse z ławki, a początek sezonu utrudniła ci kontuzja.
– Miałem trudny moment, ponieważ wypadłem na dwa miesiące. Kiedy wróciłem, drużyna akurat wygrywała, więc trener nie chciał niczego zmieniać. Wiadomo, jeśli zespołowi dobrze idzie, nie dokonuje się wielu roszad.
Mieliśmy serię, w której wygraliśmy chyba sześć z siedmiu meczów, licząc również Puchar. Drużyna była w bardzo dobrej dyspozycji, dlatego trudno było mi wskoczyć do składu. Dostawałem szanse głównie w końcówkach. Teraz mamy trudniejszy okres, więc ciężko pracuję i naciskam, żeby ponownie dostawać swoje szanse.
Mamy też dużą konkurencję w ataku. Jest nas chyba czterech albo pięciu, a w zależności od taktyki gra tylko jeden napastnik. Tak wygląda jednak piłka za granicą. Trzeba czekać na okazje, być cierpliwym i po prostu robić swoje.
Jakie cele sobie stawiasz? Chcesz zacząć regularnie strzelać gole, a może traktujesz obecny klub jako trampolinę do mocniejszej ligi i lepszego zespołu?
– Można powiedzieć, że traktuję go jako trampolinę, ale nie nakładam na siebie dodatkowej presji. Były mecze, w których napastnikowi trudno było o bramki. Poza Paulauskasem, który grał tu wcześniej, inni napastnicy również nie strzelali zbyt wiele. Mamy teraz trudną sytuację, ponieważ przeciwko mocniejszym drużynom gramy niżej. W takich okolicznościach napastnikowi naprawdę trudno zdobywać bramki.
Nie podchodzę jednak do tego w ten sposób i nie wywieram na sobie presji. Chcę po prostu wykorzystywać każdy dzień w stu procentach, ciężko pracować i się rozwijać. Jest jeszcze sporo czasu. Nie zakładam, że muszę teraz strzelić dziesięć goli. Podchodzę do tego spokojnie, bez stresu.
Zauważyłem też, że zmieniłem swoje nastawienie. Dużo pracuję nad mentalnością i widzę efekty zarówno na treningach, jak i w meczach, w których ostatnio dostawałem szanse. Wygląda to bardzo dobrze. Nie stresuję się i nie spinam, a wcześniej często tak było. Chciałem za bardzo, przez co osiągałem odwrotny efekt.
Mówiąc o pracy nad mentalnością, masz na myśli współpracę z psychologiem sportowym?
– Tak, współpracuję z psychologiem mentalnym i życiowym. Dużo mi to daje. Czuję, że jestem innym człowiekiem i mam inną perspektywę na piłkę oraz życie.
Wyjazd za granicę, daleko od domu i kolegów, był dla mnie dużym doświadczeniem. Zawsze dobrze czułem się w szatni i byłem osobą, która dbała o atmosferę. Tutaj jednak wygląda to inaczej. W drużynie mamy przedstawicieli piętnastu narodowości, każdy pochodzi z innego kraju.
Początek był dla mnie trudny również pod tym względem. Nie zawsze miałem do kogo się odezwać w szatni, bo każdy ma inną kulturę i przyzwyczajenia. To było dla mnie zaskoczenie, ale jednocześnie mnie wzmocniło. Myślę, że dzięki temu jestem lepiej przygotowany na kolejny wyjazd czy następne doświadczenia. Ten pobyt za granicą naprawdę dużo mi dał.
Pobyt na Słowacji to również okazja do podszkolenia języka angielskiego?
– Tak, mogę podszkolić angielski. Rozmawiam z chłopakami w tym języku i utrzymujemy kontakt, więc uważam, że to również duży plus. Dzięki temu mogę poprawić swoje umiejętności językowe i komunikację.
Jak przebiegała przeprowadzka na Słowację? Miałeś jakieś obawy?
– Oczywiście, że były obawy. To był mój pierwszy wyjazd za granicę, więc wiedziałem, że będę tęsknił za Polską i znajomymi z szatni. Zdawałem sobie jednak sprawę, na co się decyduję. Wiedziałem, że będę potrzebował czasu i że trafiam do miejsca, w którym wiele rzeczy będzie wyglądało inaczej.
Ten wyjazd mnie wzmocnił i pokazał mi, jak pracuje się za granicą. Teraz mogę już powiedzieć, że się zaadaptowałem i z każdym dniem jest naprawdę coraz lepiej.
Możesz powiedzieć, że od czasu wyjazdu z Polski jesteś lepszym piłkarzem?
– Uważam, że tak. Dużo się tutaj nauczyłem, przede wszystkim bardzo intensywnej pracy bez piłki. To dało mi wiele. Poprawiłem również grę w pojedynkach z obrońcami, także tych powietrznych.
Przede wszystkim jednak mocno wzmocniłem się fizycznie. W tym czasie przybrałem około czterech kilogramów masy i bardzo dobrze czuję się pod względem fizycznym oraz motorycznym. Potrzebowałem wzmocnić się siłowo, bo nie spodziewałem się, że treningi będą tutaj aż tak intensywne i że zawodnicy będą tak ciężko pracować.
Przed wyjazdem analizowałeś tamtejszą ligę? Sprawdzałeś, ilu zawodników po występach w słowackich klubach trafia później do mocniejszych zespołów?
– Robiłem takie analizy. Wiedziałem, że ta liga może być dobrą trampoliną do dalszego rozwoju, więc na pewno brałem to pod uwagę. Nie zagłębiałem się jednak w temat jakoś szczególnie. Wiedziałem przede wszystkim, że klub bardzo chce mnie pozyskać. Rozmowy na ten temat toczyły się już wcześniej, więc pojechałem na Słowację z pozytywnym nastawieniem.
Jakie są twoje piłkarskie marzenia? Co chciałbyś osiągnąć w przyszłości?
– Moim marzeniem jest być napastnikiem, który co sezon strzela wiele goli. Wiem, że mnie na to stać, ale potrzebuję czasu i odpowiedniego procesu. Jestem przekonany, że za rok, dwa albo trzy lata mogę wybić się bardzo wysoko. Mam do tego dobre środowisko i wiem, że po prostu muszę uzbroić się w cierpliwość.
Ograniczyłem stres i presję, które wcześniej sam na siebie nakładałem. Ciągle myślałem, że muszę coś zrobić, że muszę strzelać, a to prowadziło mnie w złą stronę. Dzięki współpracy z psychologiem i trenerem mentalnym bardzo dużo się zmieniło. W połączeniu z ciężką pracą i determinacją daje mi to przekonanie, że jeszcze wiele osiągnę.
Jeśli uda ci się regularnie strzelać gole i zrobić kolejny krok w karierze, masz wymarzoną ligę albo klub, w którym chciałbyś zagrać?
– Nie mam konkretnej ligi, na której się skupiam. Koncentruję się na tym, co jest tu i teraz. Dużo nauczyłem się tego, żeby nie wybiegać myślami w przyszłość i nie zastanawiać się, co będzie za pół roku albo rok. W piłce liczy się teraźniejszość, bo nigdy nie wiesz, co cię spotka za kilka miesięcy.
Jestem napastnikiem, więc może się okazać, że dostanę szansę w najbliższym spotkaniu, strzelę dwa gole, w kolejnym meczu kolejne dwa i za pół roku moja sytuacja będzie zupełnie inna. Dlatego skupiam się na najbliższym dniu i pracuję krok po kroku, żeby znaleźć się na samym szczycie. Mam dopiero 21 lat. Wiadomo, że napastnicy często potrzebują trochę więcej czasu, żeby regularnie zdobywać bramki. Jestem przekonany, że wszystko przyjdzie.
Gdyby pojawiła się propozycja powrotu do Polski, na przykład za pół roku albo rok, jak byś na nią patrzył? Chciałbyś wrócić i coś jeszcze udowodnić na polskich boiskach?
– Na razie skupiam się na tym, co jest tutaj. Mam jeszcze kontrakt na dwa i pół roku. Zobaczymy, co przyniesie przyszłość, ale obecnie jestem na Słowacji. Bardzo ciężko pracuję i cierpliwie czekam na swoje szanse. Jestem przekonany, że one przyjdą. Na razie jednak koncentruję się wyłącznie na Michalovcach. Zobaczymy, co wydarzy się w styczniu albo za rok. W tej chwili trudno mi powiedzieć coś więcej.