Lenny Wilkens nie żyje. Ikona NBA i legendarny trener Seattle SuperSonics
Gdyby nie popisy Wilta Chamberlaina, zapewne miałby nagrodę MVP na wyciągnięcie ręki, jednak prawdziwy rozgłos przyniosła mu trenerska praca w Seattle SuperSonics. To właśnie pod wodzą Lenny’ego Wilkensa koszykarze z Seattle zdobyli jedyne mistrzostwo w historii klubu. Ikona tej dyscypliny, człowiek, który trzykrotnie wprowadzony został do Hall of Fame, odszedł w wieku 88 lat.
Lenny Wilkens to nazwisko, które fani NBA wpisują jednym tchem w historię koszykówki w Seattle. Gdyby nie wyczyny Wilta Chamberlaina, pewnie zainkasowałby MVP ligi jeszcze na parkiecie, ale prawdziwe legendy rodzą się przy ławce trenerskiej – i tam Wilkens podsycił swój mit, prowadząc Seattle SuperSonics do ich jedynego tytułu mistrzowskiego.
O śmierci Wilkensa, który zmarł w wieku 88 lat, poinformował Tim Booth z „Seattle Times”. Rodzina nie podała przyczyny odejścia, decydując się zachować te informacje dla siebie. Komisarz NBA Adam Silver podsumował dorobek Wilkensa słowami, że był on „uosobieniem najlepszych wartości tej ligi – zarówno jako zawodnik, trener klasy Hall of Fame, jak i mentor dla kolejnych generacji graczy”.
Lenny Wilkens zapisał się w koszykarskiej historii jako trzykrotny Hall of Famer – raz jako zawodnik, drugi raz jako trener oraz jako członek legendarnego Dream Teamu z Barcelony 1992. Dziewięć razy brał udział w Meczach Gwiazd, był uhonorowany miejscem na listach jubileuszowych NBA, i co kluczowe – znalazł się na nich zarówno jako gracz, jak i szkoleniowiec.
Urodzony na Brooklynie Wilkens błyszczał już w Providence College, do NBA trafił w 1960 roku jako szósty numer draftu, wybrany przez St. Louis Hawks. Już w pierwszym sezonie otarł się o mistrzostwo NBA, a z Hawks regularnie meldował się w play-offach. W swoim czasie ustępował tylko legendzie – Wiltowi Chamberlainowi – w wyścigu po MVP.
W 1968 przeniósł się do Seattle SuperSonics, gdzie oprócz roli rozgrywającego, został grającym trenerem. Średnie 22,4 punktu, 6,2 zbiórki oraz 8,2 asysty na mecz – nie dziwota, że uchodził za czołowego lidera ligi. Z Sonics pożegnał się w burzliwych okolicznościach, na fali decyzji o odmładzaniu składu, ale wrócił w roli trenera po kilku sezonach w Cleveland Cavaliers i Portland Trail Blazers.
Kiedy Sonics w sezonie 1977/78 rozpoczęli rozgrywki fatalnie, to właśnie Wilkens odmienił ich oblicze. Efekt nowej miotły był natychmiastowy – seria 11 wygranych w 12 meczach, a dwa kolejne sezony to finały NBA. Najpierw pechowa porażka z Washington Bullets, ale już rok później – upragnione mistrzostwo. To był szczyt marzeń dla Seattle; tytuł, który zyskał status kultowego wspomnienia wśród lokalnych fanów.
Wilkens prowadził kolejne zespoły – Cavaliers, Hawks, Raptors i Knicks – i choć nie dorównał już sukcesowi z 1979 roku, to w trakcie kariery ustanowił rekord NBA w liczbie zwycięstw trenerskich. 6 stycznia 1995 roku wyprzedził Reda Auerbacha jako coach z największą ilością wygranych w historii ligi. Ten rekord przetrwał do 2010 roku.
Po zakończeniu trenerskiego epizodu w Knicks został wiceprezesem, a potem prezesem SuperSonics, lecz praktycznie stracił realny wpływ na decyzje sportowe i odszedł w 2007 roku. Tak czy inaczej, dla Seattle był kimś więcej niż trenerem czy działaczem – to jego działalność społeczna i pasja sprawiły, że zyskał przydomek „ojca chrzestnego” lokalnej koszykówki. Doczekał się nawet pomnika przed halą, a pamięć o nim trwa mimo odejścia Sonics z ligi.
Seattle wciąż marzy o powrocie zespołu do NBA, choć nikt nie ma wątpliwości, kto zawsze pozostanie tu legendą numer jeden. Lenny Wilkens – twarz i serce basketu nad Zatoką Elliott.