[Wywiad] Listkowski o Stali Rzeszów: Chcę wrócić do Ekstraklasy

Polski piłkarz ma jasny cel. „Chcę wrócić do Ekstraklasy”

Marcin Listkowski
Avatar użytkownika Maciej Ziółkowski
17 minut czytania

Po trudnym okresie w Jagiellonii i GKS-ie Tychy, Marcin Listkowski znalazł nowy klub. W Stali Rzeszów chce odzyskać pewność siebie, pomóc młodym zawodnikom i krok po kroku wrócić do Ekstraklasy.

Jak oceniasz start w nowym klubie, Stali Rzeszów? Jak się zaaklimatyzowałeś?

– Trafiłem do Stali już po pierwszym tygodniu przygotowań – dosyć szybko, szybciej, niż się spodziewałem, że dołączę do jakiegoś zespołu.

Początek był dla mnie czymś nowym, zupełnie nowym, bo chyba pierwszy raz w życiu znalazłem się w sytuacji, w której nie znałem nikogo w zespole. Nigdy wcześniej nie mieliśmy ze sobą styczności. Oczywiście mogłem z kimś zagrać przeciwko sobie, ale żeby złapać się na jakichś kadrach czy w innych ekipach, to było dla mnie kompletnie nowe.

Od pierwszego dnia poczułem się jednak fajnie. Jak każdy mnie pyta, zawsze mówię, że w Stali jest trochę inaczej niż w każdym innym klubie. Od razu zauważyłem ten miks, który jest dosyć odczuwalny – jest bardzo dużo młodych chłopaków i tak naprawdę nie ma bariery między nimi a starszymi zawodnikami. Od pierwszego dnia fajnie się więc poczułem, zostałem dobrze przyjęty w szatni i zabraliśmy się do roboty.

Wspomniałeś, że trafiłeś do Stali szybciej, niż się spodziewałeś. Dopytam więc, skąd to wynikało? Oferta pojawiła się znienacka? Wcześniej nie było innych opcji?

– Rozmawialiśmy już wcześniej, jeszcze jak byłem na urlopie. Był to dla mnie cięższy moment, po tym półroczu w Tychach. Nie chciałem bardzo szybko podejmować jakiejś decyzji.

Wiedziałem, że teraz muszę trafić do miejsca, w którym będę mógł spędzić trochę więcej czasu niż rundę czy sezon. Od początku taki był plan, wiadomo, że może się różnie potoczyć. Chciałem jednak trochę przeczekać, może chwilę poczekać na oferty, jeżeli będą spływać.

Po dwóch–trzech rozmowach z Jarkiem Fojutem, z którym trzy sezony dzieliliśmy szatnię w Pogoni – byliśmy kolegami, a on tutaj ma już trochę bardziej odpowiedzialną funkcję – poczułem, że naprawdę może to być fajne miejsce dla mnie po tym cięższym momencie. Miejsce, w którym tej presji nie odczuwa się aż tak bardzo, ponieważ polityka klubu jest zupełnie inna.

Jest tutaj inaczej niż w każdym innym klubie, w którym byłem. I wrócę znowu do tego, że przede wszystkim stawia się tutaj na młodych chłopaków. Głównym celem jest rozwój zespołu i jego stabilizacja. Pokazuje to chociażby fakt, że trener jest tutaj już czwarty sezon i nie ma takiego ciśnienia ani presji wyniku. Myślę, że to zdecydowało, że Stal będzie dla mnie fajnym miejscem właśnie teraz.

A jakie inne opcje miałeś jeszcze oprócz Stali?

– Nie chcę o tym mówić, bo tak naprawdę żadnej konkretnej oferty na papierze nie było. Były zapytania, wstępne rozmowy.

Temat Stali pojawił się szybko i po dwóch, trzech rozmowach byłem już przekonany, że nie chcę czekać, bo też różnie bywa, jeżeli czeka się do końca. Czasami jest tak w życiu, że coś po prostu czujesz. Tutaj poczułem, że to będzie odpowiedni wybór i nie wahałem się.

Słówko o GKS-ie, bo trudny to był czas – zarówno dla Ciebie, jak i dla klubu. Spadliście. Po tym pobycie w Tychach byłeś trochę zmęczony całą sytuacją i tym, jak to się potoczyło?

– Tak. Jak trafiałem do klubu, był luty i GKS był naprawdę w trudnej sytuacji. Od wielu spotkań nie wygrali. Ale też mocno uwierzyłem w to, co akurat w tym okresie działo się w Tychach. Prawie cały zespół się zmienił. Przyszedł trener Piszczek, który wiadomo, jest dużym nazwiskiem – to też mnie w pewnym stopniu przekonało, podobnie jak rozmowy z nim, żeby dołączyć do GKS-u.

Czy mnie to zmęczyło? Na pewno trochę, szczególnie psychicznie, bo już wcześniej byłem w ciężkim momencie, kiedy w Jagiellonii zostałem tak naprawdę odsunięty od zespołu. Potrzebowałem po prostu miejsca, w którym głowa dostanie trochę spokoju, a jednak tam tego spokoju nie było.

Wiedziałem, na co się piszę, bo była trudna sytuacja i trzeba było się z tego wygrzebać, ale finalnie czegoś zabrakło. Dla głowy było to ciężkie, bo żaden zawodnik, który walczy, nie chce spaść z ligi.

Na samym końcu to jest jednak tylko piłka nożna. Życie toczy się dalej. Oczywiście był to słaby moment. Po tym spadku był taki czas, kiedy głowa była bardzo zmęczona i sfrustrowana, ale trzeba było szybko się otrzepać, bo w piłce nie ma czasu na to, żeby użalać się nad sobą i liczyć, że wszystko samo się naprawi. Trzeba każdego dnia ciężko pracować – i mentalnie, i fizycznie – żeby być gotowym na nowe wyzwania. U mnie też tak było. Był moment goryczy, ale raczej starałem się ukierunkować na to, żeby jak najszybciej z tego wyjść.

Masz nadzieję, że pobyt w Stali trochę wynagrodzi Ci te poprzednie dwa sezony po powrocie do Polski? Niewiele pograłeś w Jagiellonii, później było wypożyczenie do Zagłębia, gdzie też tych minut nie było za dużo, następnie spędziłeś czas w rezerwach Jagi, a potem spadłeś z Tychami. Jak wspominasz te gorsze momenty, zwłaszcza w Białymstoku? I czy liczysz, że teraz znowu zaznasz trochę radości z gry w piłkę?

– Przede wszystkim staram się nie rozpamiętywać i nie rozkminiać negatywnych rzeczy. Wiadomo, jestem też realistą. Wiem, że to był słaby okres, bo nie był taki, jaki sobie wyobrażałem po powrocie do Polski. Ale tak jak powiedziałem wcześniej – to jest piłka nożna, pewnych rzeczy się nie przewidzi. Czasami w niektórych momentach potrzeba też szczęścia i zaufania, a uważam, że w ostatnich latach tego zaufania nie dostawałem zbyt dużo. Tak to jednak funkcjonuje. Tak działa zespół. Masz 30 zawodników, każdy chce grać i jest trener, który o tym decyduje i musi wybierać. Dlatego też nie mam żadnej urazy do nikogo. Po prostu jestem po cięższym momencie.

Ale tak jak powiedziałeś, liczę, że tutaj, właśnie ze względu na to, jak to wszystko wygląda, jak prowadzony jest zespół i jaka jest polityka klubu, będzie inaczej. Mogę już powiedzieć, jakie są moje odczucia po tym pierwszym okresie: czuję, że tego zaufania mam więcej niż w poprzednich latach. Czuję, że jest na mnie pewna odpowiedzialność – czy to w meczach, czy też w normalnym mikrocyklu i funkcjonowaniu w zespole. Jestem tutaj po to, żeby tych młodych chłopaków rozwijać i im pomagać. To też jest dla mnie nowa rola i staram się jej uczyć. Na razie bardzo mi się to podoba.

Tak jak pokazuje początek sezonu, zaczęliśmy trochę gorzej, ale w ostatnim momencie naprawdę zaczyna to fajnie wyglądać. Myślę, że to droga, której musimy się trzymać. Jest po prostu fajna grupa, fajny miks młodzieży z doświadczeniem i w tym kierunku będziemy chcieli iść.

Na pewno nie napinamy się za bardzo na nic. Po prostu żyjemy z meczu na mecz, z tygodnia na tydzień, staramy się rozwijać, wyglądać lepiej jako zespół i indywidualnie. Myślę, że to będzie procentować.

Dopytam o Jagiellonię. Kiedy zostałeś odsunięty od zespołu, klub jakoś Ci to tłumaczył? Była szansa, że po kilku tygodniach wrócisz do pierwszej drużyny, czy po prostu wydarzyło się to z dnia na dzień i nie do końca wiedziałeś, dlaczego tak się potoczyło?

– To był okres, kiedy pamiętam, że zespół wyjeżdżał na jakiś dłuższy wyjazd, nie było ich na miejscu, a ja po prostu zostałem zesłany do trenowania z rezerwami. Z perspektywy czasu mogę przyznać, że ta sytuacja trochę się rozmyła.

Wiadomo, że nie byłem brany pod uwagę przez trenera Siemieńca, ale nie była to do końca klarowna sytuacja dla mnie. Po prostu zostałem zesłany do drugiego zespołu. Nie było wprost powiedziane, że to jest tymczasowe. Ja też nie jestem zawodnikiem, który w jakiś sposób się obraża albo chciałby zrobić coś przeciwko klubowi, dlatego zaakceptowałem to wszystko. Zszedłem do rezerw, trenowałem tak samo, jakbym trenował z jedynką, podszedłem do wszystkiego profesjonalnie i tak zakończyła się ta historia. Później pojawiło się wypożyczenie do GKS-u.

Wróćmy do Stali. Czy macie jakiś konkretny cel na ten sezon?

– Tak jak powiedziałem wcześniej, na razie nie ma jednego celu, o którym mówimy głośno. Wiadomo, że zawsze, kiedy zaczyna się sezon, chcesz wygrywać. Gdybym powiedział, że chcemy grać o to, żeby wygrać ligę, to nie skłamałbym, bo myślę, że u każdego w głowie jest taka myśl i taka mentalność. Tak to powinno wyglądać.

Staramy się jednak skupiać z meczu na mecz, z tygodnia na tydzień, z treningu na trening, żeby cały czas iść do góry. Wiemy też, że to jest początek. Mam świadomość, że na pewno będą trudniejsze momenty, bo tak jest w piłce, chociaż oby było ich jak najmniej – tego nam życzę. Dla nas najważniejszy jest rozwój i to, żeby trzymać się góry tabeli. Im bliżej końca sezonu, tym na pewno głośno będziemy rozmawiać o tym, co chcemy osiągnąć.

Masz takie małe marzenie, żeby po tych trudniejszych momentach po powrocie do Polski, znowu wrócić do Ekstraklasy – w przyszłym roku, najpóźniej w 2028?

– Myślę, że mogę powiedzieć otwarcie, że tak – taki jest mój cel. Wiadomo, że w najlepszym scenariuszu chciałbym, żeby to było ze Stalą, bo naprawdę dobrze się tutaj czuję i ten zespół jest budowany w taki sposób, że prędzej czy później to raczej nastąpi. Oczywiście chciałbym, żeby to było ze mną.

Na pewno moim celem jest wrócić na najwyższy poziom. Teraz skupiam się na tym, żeby wróciła maksymalna pewność siebie i żeby odpłacić się za zaufanie, które tutaj dostaję. To jest mój cel. Chcę, żeby zdrowie dopisywało przez cały czas i żeby cały czas pomagać tym chłopakom.

Nie jestem już może najmłodszy jak na piłkarza, ale wciąż też nie jestem najstarszy. Od początku, odkąd tutaj jestem, czuję, że uczę się także od tych młodych chłopaków. Może trochę mnie odmładzają na boisku i poza boiskiem. Fajnie się uzupełniamy.

Moim celem jest na pewno wrócić na najwyższy poziom w Polsce. Życzyłbym sobie, żeby to było ze Stalą. Jeśli nie, to też będzie okej, ale tak jak mówię – przede wszystkim zespół.

Wspomniałeś o młodych zawodnikach. Jest ktoś, kogo szczególnie wyróżniłbyś w Stali?

– Myślę, że każdy jest wartością dodaną tego zespołu i nie chciałbym nikogo indywidualnie pompować. Na pewno są zawodnicy, którzy podobają mi się bardziej, a są tacy, którzy podobają mi się troszeczkę mniej.

Możemy wyróżnić u nas Szymka Pukałę, bo ma naprawdę fajny moment i cieszę się z tego, jak to wygląda. Jestem jednak przekonany, że przez cały sezon większość z tych młodych chłopaków będzie w podobnej sytuacji jak on.

Fajne jest to, że oni się wzajemnie wspierają, a dodatkowo mają wsparcie od starszych zawodników. Dla nas też jest fajne, że mimo młodego wieku naprawdę pomagają temu zespołowi. Nie chcę indywidualnie nikogo wybierać, ale każdy z nich jest tutaj potrzebny i każdy ma coś, co może dodać drużynie. To jest właśnie ta wartość dodana.

Jak ci się pracuje z trenerem Zubem? Jaki to człowiek i szkoleniowiec?

– Przede wszystkim, to bardzo dobry człowiek. Myślę, że w relacji na linii trener–zawodnik to jest najważniejsze. Przez lata miałem mnóstwo szkoleniowców, a tutaj czuć taką otwartość ze strony trenera. To później też przekłada się na boisko.

Myślę, że jego główną zaletą jest to, że po prostu stara się słuchać piłkarzy. Bardzo dużo rozmawia z zawodnikami, słucha naszych uwag. Oczywiście ma swoją wizję gry, ale jeżeli my jako zespół uważamy, że coś powinniśmy robić inaczej, to on też jest bardzo otwarty na to wszystko. Nie zamyka się tylko w swoich schematach. Myślę, że to jest jego najmocniejsza strona – fajnie się uzupełniamy jako zespół z całym sztabem szkoleniowym.

Wspomniałeś, że pracowałeś z wieloma trenerami, więc chciałbym trochę poruszyć ten temat. W Polsce pracowałeś między innymi z Kostą Runjaiciem, Czesławem Michniewiczem, Kazimierzem Moskalem, Łukaszem Piszczkiem, Adrianem Siemieńcem, Leszkiem Ojrzyńskim, Markiem Papszunem czy Maciejem Skorżą. Co możesz w kilku zdaniach powiedzieć o tych szkoleniowcach?

– Wspomniałbym o tych, których cenię najbardziej. Czesław Michniewicz postawił na mnie. To on dał mi szansę w Ekstraklasie, w wieku 17 lat pozwolił mi zadebiutować – na pewno mam do trenera bardzo duży szacunek.

Jakbym miał pójść dalej, to dużą rolę w moim życiu piłkarskim odegrał Kosta Runjaić. Nasza relacja była różna, bo były momenty, kiedy było między nami ciężko, a były też takie, kiedy było naprawdę fajnie. Na samym końcu wiedziałem jednak, że trener we mnie wierzył. Od pierwszego dnia, kiedy trafił do Szczecina, pokazywał mi to. Przez to, że były te cięższe momenty, wiedziałem, że chce mnie wycisnąć do maksimum. I tak się czułem. To był pierwszy moment w mojej karierze, kiedy czułem takie wsparcie od szkoleniowca i to, że miałem przyzwolenie na popełnianie błędów, na podejmowanie ryzyka na boisku, na to, żeby być wolnym elektronem. Myślę, że w tamtym okresie bardzo się rozwinąłem. Dlatego też trenerowi bardzo dużo zawdzięczam.

Na samym końcu myślę, że najlepsza współpraca była z Markiem Papszunem. Trafiłem na wypożyczenie do Częstochowy. Początek też był ciężki, bo pamiętam, że trafiłem z Pogoni do Rakowa i przez pierwsze cztery tygodnie jeździłem na mecze czwartoligowych rezerw. Zastanawiałem się, o co chodzi, ale ciężko pracowałem i profesjonalnie podchodziłem do tych spotkań. W końcu trafił się moment, kiedy wskoczyłem do składu i już tak naprawdę nie oddałem miejsca. Myślę, że przede wszystkim przez mecze bardzo się rozwinąłem. Jeżeli miałbym ocenić sposób treningu, to był taki, który najbardziej mi przypasował przez te wszystkie lata. Tak naprawdę wszystko robiliśmy w grach, na dużej intensywności, sytuacje meczowe w treningu.

Z tygodnia na tydzień czułem, jak idę do przodu, jak się rozwijam i nabieram doświadczenia seniorskiego. Mimo że miałem już trochę spotkań na koncie w Ekstraklasie, nie było to tak regularne jak na tym wypożyczeniu. Na samym końcu, po tym wypożyczeniu i po awansie do Ekstraklasy, czułem, że jestem jeden poziom wyżej niż wcześniej. Dlatego tutaj muszę powiedzieć, że bardzo dużo trenerowi zawdzięczam.

Później wróciłem do Pogoni, zagrałem sezon i udało mi się wyjechać. Myślę, że ten wyjazd jest marzeniem każdego chłopaka, który gra w Polsce w piłkę – żeby wyjechać i spróbować swoich sił. Mi się to udało i myślę, że to wypożyczenie do Rakowa naprawdę miało bardzo duży wpływ na to, że mogłem później zrobić ten krok.

A kogoś z włoskich trenerów mógłbyś jakoś wyróżnić?

– Marco Baroni dawał mi wycisk na treningach, skupiał się na mnie. Po czasie, kiedy człowiek dojrzewa i spojrzy trochę wstecz, to był trener, który widział we mnie trochę więcej i chciał dużo więcej ze mnie wycisnąć. Myślę, że pod jego wodzą było kilka fajnych momentów, które do dziś pamiętam. Kilka fajnych spotkań na włoskich boiskach. Z biegiem czasu naprawdę doceniam go jako szkoleniowca, bo postarał się wycisnąć maksimum z zawodników.

Jeżeli miałbym się jeszcze przy kimś zatrzymać, to kiedy byłem w Brescii na wypożyczeniu, przez dosłownie trzy tygodnie mieliśmy Davide Possanziniego, który obecnie pracuje w Sudtirol w Serie B. Przez te trzy tygodnie z największą przyjemnością przychodziłem na treningi we Włoszech. Wiadomo, Włochy to dużo taktyki, często treningi są prowadzone trochę „na sucho”, są bardzo długie i jest dużo biegania. Tutaj było kompletnie coś innego, coś nowego. Był to trener, który przez długi czas był asystentem trenera De Zerbiego i te zachowania były bardzo podobne. Bardzo piłkarski, mocno ukierunkowany na utrzymanie piłki i granie w piłkę. To jest coś, co zawodnikom naprawdę się podoba. Dalej go śledzę, trzymam kciuki i myślę, że może być naprawdę bardzo dobrym szkoleniowcem.

Byłeś we Włoszech cztery lata. Jak wspominasz ten okres? Było warto? I czy chciałbyś kiedyś wrócić do tego kraju albo w ogóle jeszcze raz wyjechać za granicę?

– Jak wspominam? Myślę, że bardzo dobrze, bo trzeba spojrzeć na dwa aspekty – piłkarski i życiowy.

Na pewno doświadczyłem czegoś nowego w życiu: nowej kultury, języka, ogólnie ludzi. Mam wielu znajomych, z którymi do dzisiaj mamy kontakt, również spoza piłki.

Jeżeli chodzi o stronę piłkarską… Uważam się za bardzo ambitnego zawodnika i z łatwością mogę stwierdzić, że na pewno chciałbym więcej. Ale też doceniam to wszystko i uznaję za bardzo fajne doświadczenie.

Udało się zagrać wiele meczów na zapleczu, a także wywalczyć awans i zadebiutować w Serie A. Myślę, że małe marzenia małego chłopaka z Rypina zostały spełnione.

Wiadomo, że niedosyt jest, bo jeżeli wskakujesz na taki poziom, to chciałbyś się o wiele dłużej na nim utrzymać. Taka jest jednak piłka – jak masz gorszy moment, to wskakuje następny, tym bardziej na takim poziomie. Na pewno jest niedosyt, ale patrząc na całokształt, naprawdę doceniam ten czas. Cieszę się, że było mi dane wyjechać i spróbować czegoś innego.

A czy chciałbym jeszcze kiedyś wyjechać? Kto wie. Zobaczymy, co życie pokaże. Życie pisze różne scenariusze, a jak wiemy, w piłce jest tak, że czasami jedna runda wystarczy, żeby znowu być na piedestale.

Źródło: Stolica Sportu

Nie przegap kolejnych treści!

Dodaj nas do preferowanych źródeł Google

Dodaj w Google

Wybrane dla Ciebie