Marek Koźmiński: Puchacz nie pasuje do kadry Polski [Wywiad]

Marek Koźmiński bez ogródek o Puchaczu. Potem uderzył w PZPN: „To jest żałosne”

SWIETO PILKI NOZNEJ  10-LAT PGE NARODOWY CEREMONIA ROZDANIA NAGROD MAREK KOZMINSKI
fot. Marcin Szymczyk
Avatar użytkownika Maciej Ziółkowski
16 minut czytania

Były reprezentant Polski nie ma wątpliwości, że Tymoteusz Puchacz nie pasuje do kadry. Marek Koźmiński mówił również o problemach reprezentacji, Janie Urbanie i aferach wokół PZPN. – To nie jest śmieszne. To jest żałosne – powiedział w rozmowie ze Stolicą Sportu.

Jak ocenia Pan dwa pierwsze mecze reprezentacji Polski w Lidze Narodów?

– Ocena nie może być pozytywna, bo graliśmy z drużynami teoretycznie będącymi w naszym zasięgu. Mówię „teoretycznie”, bo okazuje się, że dzisiaj Szwecja jest od nas lepsza, gdyż wygrała z nami dwa razy w ostatnich miesiącach. Natomiast jeżeli chodzi o Bośnię, to na wyjeździe zagrali mądrze i rozsądnie.

Nie wszystko jest jednak złe, żeby było jasne. To nie jest tak, że mamy katastrofę. Z drugiej strony od pewnego czasu – i mówię tu już o latach, a nie miesiącach – gra defensywna naszej reprezentacji jest piętą achillesową. Jeżeli tego nie poprawimy, będzie niezwykle trudno. Do tego potrzebujemy przede wszystkim wykonawców, następnie zgrania tych zawodników i wyboru odpowiedniej formuły obrony – czy to będzie trójka, czy czwórka. Potrzebujemy też szóstki, a na europejskim poziomie takiego piłkarza obecnie nie mamy. To daje taki, a nie inny, negatywny obraz.

To jest efekt skończenia się – nazwijmy to w ten sposób – pewnej epoki drużyny Nawałki. Z tamtego zespołu dzisiaj został Robert Lewandowski, który jest już na krańcu swojej kariery i niestety to widać. Jest jeszcze Piotr Zieliński, który w tym wszystkim daje radę.

Ja już od jakiegoś czasu, chyba od dwóch lat albo nawet dłużej, mówię, że będziemy tylko i wyłącznie słabsi. No i teraz tak się dzieje. Aż boję się meczu z Rumunią, bo jeżeli powinie nam się noga, to będzie równia pochyła w kierunku spadku z grupy B. Jeszcze chwilę temu graliśmy przecież w grupie A. Ma to wszystkie konsekwencje również w tabelach UEFA, co oznacza, że będziemy się ślizgali coraz niżej. To, że cały czas spadamy, już wiemy, ale pytanie brzmi: jak głęboko? Jesteśmy w trzecim koszyku, oby nie było gorzej.

Jest jakiś ratunek, żeby to zatrzymać?

– Mamy zawodników, którzy wymagają pewnej odwagi i zmiany pokoleniowej. Ta zmiana się dzieje i musi się dopełnić. Natomiast nie wydarzy się z dnia na dzień. To nie jest tak, że trener za miesiąc będzie miał inną drużynę. Nie.

Musimy być odważniejsi w dawaniu szansy młodym zawodnikom. I tutaj mam prośbę do trenera, żeby tę odwagę miał. Wpuszczanie Roberta Lewandowskiego w 89. minucie, wpuszczanie Świderskiego i jeszcze kilku innych zawodników jest zrozumiałe, jeśli walczymy o wynik i chcemy rzucić wszystko, co mamy w odwodzie. Z tym absolutnie się zgadzam. Ale kiedyś tym młodym trzeba dać szansę.

Potulski zagrał dobrze z Bośnią, a w drugim meczu już nie wystąpił. Zagrał Wiśniewski, który prezentował się dużo słabiej – jego trochę już znamy. Myślę, że tutaj nie ma jednej reguły ani jednej odpowiedzi.

Fatalna była lewa strona z Puchaczem. To też chyba pokazuje, że szukanie na siłę lewego obrońcy, którego nie ma i nie będzie, nie ma sensu! Trzeba zastosować pewien wytrych, tak jak kiedyś zrobił to Michniewicz, a później ta koncepcja była kontynuowana – chodzi o Bereszyńskiego. Teraz można byłoby postawić tam Frankowskiego albo Zalewskiego, który wydaje mi się jednak trochę przyciężkawy w stosunku do tego, co pamiętamy sprzed kilku miesięcy.

Czyli Puchacz, Pana zdaniem, do tej kadry po prostu nie pasuje?

– W ogóle nie pasuje. To nie jest ten rozmiar kapelusza. Miły, fajny, sympatyczny zawodnik, ale to nie to. Ma 27 lat. Gdyby miał 18 czy 19, można byłoby powiedzieć: „Nauczy się jeszcze”. Ale piłka klubowa też już go zweryfikowała. To nie są przypadki.

Nie mamy czasu, żeby po raz siedemdziesiąty – oczywiście mówię to z sarkazmem – dawać komuś szansę, której za każdym razem nie wykorzystał. Nie mamy po prostu lewego obrońcy. Pogódźmy się z tym, że nie mamy na tę pozycję zawodnika, który byłby nominalnym lewym obrońcą. Kiwior też był tam wystawiany i widzieliśmy, jak to wyglądało. Najprawdopodobniej trzeba więc albo poświęcić Frankowskiego, który na tej pozycji zagrał już bodaj dwa czy trzy razy i prezentował się bardzo przyzwoicie, albo zastosować łamaną czwórkę z takim lewym, bardziej nieofensywnym zawodnikiem, bo Frankowski jest przecież wybitnie prawonożny. Można też grać trójką i wahadłami, a jednym z nich byłby Zalewski, jeżeli będzie w odpowiedniej dyspozycji, bo ja nie widziałem u niego tego poziomu, który prezentował jeszcze kilka miesięcy temu.

Widziałby Pan w takim razie kadrę z trójką czy czwórką obrońców?

– Dzisiaj składa się ją na trójkę z tyłu. Mamy Kiwiora i Bednarka, którzy nie są z mojej bajki. Popełniają błędy, za każdym razem tracimy mnóstwo bramek. Ich gra obronna jest słaba na tym poziomie, natomiast nie mam lepszych zawodników. To chyba w ogóle nie podlega dyskusji. Trzecim może być Potulski albo Wiśniewski – tutaj możemy dyskutować. Jest jeszcze chłopak z Lecha Poznań – Wojciech Mońka. Trochę tych możliwości mamy.

Natomiast przy klasycznej czwórce na lewej stronie musielibyśmy grać Frankowskim, co wcale nie byłoby złym rozwiązaniem w moim odczuciu. Jeżeli natomiast gramy trójką i wahadłami, to na lewej stronie widziałbym Zalewskiego, oczywiście jeżeli będzie w odpowiedniej dyspozycji biegowej, bo na razie nie widziałem go w takiej formie, jaką prezentował jeszcze kilka miesięcy temu. Po drugiej stronie może być Cash.

I pamiętajmy jeszcze o jednej rzeczy: nie mamy nawet przyzwoitej europejskiej szóstki. Slisz, przepraszam, ale również nie daje mi takiej gwarancji. Jeżeli chcemy grać trójką, taka szóstka bardzo by pasowała. Jeżeli chcemy grać czwórką, również potrzebowalibyśmy takiego zawodnika.

Trener nie ma z czego wybierać. Łatwo jest powiedzieć, co zrobił i dlaczego nie zrobił czegoś innego. Ale wtedy trzeba podać konkretne nazwisko.

A ma Pan nieoczywiste nazwisko na „szóstkę”?

– Nie mam. Nie mam, bo go po prostu nie ma. Trener próbuje bardziej ofensywnymi zawodnikami. Próbował z Zielińskim, teraz zagrał z Zalewskim w środku. Do przodu to może i trochę wychodziło, natomiast nie da się grać w piłkę, jeżeli traci się tyle bramek.

My się szczycimy, że zagraliśmy na zero z Bośnią. No kurczę, z każdym przeciętnym przeciwnikiem, już nie mówię o tych topowych, dostawaliśmy bramki. Polska kiedyś była słabsza z przodu, ale była mocna z tyłu. Teraz jest słabo, ale to nie jest tylko kwestia gry obronnej. To jest gra całej drużyny.

Właśnie taka postać przed środkowymi obrońcami, niezależnie od tego, czy jest ich trzech, czy dwóch, bardzo by mi pasowała. My jej nie mamy. Zielek jest już na tyle dojrzałym, światowej klasy piłkarzem, że może tam zrobić dużo dobrego, ale ten drugi zawodnik też powinien dołożyć swoje 50 procent, bo to nie są zawodnicy defensywni.

Mamy obrońców w miarę wolnych, szczególnie środkowych. To nie są tytani szybkości. Więc optymizm jest umiarkowany.

Wspomniał Pan o młodych. Rozumiem, że apeluje Pan też do trenera, by Potulski wrócił do składu, Mońka dostał minuty…

– Bez nazwisk. Wiem, że gramy o punkty, wiem, że gramy o jak najlepsze losowanie i o utrzymanie się w grupie B Ligi Narodów. Ja to wszystko wiem. Ale kiedy będziemy dawali szanse Regule, Mońce, Potulskiemu? Tam jeszcze ze dwóch następnych jest. Kiedy damy im szanse? Kiedy zagra ten napastnik, który zagrał pierwszy mecz? Kiedy zagra dwa razy z rzędu? Kiedy to zrobimy, jak nie teraz? Nie ma już sparingów.

Jeżeli uważamy, że to są zawodnicy, którzy, widząc ich na treningu, są w miarę blisko, to dajmy im szansę. Dostał ją Nowak i ją wykorzystał. Już widzimy, że jest chłopak blisko grania. A co z tamtymi? Dajmy może nie wszystkim, może trzem, powtórzmy tę szansę.

Każdy, budując drużynę, musi komuś kiedyś dać szansę. A ja mam takie wrażenie, patrząc na te nieszczęsne zmiany, że trener bardziej myślał o tym, co jest tu i teraz, niż o tym, co będzie za cztery, pięć czy sześć miesięcy. Ja nie mówię o perspektywie trzech lat. Mówię o najbliższych miesiącach, bo za chwilę będziemy grali w eliminacjach. Tam już nie będziemy mieli czasu na takie eksperymenty. No i co? Kiedy będziemy sprawdzać tych chłopaków?

Jak ocenia Pan występ Mateusza Żukowskiego, który zastąpił Lewandowskiego w Szwecji?

– Oczywiście to nie jest poziom Lewego z tamtych czasów, nie ta bajka. Ale absolutnie był lepszy niż Robert z meczu z Bośnią. Jeżeli trener ma taką koncepcję, żeby grać z chłopakiem, który zgrywa te piłki, bo on je zgrywał, to moim zdaniem było to dobre.

On grał dla drużyny, a drużyna nie grała dla niego. Nie było to bardzo dobre, ale było dobre. I uważam, że powinien dostać następną szansę, bo coś ten chłopak ma w sobie.

Wspomniał Pan, że nie widzi Puchacza w kadrze…

– Nie chodzi o to, że chcę go zmiażdżyć albo powiedzieć, że się nie nadaje. Po prostu jeżeli mamy zawodnika 27-letniego, to jest już bardzo dojrzały wiek. Jeżeli on do tej pory wielokrotnie nie zdawał egzaminu, to nie ma sensu.

My myślimy o jakiejś perspektywie rocznej, dwuletniej, trzyletniej czy nawet sześciomiesięcznej. Jeżeli chcę go powoływać do drużyny i powołuję, to okej, ale do grania nie ma żadnych argumentów, żeby grał.

A że na siłę musi być lewy obrońca albo zawodnik lewonożny? Gdzie to jest powiedziane? Nie ma, to nie ma. Bereś grał bardzo dobrze na tej pozycji. Był najlepszym piłkarzem reprezentacji Polski w polu na MŚ w Katarze. Jeżeli ktoś jest dobry fizycznie i zrozumie ustawienie, to da radę. Oczywiście będzie miał jakieś swoje ułomności.

Jędrzejczyk też grał na lewej stronie za kadencji Adama Nawałki. I co? Był zły na mistrzostwach Europy w 2016 roku? Dawał radę. Mamy wiele takich przykładów.

Czyli Frankowski powinien grać na lewej stronie?

– Dla mnie tak.

A nie widzi Pan jeszcze kogoś w kadrze, oprócz Puchacza?

– Zostawmy takie decyzje. Od tego jest trener. My oceniamy to, co się wydarzyło, oceniamy mecz i tak dalej. Ja nie chcę być starszym kolegą, który mówi: „Ty się nie nadajesz, ty się nie nadajesz, ty się nie nadajesz”. Ja mówię: daj, trenerze, szansę młodym chłopakom. Niech oni się spróbują i zobacz, oceń.

Bo samego treningu, zresztą jaki on jest teraz w tej kadrze, nie da się wszystkiego ocenić. Dużo można zobaczyć, ale nie wszystko. Oczywiście u niektórych zawodników, jak na przykład w przypadku Reguły, patrzymy na przyszłość: za rok, za pół roku, za półtora roku. Ale skoro już go wziąłem, wziąłem go z U-21, no to ja go chcę. Ja go chcę zobaczyć.

Już w tym najbliższym meczu?

– Nie mówię, że od pierwszej minuty, ale niech wejdzie. Tylko nie na pięć minut, bo co zrobi przez pięć minut? Dajmy mu pół godziny, oceńmy, zobaczmy.

Znowu wracam do tych zmian, które są dla mnie, kurczę, takie nierozwojowe. Rozumiem, że Lewy to historia, że chodzi o poprawienie statystyki i tak dalej. To wszystko rozumiem. Ale kurczę, musimy znaleźć złoty środek.

Jak reagował Pan na dowołanie Oskara Pietuszewskiego?

– Trochę niefortunna była wypowiedź mówiąca, że jest kontuzjowany, że jest po urazie i tak dalej, a później zostaje dowołany. Gdyby to była ocena, że jest w słabszej dyspozycji i na razie go nie biorę, a później zostaje dowołany, to odebralibyśmy to inaczej. A skoro gdzieś tam jakąś kontuzję ma, miał i jest trochę na takim ryzyku lekarskim, to inaczej się to odbiera.

A jeśli chodzi o Karola Czubaka, zasłużył na powołanie?

– Zasłużył, zasłużył. Ale to jest specyficzny piłkarz, więc trochę kupuję takie wytłumaczenie trenera: „Ja takiego stylu gry nie chcę. Nie widzę czegoś takiego”. To jest taka dziewiątka, taki taran. Ale zasłużył.

Zasłużył na powołanie do kadry. Nie tylko po to, żeby być w tej kadrze, ale żeby dostać szansę. Tylko żeby dostać szansę, trzeba by trochę zmodyfikować styl gry.

Słówko o Lewandowskim. On powinien już kończyć grę w kadrze?

– Zostawmy to. To jest jego decyzja. On musi ją podjąć. Nie powinniśmy ingerować, nie powinniśmy się w to wpierniczać.

Jest słabszy, ewidentnie słabszy. Będzie słabszy. Natomiast jeżeli uzgadniają z trenerem, że jest, przyjeżdża i gra, to też trzeba szafować jego siłami, bo nie da rady. Natomiast z Bośnią był bardzo, bardzo słaby.

Jan Urban powinien zostać?

– Tak. Po pierwsze, skoro mamy patrzeć na przyszłość, na następne eliminacje, jechać na mistrzostwa i tak dalej, to kiedyś trzeba jakieś błędy popełniać. Teraz te błędy popełniamy, trener też. Ale niech się uderzy w pierś ten, kto takich błędów nie popełnia.

Druga sprawa, równie ważna, jest taka, żeby znowu nie było tak, że poświęcili Michniewicza za jakieś aferki PZPN-owskie, poświęcili zresztą niepasującego do tej kadry Santosa, poświęcili na końcu Probierza z tą niefortunną sprawą z Lewym, a teraz poświęcą Urbana, żeby wyczyścić cały ten syfek, który jest wokół nich.

Proszę zobaczyć, że jest pewna prawidłowość. Wy się później skupiacie na trenerze, na tych rzeczach, a nie oceniacie organizacyjnie. Przecież tam jest źle. Dajmy temu trenerowi popracować.

Taka narracja jest już od jakiegoś czasu. To nie jest tylko po tych dwóch meczach. Ona była już wcześniej, była w czerwcu. Nikt tego nie zdementował. Nie padło: „Nie, trener zostaje”. Rozliczmy go na koniec listopada, zobaczymy, co się wydarzyło i tyle. Ale pamiętajmy jeszcze jedną rzecz: to, co trener ma do dyspozycji.

Forma poszczególnych zawodników wybitna nie jest.

– Forma i umiejętności, bo to nie chodzi tylko o formę. Czasami po prostu się nie da.

Wspomniał Pan o organizacji…

– Widzi Pan, jakie są różnego rodzaju aferki. Tak się nagrywają, ktoś tam kogoś prowadzi pod rękę. Tutaj jakaś wtopa z dzieciakiem, którego się podmienia, robi się komuś ogromną krzywdę. Prezes zajmuje się tym dwie minuty przed wyjściem drużyny na boisko…

Więcej rzeczy tam jeszcze jest. Co ma z tym wspólnego trener? Łatwo powiedzieć: zmieniam trenera, zamykam usta opinii publicznej na następne „x” miesięcy. Bo tak było. Zapłacił Michniewicz za niewiedzę prezesa o premii od pana premiera.

Proszę mi wybaczyć. To nie jest śmieszne. To jest żałosne.

Jeśli chodzi o prezesa Kuleszę – on powinien dalej być na tym stanowisku? Czy powinna nastąpić jakaś gruntowna zmiana?

– Przepisy stanowią jasno. On ma jeszcze mandat, który wygasa za trzy lata, więc jest prezesem jeszcze przez trzy lata. Środowisko niech myśli, co robić, czy robić. A jeżeli nic, to za trzy lata kogo wybrać, bo wtedy też będzie się coś zmieniało i coś działo.

A co by Pan zrobił, gdyby to od Pana zależało?

– Niestety stety, ode mnie nic nie zależy, więc moje zdanie się w tym temacie nie liczy. Natomiast jeżeli całe środowisko będzie chciało gruntownej zmiany, to jej dokona. A jeżeli nie będzie chciało, to znaczy, że większej grupie pewien status quo i takie dotrwanie jest też wygodne.

Jeśli chodzi o aferę nagraniową, to w miniony piątek miało być głosowanie nad odwołaniem sekretarza, a finalnie była dyskusja nieformalna. Pan Wachowski dalej jest na stanowisku. Co Pan na to?

– Nie powinienem być adresatem tego pytania.

Pytam o Pana odczucia.

– Ani tam nie jestem, ani nie znam kulis i tego wszystkiego. Natomiast wie Pan, jeżeli taką sprawę bez emocji będzie się rozkładało na czynniki pierwsze, to będzie się co najmniej zdziwionym. Bo jeżeli ktoś kogoś w sytuacji dwuznacznej nagrywa, to znaczy, że chce go ośmieszyć albo wykorzystać tego typu nagrania w odpowiednich momentach. Taka osoba nie ma prawa mieć zaufania.

Druga rzecz to kuriozum, jak to wszystko wychodzi. Mamy prezesa Małopolskiego Związku Piłki Nożnej, który jest nowym człowiekiem w tym wszystkim. Podobno jest opozycyjny i podobno tamta starsza wierchuszka go nie za bardzo lubi. I nagle robi się samarytaninem, zabiera, wykasowuje, leci do prezesa, mówi mu: „Panie prezesie, niech Pan zobaczy, co się dzieje”, a nagle to wszystko wychodzi do mediów.

Skoro miało być – nazwijmy to – uczciwie, w gronie w miarę uczciwych ludzi, to nikt by się o tym nie dowiedział. Czyli… taka ustawka. Tania żenada, po to, żeby skompromitować Wachowskiego, który się skompromitował – to nie ulega wątpliwości – także przed potencjalnymi wyborami za trzy lata, bo chodziły głosy, że może startować, osłabić Adama Kaźmierczaka jako wiceprezesa.

To są rozgrywki. Absurdalne jest to, jak zostało to przekazane, opowiedziane. Raz, że to jest chamskie i wulgarne, nieakceptowalne, a dwa, że jest po prostu śmieszne.

Źródło: Stolica Sportu

Nie przegap kolejnych treści!

Dodaj nas do preferowanych źródeł Google

Dodaj w Google

Wybrane dla Ciebie