Slisz miał oferty z Włoch i Niemiec, ale wybrał Danię. Jasno mówi o reprezentacji Polski
Mógł trafić do jednej z lig TOP 5, ale wybrał Danię. Bartosz Slisz (Brondby) opowiedział Stolicy Sportu o kulisach transferowych, a także wytłumaczył, dlaczego wierzy, że może zostać numerem jeden na swojej pozycji w reprezentacji Polski.
Zacznijmy od Brondby. Jak oceniasz pierwsze pół roku w tym klubie?
– Myślę, że nie było to łatwe pół roku – ani dla mnie, ani dla całej drużyny. Brakowało wyników, a w klubie doszło do wielu zmian. Dołączyłem w środku sezonu i właśnie wtedy rozpoczęło się budowanie zespołu. W zimowym oknie przeprowadzono sporo transferów.
Na początku nie funkcjonowało to tak, jak powinno, ale wierzyłem, że to kwestia czasu. Byłem przekonany, że w końcu przyjdą lepsze momenty i zaczniemy grać dobrą piłkę. Nie uważałem też, że prezentowaliśmy się bardzo źle, lecz brakowało wyników, a z tego jesteśmy ostatecznie rozliczani.
Nie spodziewałem się zmiany trenera, ale taki jest futbol i taki jest ten biznes. Dobrze współpracuje mi się również z obecnym sztabem szkoleniowym. Być może ta zmiana była potrzebna i wniosła trochę świeżości. Z drugiej strony wierzyłem w to, co mówił Steve Cooper. Uważałem, że to po prostu proces i że z czasem wyniki przyjdą.
Ale nie masz poczucia, że to stracony czas i żałujesz podpisania kontraktu w Danii?
– Nie, nie. Cieszę się z podpisania kontraktu z Brondby. To naprawdę duży klub w Danii, ze świetnymi kibicami, bardzo dobrą infrastrukturą i zlokalizowany w fantastycznym mieście. Widzę w tym transferze praktycznie same pozytywy.
Wiadomo też, że chciałem odejść z MLS, bo moje sportowe ambicje nie pozwalały mi zostać tam na dłużej. Wyników również brakowało, dlatego uznałem, że to odpowiedni moment na zmianę.
Nie uważam więc, że było to stracone pół roku. Patrzę na ten okres pozytywnie, mimo że nie osiągnęliśmy rezultatów, na jakie liczyliśmy. Ostatecznie mogliśmy jeszcze wywalczyć awans do europejskich pucharów, ale przegraliśmy decydujący mecz barażowy i zostaliśmy z niczym.
Z drugiej strony brak gry w pucharach dał nam więcej czasu, by skupić się na sobie i dobrze przygotować do nowego sezonu ligi duńskiej. Wierzę, że zaprocentuje to w obecnych rozgrywkach.
Wspomniałeś o braku europejskich pucharów. Wróciłeś do Europy, ale marzyłeś też o grze w czołowej piątce lig i występach na arenie międzynarodowej. Nie czujesz rozczarowania, że na razie udało się zrealizować tylko pierwszy z tych celów?
– Oczywiście, było rozczarowanie, że nie zagramy w europejskich pucharach. Nie patrzę jednak na to wyłącznie w negatywny sposób. W Brondby oczekuje się gry w Europie w każdym sezonie. To klub porównywalny pod tym względem do Legii Warszawa. Tam również wszyscy wymagają regularnej gry w pucharach. W poprzednim sezonie Legii też się to nie udało i każdy był tym rozczarowany.
Myślę jednak, że trzeba rozdzielić dwie kwestie: grę w jednej z lig TOP 5 i grę w europejskich pucharach. Jeśli chce się występować w TOP 5 i jednocześnie walczyć o najwyższe cele, trzeba trafić do naprawdę dużego klubu. Ja wolałem wybrać zespół, w którym będę walczył o trofea i awans do Europy, niż przenieść się do jednej z czołowych lig i bić się o utrzymanie. Takie oferty również się pojawiały, ale byłem przekonany, że droga, którą wybrałem, będzie dla mnie lepsza.
Możesz zdradzić, z jakich krajów lub klubów pojawiały się oferty z lig TOP 5?
– Konkretna oferta była z Włoch. Było też zapytanie z Niemiec, ale jeśli chodzi o zaawansowane rozmowy, to najbardziej zdeterminowane było Brondby. To klub, który bardzo chciał mnie sprowadzić zimą.
Rozumiem, że zespoły z Włoch i Niemiec, które Ciebie chciały, walczyły ostatnio o utrzymanie?
– Tak. Wówczas na pewno nie były to czołowe drużyny swoich lig. Zimą w ogóle nie brałem takiego kierunku pod uwagę. Po pobycie w Stanach Zjednoczonych czułem, że chcę trafić do klubu, który wygrywa mecze i walczy o najwyższe cele w swoim kraju. Właśnie dlatego wybrałem Brondby.
Były jeszcze jakieś oferty z klubów podobnych do Brondby, czyli takich, które regularnie walczą o najwyższe cele i grę w europejskich pucharach?
– Był jeszcze jeden klub, ale myślę, że nie ma sensu do tego wracać. To już przeszłość.
Możesz powiedzieć z jakiego kraju?
– Nie, tego też nie chciałbym zdradzać. Myślę, że powiedziałbym za dużo.
Ten sezon zaczął się dla Ciebie całkiem dobrze. Był remis z Aarhus i już w pierwszej kolejce strzeliłeś gola. Taki początek dodatkowo Cię podbudował i nakręcił na najbliższe miesiące?
– Jak najbardziej. Myślę, że każdy wrócił po wakacjach do klubu ze świeżą, czystą głową i od początku chcieliśmy skupić się na nowym sezonie. W pewnym stopniu pragnęliśmy zapomnieć o tym, co wydarzyło się w poprzednich rozgrywkach, bo nie osiągnęliśmy wyników, jakich oczekiwaliśmy.
Bardzo optymistycznie patrzę na ten sezon, na to, jak przepracowaliśmy okres przygotowawczy i jak obecnie wygląda nasza drużyna. Mieliśmy też kilka wzmocnień. Nie chcę mówić, że wszystko jest idealnie, ale naprawdę widzę w tym zespole duży potencjał. Pokazaliśmy to już w pierwszym meczu. Szkoda, że nie udało się go wygrać, bo wszystko mieliśmy w swoich rękach.
Pokazaliśmy jednak, że wyjazd do Aarhus nie jest dla nas straszny. Wiemy, że to niewygodny rywal. Wystarczy spojrzeć na ich mecze z Lechem Poznań. Choć u siebie przegrali 1:4, to do momentu straty pierwszego gola byli lepszym zespołem. Później doszła czerwona kartka i mecz ułożył się pod Kolejorza. W rewanżu z kolei pokazali swoją jakość.
Liga duńska jest naprawdę wyrównana. Nie chodzi tylko o zespoły z czołówki, takie jak Aarhus, Midtjylland czy Nordsjaelland. W 2. kolejce graliśmy u siebie z Viborgiem i wygraliśmy tylko 1:0. To też było bardzo trudne spotkanie. Każda drużyna chce grać w piłkę, budować akcje i wysoko pressować. Dzięki temu mecze są atrakcyjne dla kibiców. Myślę, że czeka nas ciekawy sezon i będziemy walczyć o najwyższe cele.
Najwyższe cele, czyli mistrzostwo, czy po prostu awans do europejskich pucharów? Macie w klubie jasno określony cel?
– Nie powiedziałbym, że mamy jeden jasno określony cel, ale każdy myśli tylko o jednym. Nie trzeba o tym głośno mówić. Najważniejsze jest jednak skupienie się na małych rzeczach – meczu po meczu i treningu po treningu. Myślę, że w poprzednim sezonie trochę od tego odeszliśmy i za bardzo koncentrowaliśmy się na dużym celu, zamiast na codziennej pracy. A to właśnie te małe rzeczy budują później te największe sukcesy.
Jakie są Twoje indywidualne cele na ten sezon?
– Chciałbym być jedną z czołowych postaci w klubie, kimś, od kogo dużo zależy i kto ma duży wpływ na funkcjonowanie drużyny. Raczej nie skupiam się na liczbach – golach czy asystach. Oczywiście cieszę się, że już w pierwszym meczu zdobyłem bramkę, ale znacznie ważniejsze są dla mnie cele zespołowe niż indywidualne.
Chciałbym też jeszcze bardziej otworzyć się i pomagać drużynie nie tylko na boisku, ale również poza nim. No i oczywiście zależy mi na reprezentacji. Niedługo czekają nas mecze Ligi Narodów i mam nadzieję, że jako kadra rozegramy dobre spotkania oraz zrealizujemy swoje cele.
Czołową postacią byłeś już w Atlancie United, ale ostatecznie opuściłeś MLS. Wspomniałeś, że ambicje nie pozwalały Ci na pozostanie w MLS, lecz czy coś jeszcze się nie zgadzało?
– Minęło już trochę czasu i można powiedzieć, że w pełni przyzwyczaiłem się do życia w Danii oraz do funkcjonowania w tym klubie. W dużej mierze zapomniałem już, jak wyglądało moje życie wcześniej.
Tak jak wspominałem, najważniejsze były dla mnie ambicje sportowe. To one zdecydowały o zmianie. Jeśli chodzi o życie w Stanach Zjednoczonych, nie mogłem narzekać. Niczego nam nie brakowało i żyło nam się bardzo dobrze. U mnie jednak jest tak, że jeśli nie układa się w sporcie, to przekłada się to również na życie prywatne. To był główny powód tej zmiany.
Czyli nawet możliwość gry przeciwko Leo Messiemu i innym wielkim gwiazdom nie sprawiła, że chciałeś zostać w MLS trochę dłużej?
– Oczywiście fajnie jest grać przeciwko takim piłkarzom, ale szczerze mówiąc, nie robiło to na mnie aż tak dużego wrażenia. Nigdy nie byłem zawodnikiem, który biega za innymi czy zbiera koszulki. Dla mnie to są rzeczy materialne. Najważniejsze jest to, że mogłem z nimi rywalizować i że zostaną mi po tym wspomnienia. To były świetne przeżycia, ale nie stawiałbym ich na pierwszym miejscu.
Traktowałem takie mecze przede wszystkim jako wyzwanie. Zawsze wolałem rywalizować z lepszymi od siebie, gonić ich poziom i próbować im dorównać, niż grać przeciwko słabszym i pokazywać swoją wyższość. Bardzo cieszyłem się z tych spotkań, ale nie były one czymś, za czym szczególnie tęsknię.
Rozmawialiśmy o zimowym oknie transferowym i zmianie klubu. A czy tego lata pojawiły się jakieś propozycje?
– Szczerze mówiąc, nie mam pojęcia. Nie dostałem żadnej informacji, ale też w ogóle się na tym nie skupiałem. Nie brałem transferu pod uwagę, bo podpisałem z klubem dłuższy kontrakt i wierzę w proces, który tutaj trwa.
Jeśli widzę, że wszystko zmierza w dobrym kierunku i może przynieść efekty w przyszłości, to nie ma sensu myśleć o zmianie klubu. Skupiałem się wyłącznie na tym, co jest tu i teraz – żeby jeszcze bardziej umocnić swoją pozycję w zespole i dawać drużynie jak najwięcej.
Zakładam jednak, że traktujesz Brondby jako pewnego rodzaju trampolinę do jednej z lig TOP 5. Adam Buksa trafił z Danii do Włoch. Ty pewnie masz podobne ambicje?
– Oczywiście. Ambicje zawsze powinny być wysokie i u mnie takie właśnie są. Chciałbym kiedyś zagrać w jeszcze lepszej lidze. Na tym polega rozwój – żeby robić kolejne kroki i trafiać do coraz lepszych rozgrywek.
Jednocześnie, tak jak mówiłem, na razie w ogóle o tym nie myślę. Naprawdę cieszę się z tego, że jestem w Brondby. Mam wrażenie, że z każdym dniem coraz bardziej przywiązuję się do tego miejsca, do klubu i do kibiców.
Za każdym razem, gdy wychodzę na rozgrzewkę albo na mecz i widzę pełne trybuny, daje mi to ogromną radość. Mimo że poprzedni sezon nie był dla nas udany, kibice zawsze nas wspierali. Oczywiście po meczach pojawiało się rozgoryczenie, bo wszyscy oczekują zwycięstw, ale to wsparcie było odczuwalne. Jestem za nie bardzo wdzięczny i wierzę, że w tym sezonie wspólnie przeżyjemy jeszcze lepsze chwile.
Brondby i Legia to dwa duże kluby walczące o najwyższe cele. Wspomniałeś też o kibicach. Widzisz jeszcze jakieś podobieństwa między tymi markami? Choćby pod względem presji i mediów?
– Mogę mówić przede wszystkim o tym, co sam odczuwam na stadionie i wokół drużyny. Jeśli chodzi o media, to nie czytam artykułów ani komentarzy. Nie oglądam też programów z analizami ekspertów, więc trudno mi ocenić, jak wygląda to z tej strony.
Natomiast jeśli porównujemy atmosferę na stadionie i otoczkę meczową, to naprawdę jest bardzo podobnie. Widać, że kibice są mocno związani z klubem i przychodzą na stadion z oczekiwaniem, że zobaczą zwycięską drużynę.
Śledzisz obecną Legię Marka Papszuna?
– Tak. Jeśli tylko mam czas, to bardzo chętnie oglądam mecze Legii. W poprzednim sezonie widziałem większość spotkań. W tym również staram się śledzić zespół, choć czasami nasze mecze odbywają się w tym samym czasie i po prostu nie mam takiej możliwości.
Zresztą nie oglądam tylko Legii. Chętnie śledzę całą Ekstraklasę i występy polskich klubów w europejskich pucharach. Zawsze jestem ciekawy, jak radzą sobie nasze drużyny.
Masz faworyta do mistrzostwa Polski?
– Myślę, że Legia będzie bardzo mocna. Styl Marka Papszuna różni się od tego, do którego kibice byli przyzwyczajeni za poprzednich trenerów. To szkoleniowiec, który przywiązuje ogromną wagę do dyscypliny w defensywie. Jeśli zawodnik nie realizuje założeń, może mieć problem z grą. Jednocześnie jego drużyny są nastawione przede wszystkim na wygrywanie. Czasami nie ma znaczenia, czy padnie jedna, dwie czy trzy bramki – najważniejsze są trzy punkty. Bardzo dobrze było to widać w meczu z Pogonią Szczecin.
Legia ma też na tyle dużo jakości, że potrafi stworzyć sobie kilka sytuacji w każdym spotkaniu. Wszystko zależy później od skuteczności. Dlatego uważam, że jest głównym kandydatem do zdobycia mistrzostwa Polski. Mocna defensywa i jakość w ofensywie to bardzo solidne fundamenty.
Wyobrażasz sobie kiedyś powrót do Legii?
– Szczerze mówiąc, nie zastanawiam się nad tym. Mam dopiero 27 lat i wierzę, że najlepszy okres mojej kariery jest jeszcze przede mną. Bardziej myślę o tym, co jeszcze mogę osiągnąć i czy uda mi się zagrać w jeszcze lepszych ligach, niż o powrocie do Polski.
Na pewno czas spędzony w Legii był jednym z najlepszych w moim piłkarskim życiu. Osiągnąłem tam wiele, zdobyłem trofea, a to właśnie takie chwile są w piłce najpiękniejsze. Medal na szyi i możliwość podniesienia pucharu to uczucia, których nic nie zastąpi.
A od momentu wyjazdu do MLS pojawiały się jakieś możliwości powrotu do Polski?
– Tak, myślę, że coś się pojawiało, ale szczerze mówiąc, w ogóle nie brałem tego pod uwagę. Chciałem zostać za granicą i dalej się rozwijać. Grając w Legii Warszawa, marzyłem o tym, żeby spróbować swoich sił poza Polską i zobaczyć, jak wygląda piłka w innych krajach.
Udało mi się już zagrać za granicą w dwóch ligach i na ten moment chciałbym tam pozostać, dalej się rozwijać jako piłkarz i poznawać kolejne środowiska. Po prostu lubię takie wyzwania.
Byłeś na jakimś meczu Legii od momentu transferu do MLS? A jeśli nie, to chciałbyś w najbliższym czasie pojawić się przy Łazienkowskiej?
– Byłem tylko na jednym meczu – z Cracovią. To było spotkanie wyjazdowe. Miałem już wtedy przerwę po sezonie i akurat przebywałem w Krakowie, więc udało mi się pojawić na stadionie. To było jednak jakieś półtora roku temu. Od tamtej pory mecze Legii oglądam głównie w telewizji.
Jakie są Twoje cele związane z reprezentacją? Domyślam się, że chciałbyś na stałe wywalczyć miejsce w podstawowym składzie.
– Tak, to jest mój główny cel. Chcę być podstawowym zawodnikiem reprezentacji. Myślę, że w ostatnim meczu z Nigerią, kiedy zagraliśmy trójką pomocników w środku pola, wyglądało to naprawdę obiecująco.
Na pozycji numer sześć mogę dać drużynie więcej zabezpieczenia i pozwolić naszym "ósemkom" czy "dziesiątkom" na większą swobodę. Uważam, że w meczach barażowych trochę brakowało zawodnika, który kontrolowałby środek pola i asekurował linię obrony.
Wiemy, jakie atuty ofensywne mają Sebastian Szymański i Piotr Zieliński. To piłkarze o ogromnych umiejętnościach w ataku. Naturalnie więcej myślą o tym, co zrobić po odbiorze piłki, niż o tym, co wydarzy się po jej stracie. I właśnie dlatego czasami potrzebny jest zawodnik, który będzie odpowiadał za organizację gry w defensywie i da im większą swobodę w ofensywie.
Uważasz, że jesteś obecnie najlepszą "szóstką" wśród polskich piłkarzy?
– (Dłuższa pauza).
Myślałem, że zerwało połączenie.
– Musiałem się chwilę zastanowić, bo dziś różnie definiuje się tę pozycję. Niektórzy zaliczają do "szóstek" również bardziej ofensywnych pomocników.
Ja uważam się za typową "szóstkę", która jest łącznikiem między obroną a ofensywą i przede wszystkim myśli o organizacji gry w defensywie oraz o tym, co może wydarzyć się po stracie piłki. Jednocześnie uważam, że bardzo rozwinąłem się również pod względem gry ofensywnej. Odkąd zacząłem pracować z psychologiem sportowym jeszcze w Legii Warszawa, wiele się zmieniło w moim podejściu. Dziś czuję, że mogę dać drużynie znacznie więcej także w ataku.
Dlatego czuję się bardzo pewnie na tej pozycji i wierzę, że mogę być w reprezentacji Polski numerem jeden jako defensywny pomocnik.