Krzysztof Bąkowski – odejście z Lecha, ambicje i inwestycje – StolicaSportu.pl

"Szkoda, że nie powiedział mi tego w cztery oczy". Były bramkarz Lecha odpowiada na słowa Tomasza Rząsy

PUCHAR SYRENKI POLSKA U-17 - ANGLIA U-17 POLAND  ENGLAND KRZYSZTOF BAKOWSKI
fot. Marcin Szymczyk
Domyślna grafika
Maciej Ziółkowski
27 lipca 2026 19:27
24 minuty czytania

Spędził 13 lat w Lechu, ale nie doczekał się debiutu w pierwszej drużynie. Dziś Krzysztof Bąkowski zaczyna nowy rozdział w Chrobrym Głogów. W szczerym wywiadzie dla Stolicy Sportu opowiada o kulisach odejścia z Kolejorza, słowach Tomasza Rząsy, pobycie w Norwegii, marzeniu o powrocie do Poznania i planach wykraczających daleko poza futbol.

Jak to się stało, że trafiłeś do Głogowa?

– Mogę zacząć od tego, że trener Becella kontaktował się już ze mną w styczniu tego roku. Powiedział, że Dawid Arndt ma jakieś oferty i nie wiadomo, czy odejdzie, czy zostanie. Wypytywał mnie już wtedy, jak wygląda sytuacja ze mną. Powiedziałem, że pewnie będę się udawał na wypożyczenie z Lecha, ale jeszcze nie wiem gdzie.

Pamiętam, że w styczniu dość długo to trwało, bo faktycznie było zainteresowanie z KFUM Oslo. Pojechałem do Norwegii, chwilę z nimi potrenowałem, bo oni też chcieli sprawdzić, jak wyglądam w tym okresie. Wtedy przez pół roku byłem w Lechu bramkarzem numer dwa i siedziałem na ławce, więc po prostu chcieli zobaczyć, jak to wygląda. Wypadłem na tyle dobrze, że zdecydowali się mnie ściągnąć.

Jeżeli chodzi o późniejszy okres, to pamiętam, że trener Becella kontaktował się ze mną na początku maja, jeszcze przed tym, jak było wiadomo, czy Chrobry będzie grał w barażach, czy nie. Powiedział, że raczej Dawid Arndt odejdzie i że chciałby mnie w jego miejsce.

Odbyliśmy jeszcze kilka rozmów po tym telefonie. Musiałem się zastanowić, co dalej ze mną, bo wiadomo, że pozycja w Poznaniu była obsadzona przez Bartka Mrozka i wiedziałem, że Lech będzie się tylko zbroił, żeby awansować do fazy ligowej Ligi Mistrzów. Wiedziałem więc, że raczej nie będzie tam dla mnie miejsce.

Z drugiej strony, nie chciałem iść na kolejne wypożyczenie, bo tych wypożyczeń z Lecha trochę już było. Miałem jeszcze trzy lata ważnego kontraktu w momencie, gdy podjąłem decyzję, że chciałbym spróbować czegoś nowego i definitywnie odejść z Poznania.

Wiadomo, że była to dla mnie ciężka decyzja, bo od 10. roku życia grałem w Lechu. Wcześniej były tylko wypożyczenia, ale miałem z tyłu głowy, że zawsze mogę wrócić do Poznania. W tym wypadku stwierdziłem, że chcę odejść definitywnie. Chrobry i osoba trenera Becelli przekonały mnie swoim podejściem, ogólnie jako klub i jako taki większy projekt. Widziałem, jak to wyglądało w zeszłym sezonie, że wszystko miało ręce i nogi. I ostatecznie podjąłem tę decyzję. Stąd jestem w Głogowie.

Miałeś inne opcje?

– Generalnie, z tego co wiem, było parę ofert, mniej lub bardziej konkretnych. Wiem, że z tego, co mówił mi menadżer, pojawiło się nawet kilka zapytań z Ekstraklasy. Z pierwszej ligi też było ich dość sporo, ale nie chcę wymieniać dokładnie, bo niektóre były bardziej konkretne, a niektóre trochę mniej.

Zrobiłem sobie rachunek sumienia i stwierdziłem, że dla mnie najważniejsza jest teraz regularna gra. Wiadomo, że poziom w Ekstraklasie cały czas idzie w górę i po prostu zdałem sobie sprawę, że ciężko byłoby mi się przebić po roku, powiedzmy, niegrania. Stąd ta decyzja o Chrobrym. Osoba trenera Becelli, ten projekt i to wszystko skłoniły mnie do tego, żeby wybrać właśnie Chrobrego.

Wróćmy jeszcze do Norwegii, gdzie zostałeś wypożyczony na rok, ale opuściłeś ją sześć miesięcy wcześniej. Dlaczego?

Wszystko fajnie się dla mnie zaczęło. Wiadomo, w piłce jest tak, że nieszczęście jednego jest szczęściem drugiego. Akurat dwa dni przed pierwszym meczem sezonu wypadł pierwszy bramkarz, który jest w tym klubie już od czterech czy pięciu lat. Trafiło się więc tak, że zagrałem w pierwszym spotkaniu sezonu i wypadłem na tyle dobrze, że dostawałem kolejne szanse. Ostatecznie zagrałem w trzech pierwszych meczach.

Niestety, wiadomo, piłka bywa czasami okrutna i jest też biznesem. Miałem w kontrakcie taki zapis, że jeżeli zagram pięć meczów, to na pewno zostanę w Norwegii do końca sezonu, czyli do grudnia. Właśnie wtedy, gdy pierwszy bramkarz złapał kontuzję, klub ściągnął jeszcze jednego, też w miarę doświadczonego bramkarza. Wstępnie miał być na ławce, tak mi przynajmniej mówili. Natomiast po tych trzech meczach dostałem informację, że to jednak on będzie bronił, bo oni nie chcą mieć trzech bramkarzy na drugą część sezonu. A jeżeli zagrałbym pięć meczów, to musiałbym już zostać.

Mniej lub bardziej polityczne sprawy miały wpływ na to, że później już nie występowałem. Do tego doszła jeszcze kontuzja kolana. Wiadomo, sztuczna nawierzchnia, organizm trochę inaczej funkcjonuje niż na naturalnej murawie. Miałem uraz, który trochę się ciągnął, więc później skupiłem się już bardziej na powrocie do pełnej sprawności.

Jeśli chodzi o klub czy o Norwegię jako państwo do mieszkania, to na pewno będę to dobrze wspominał. Super kraj – czysty, zadbany, bardzo spokojny, bezpieczny. Wszystko było na wysokim poziomie. Byłem w sumie jedynym zawodnikiem, który nie mówił po norwesku, bo nie było więcej obcokrajowców. Mimo to koledzy przyjęli mnie bardzo fajnie, dogadywaliśmy się po angielsku. Myślę, że pomimo tego, jak to tam ostatecznie wyszło, będę ten czas wspominał pozytywnie.

Jeżeli chodzi o skrócenie wypożyczenia, to po prostu podjęliśmy decyzję wspólnie z KFUM i Lechem. Skoro oni nie chcieli mieć trzech bramkarzy na drugą część sezonu, to mogliśmy skrócić wypożyczenie. Ja dodatkowo nastawiłem się już wtedy na to, że definitywnie odejdę z Kolejorza. Już wtedy patrzyłem na różne opcje i na to, co może się wydarzyć po skróceniu wypożyczenia.

Myślę, że wyszło okej. Tak jak mówiłem, jest to biznes, ja to rozumiem i nie mam żadnego żalu. Fajna przygoda, na pewno fajne doświadczenie, coś nowego.

Spędziłeś 13 lat w Lechu. Było dużo wypożyczeń, ale bez debiutu w pierwszym zespole. To chyba taki trochę niedopisany rozdział. Jest żal?

Jasne. Jako chłopak z Poznania, który od piątego czy szóstego roku życia chodził na Lecha, wiadomo, że moim marzeniem było zagrać oficjalny mecz w pierwszej drużynie – czy to u siebie, czy na wyjeździe. Wiadomo, najfajniej byłoby zadebiutować właśnie przy Bułgarskiej.

Niestety, to się nie udało, mimo że pewnie okazji było wiele. Tym bardziej w zeszłym sezonie – czy to w Pucharze Polski, czy nawet po wygranej 7:1 z zespołem z Islandii. Na pewno była okazja, ale sztab się na to nie zdecydował.

Myślę, że o to mogę mieć delikatny żal. Natomiast same 13 lat w Lechu to była piękna historia. Wiele fajnych rzeczy się wydarzyło, poznałem wspaniałych ludzi, dużo znajomych, z którymi myślę, że będę miał kontakt do końca życia. Jeżeli o to chodzi, to naprawdę był to świetny okres.

Oczywiście nadal mam z tyłu głowy coś takiego, że chciałbym jeszcze kiedyś wrócić do Lecha, może w niedalekiej przyszłości. Tym bardziej że ostatnie lata pokazują, iż sporo wychowanków wraca po swoich piłkarskich wojażach.

Mam nadzieję, że najpierw krok po kroku uda mi się podbić pierwszą ligę, później Ekstraklasę i kto wie, co się wydarzy. Na pewno jest to nadal jedno z moich największych marzeń i po prostu mam nadzieję, że kiedyś uda mi się je spełnić.

Jak wyglądały kulisy odejścia z Lecha?

– Po wypożyczeniu do Norwegii, kiedy wiedzieliśmy już, że będzie ono skrócone, pamiętam, że mój menadżer usiadł do rozmów z panem Tomaszem Rząsą, dyrektorem sportowym Lecha. Wspólnie, oczywiście po konsultacjach ze mną, doszli do porozumienia, że może jest to dobry moment, żeby nasze drogi się rozeszły. Myślę, że wyjdzie to z korzyścią dla obu stron.

Jeżeli chodzi o podejście Lecha, takie czysto biznesowe, to nie robili żadnych problemów. Nie było mowy o jakichś wysokich kwotach odstępnego czy dużych procentach od przyszłego transferu. Wiadomo, zapewnili sobie opcję odkupu i procent od kolejnego transferu, ale naprawdę muszę przyznać, że spodziewałem się, iż będzie gorzej i ciężej. Uważam, że Kolejorz zachował się bardzo fair. Nie robili mi problemów z odejściem, wiedzieli też, że potrzebuję regularnej gry. Fajnie się zachowali, więc na pewno jestem wdzięczny za to, że wszystko poszło tak gładko.

– Krzysztof Bąkowski to dobry bramkarz i nie chodzi o umiejętności. Niestety trochę zabrakło mu do dążenia do bycia lepszym i takiego samozaparcia. My to widzieliśmy, przez to Krzysztof Bąkowski trochę stanął w rozwoju. Brak gry w Pucharze Polski z Gryfem Słupsk było pochodną tego. Być może kiedyś ten piłkarz obróci się, kiedyś zacznie więcej widzieć w swoim piłkarskim postępowaniu i zrobi krok do przodu. Jest to w końcu nasz wychowanek – mówił, cytowany przez KKSLech.com, Tomasz Rząsza. Dotarła do Ciebie ta wypowiedź?

– Tak, jak najbardziej widziałem tę wypowiedź. Nie skonfrontowałem się jednak z panem Tomkiem. On też nie powiedział mi tego w cztery oczy, a szkoda. Myślę, że jest to taki feedback, który każdy zawodnik chciałby usłyszeć. Wiadomo, że on też pograł w piłkę i pewnie wiele widział, więc uważam, że taka rozmowa byłaby wartościowa.

Przede wszystkim uważam, że tego zabrakło mi w Lechu – szczerej opinii. Dostawałem sygnały, że wszystko wygląda dobrze. Wiadomo, początek po powrocie ze Stali Rzeszów może nie był jakiś super, ale później, po miesiącu, zacząłem dobrze funkcjonować zarówno na treningach, jak i w zespole. Złapałem też pewność siebie, co myślę, że jest czymś naturalnym. Wszystko zaczęło wyglądać naprawdę dobrze. Dostawałem dużo pozytywnych sygnałów – czy to od trenera bramkarzy, czy ogólnie od ludzi z klubu. Dlatego ta wypowiedź trochę mnie zaskoczyła, bo wcześniej nikt mi nic takiego nie powiedział.

Nie wiem, co dokładnie miał na myśli, mówiąc o braku samozaparcia. Pamiętam, że w tamtym okresie wykonywałem też dużo pracy, której po prostu nie było widać. Trenowałem indywidualnie z trenerem przygotowania motorycznego, zainwestowałem w pracę z psychologiem, zacząłem więcej czytać, stosować lepszą dietę. To rzeczy, których oni pewnie nie widzieli. Wiadomo, łatwo jest ocenić to, co dzieje się na boisku, ewentualnie w klubie, na siłowni czy podczas treningów. Natomiast nie wiedzą, co zawodnik robi poza tym.

Szkoda, że nie udało nam się skonfrontować, bo pewnie też przedstawiłbym swój punkt widzenia. Jeżeli chodzi o same umiejętności czy treningi, to naprawdę nie uważam, żebym odstawał od Bartka Mrozka i będę bronił tego zdania. Ale wiadomo, każdy ma prawo do własnej opinii. Nie mam mu tego za złe, tylko szkoda, że nie udało się o tym porozmawiać w cztery oczy.

A Ty masz takie przekonanie, że z roku na rok jesteś lepszym bramkarzem?

Zdecydowanie tak. Nawet teraz widzę to po sobie. Graliśmy sporo sparingów z zespołami z Ekstraklasy – z Pogonią, Zagłębiem czy Śląskiem. Boiskowa dojrzałość, ocena sytuacji – to wszystko przychodzi z doświadczeniem. Jak na swój wiek uważam, że mam już całkiem sporą liczbę rozegranych meczów na poziomie centralnym w Polsce. Oczywiście chciałbym, żeby było ich z roku na rok coraz więcej.

Myślę, że większość moich zachowań na boisku wygląda dziś inaczej niż dwa czy trzy lata temu. Nawet kiedy debiutowałem w Ekstraklasie w Radomiaku, towarzyszył mi duży stres i adrenalina. Dziś podszedłbym do tego zdecydowanie spokojniej.

Wiem, co mam robić i widzę to zarówno na treningach, jak i w meczach, że jestem bardziej świadomym bramkarzem. To wszystko wynika z doświadczenia, rozegranych spotkań i różnych sytuacji, które wydarzyły się wcześniej.

Tak jak powiedziałem – czuję się coraz lepszy. Myślę, że to dobry prognostyk, bo teraz mogę pokazać się z dobrej strony w Chrobrym i odwdzięczyć się klubowi za zaufanie. Mam nadzieję, że właśnie tak będzie.

Masz już cel indywidualny na ten sezon? Przykładowo, zachowanie 10 czystych kont?

To jest ciekawe, bo trener Becella podczas naszych rozmów, jeszcze zanim trafiłem do Chrobrego, powiedział, że chciałby, żebym miał więcej czystych kont niż mój poprzednik. On bodajże miał ich dziesięć, więc myślę, że gdyby udało się dobić do tej liczby, to ja, szkoleniowiec i cały klub byliby zadowoleni.

To byłoby dla mnie coś fajnego, bo jeszcze nigdy w sezonie nie osiągnąłem dwucyfrowej liczby czystych kont. Mam nadzieję przede wszystkim, że zdrowie będzie dopisywało, a z resztą sobie poradzimy.

Jeżeli chodzi o cele drużynowe, to myślę, że fajnie byłoby przynajmniej powtórzyć to, co chłopakom udało się osiągnąć w zeszłym sezonie, czyli awans do baraży. Wiadomo, że później to już kwestia jednego meczu, ewentualnie dwóch, jeśli awansuje się do finału.

Trzeba mierzyć wysoko. Uważam, że mamy naprawdę fajną ekipę, zgraną grupę ludzi i myślę, że jak najbardziej możemy ten wynik powtórzyć.

Mówisz o mierzeniu wysoko, to jeszcze zapytam o piłkarskie marzenia. Zakładam, że jednym z nich jest debiut w pierwszej drużynie Lecha. A co jeszcze? Jest jakiś zagraniczny klub, liga, reprezentacja? Coś, o czym marzysz?

Zawsze podchodzę do życia na spokojnie, małymi krokami. Przede wszystkim teraz chciałbym się skupić na tym, żeby dobrze pokazać się tutaj, w Głogowie. Tak jak mówiłem – chcę odwdzięczyć się klubowi za zaufanie dobrymi występami.

Mam nadzieję, że to będzie też pochodną zainteresowania ze strony klubów z Ekstraklasy. Myślę, że najbliższy cel to dobrze zaprezentować się w Chrobrym, żeby później dostać szansę w Ekstraklasie i zagrać dwa czy trzy regularne sezony na najwyższym poziomie w Polsce.

Uważam, że Ekstraklasa naprawdę bardzo szybko się rozwija i patrząc na ligi europejskie, ten poziom jest już naprawdę wysoki. Jeżeli udałoby mi się później rozegrać dwa czy trzy dobre sezony w najwyższej lidze polskiej, to zawsze gdzieś z tyłu głowy miałem ligę hiszpańską. Uważam, że również pod względem mojego stylu gry jako bramkarza byłaby to liga, do której pasuję.

Trzeba mierzyć wysoko. Wszystko jest do zrobienia, ale najpierw chcę skupić się na dobrych występach w Głogowie, później na Ekstraklasie, a dopiero później myśleć o lidze hiszpańskiej. To są takie moje małe marzenia, które mam nadzieję kiedyś spełnić. Oprócz tego, na samym szczycie tej listy nadal jest debiut w pierwszej drużynie Lecha.

Nie licząc tego roku, były jakieś realne tematy transferowe? Byłeś blisko jakiegoś klubu z Ekstraklasy, pierwszej ligi albo z zagranicy, ale ostatecznie do transferu nie doszło?

– Tak. Myślę, że najlepszy okres miałem za pierwszym razem w Stali Rzeszów, gdzie zagrałem pół sezonu i awansowaliśmy do baraży. Niestety, przegraliśmy w półfinale z Termaliką. Pamiętam, że po tamtym okresie miałem naprawdę dużo ofert z Ekstraklasy. Wciąż miałem wtedy status młodzieżowca, więc to też odgrywało ważną rolę. Ostatecznie zdecydowałem się na Radomiaka. Z perspektywy czasu można powiedzieć, że nie była to najlepsza decyzja, ale wtedy wydawała mi się właściwa.

Pamiętam, że były też oferty z Korony Kielce, Warty Poznań, która wtedy grała w Ekstraklasie, oraz ze Stali Mielec. Myślę, że były jeszcze dwa kluby, ale nie chcę teraz rzucać nazwami, bo te sezony trochę mi się już mieszają. Natomiast te, o których wspomniałem, na pewno się wtedy ze mną kontaktowały.

Mam nadzieję, że uda mi się rozegrać podobny sezon jak wtedy w Stali Rzeszów, a nawet życzę sobie, żeby był jeszcze lepszy. Liczę, że wtedy te kluby znowu zaczną się odzywać.

Legia się kiedyś odzywała?

– Nie, nie, nie. Tematu Legii nigdy nie było.

Wspominałeś wcześniej o inwestowaniu w siebie, między innymi o współpracy z psychologiem. Ja chciałbym dopytać o inwestowanie w finansowym znaczeniu. Na jakim etapie jesteś?

To jest ogólnie szerszy temat i mógłbym długo o nim mówić, ale postaram się to maksymalnie skrócić.

Generalnie wszystko wzięło się z zajawki. W domu zawsze się śmiali, że od małego miałem smykałkę do pieniędzy. Duży wpływ na to mieli też moi rodzice, którzy prowadzą własną firmę. Ta przedsiębiorczość była więc zawsze blisko mnie – czy to wtedy, gdy chodziłem do biura rodziców, czy przez ich znajomych. Obracałem się w towarzystwie przedsiębiorców, miałem na co dzień kontakt z ludźmi, którzy odnieśli sukces w biznesie. Czy to właścicielami jednej z największych kancelarii w Polsce, czy na przykład byłym prezesem Żabki, który jest ojcem chrzestnym mojej siostry. Tak że były to osoby, z którymi – dzięki rodzicom – miałem okazję spędzać czas i obserwować ich sposób myślenia. Myślę, że właśnie stąd się to wzięło.

Później zacząłem sam się tym bardziej interesować, czytać i zastanawiać się, jak zabezpieczyć swój majątek. Mam dużą świadomość, że kariera piłkarska nie trwa długo. Piłkarze kończą ją zazwyczaj około 35. roku życia i później trzeba robić coś dalej.

Widziałem też wiele przykładów, jeszcze zanim założyłem konto na LinkedInie, że wielu piłkarzy po zakończeniu kariery nie ma pomysłu na siebie. Najczęściej idą w to, co znają najlepiej – robią kurs UEFA, zostają trenerami albo zakładają własne szkółki piłkarskie. Z tego, co czytałem i czego dowiedziałem się z różnych artykułów czy materiałów, wiem, że nie jest to jakiś bardzo rentowny biznes. Poza tym prowadzenie szkółki wiąże się z dużą liczbą obowiązków, a praca z dziećmi i rodzicami również nie należy do najłatwiejszych. Dość szybko powiedziałem sobie, że raczej nie będę chciał iść w tym kierunku.

Później założyłem LinkedIna, głównie z myślą o tym, żeby nawiązywać kontakty z przedsiębiorcami i poznawać inny sposób patrzenia na świat. Na co dzień przychodzę do szatni, a wiadomo, że szatnia rządzi się swoimi prawami. Raczej nie prowadzi się tam poważnych rozmów o tym, co robić po zakończeniu kariery. Skupiamy się głównie na tym, co tu i teraz. LinkedIn miał mi więc służyć do poznawania nowych ludzi, poszerzania horyzontów i trafiania na ciekawe artykuły czy materiały.

Z czasem sam zauważyłem też pewien problem. Wiadomo, że w szatni czasami rozmawia się o tym, kto w co inwestuje i jakie ma plany po karierze. Stwierdziłem, że to dość ciekawy temat, żeby połączyć świat finansów ze światem piłki nożnej. Pamiętam, że metodą prób i błędów cały czas coś testowałem. Wciąż mam nowe pomysły i w pewnym momencie wpadłem na to, żeby stworzyć platformę finansową, która wspierałaby piłkarzy w podejmowaniu decyzji dotyczących ich pieniędzy.

Wiadomo, że często zdarza się tak, iż mniej znani doradcy próbują żerować na piłkarzach, bo wiedzą, że mają oni dobre kontrakty. A niestety wielu zawodników nie ma większej wiedzy o rynkach finansowych ani o tym, jak skutecznie inwestować swoje pieniądze. W efekcie powierzają je takim doradcom i nie zawsze kończy się to dla nich dobrze.

Dlatego chciałem stworzyć bezpieczną przestrzeń dla piłkarzy. To jednak dość wymagający projekt, bo przede wszystkim trzeba znaleźć odpowiednich ekspertów, którym faktycznie można zaufać. Muszę ich dobrze zweryfikować i sprawdzić, czy rzeczywiście pasują do takiego przedsięwzięcia.

Samo stworzenie platformy czy strony internetowej jest dziś, w dobie AI, pewnie łatwiejsze niż kiedyś, ale nadal wymaga czasu. Muszę też przyznać, że trochę odłożyłem ten temat. Nie powiedziałbym, że go porzuciłem, tylko świadomie przesunąłem go na później. Doszedłem do wniosku, że w tym momencie najważniejsza jest dla mnie edukacja i samorozwój. Chyba trochę za szybko rzuciłem się na głęboką wodę, bo sam zauważyłem, że wciąż brakuje mi wiedzy w wielu obszarach.

Tak że, zmierzając do brzegu – teraz postawiłem przede wszystkim na edukację. Taki też jest mój cel na ten rok. Dobra książka, wartościowy kurs. Mam też swój plan związany z LinkedInem, żeby cały czas łączyć świat finansów z piłką poprzez publikowanie różnych treści. Generalnie chciałbym skupić się na ciągłej edukacji i systematycznie poszerzać swoją wiedzę – niekoniecznie tylko w zakresie finansów, ale też marketingu czy zarządzania. Na pewno przyda się to zarówno do budowania takiej platformy, jak i później do skutecznego zarządzania firmą czy zespołem ludzi.

Dlatego ten projekt trochę zszedł na boczny tor. Aktualnie się nim nie zajmuję, tylko bardziej idę w stronę nauki. Na pewno jednak do niego wrócę, bo feedback – zarówno od chłopaków, którym pokazywałem ten pomysł, jak i od ludzi z branży biznesowej – był bardzo pozytywny. Wszyscy mówili, że jest to coś potrzebnego i sami dostrzegają taki problem. Myślę więc, że to naprawdę ciekawy kierunek. Ale tak jak mówiłem, ten rok chciałem poświęcić przede wszystkim na naukę, czytanie książek i poszerzanie swojej wiedzy.

No i tyle. Miało być krótko, a trochę się rozgadałem (śmiech).

To jeszcze dopytam o Twoje własne inwestycje. Domyślam się, że inwestujesz też prywatnie – w obligacje, ETF-y i tym podobne. Widziałem też chyba jakiś wywiad jeszcze z czasów Stali Rzeszów, w którym mówiłeś o deweloperce i masz już jedno mieszkanie.

Jeżeli chodzi o moje obecne inwestycje, to inwestuję przede wszystkim poprzez konto IKE, czyli konto emerytalne. Wiadomo, że jako piłkarze nie mamy jakichś bardzo wysokich składek emerytalnych, więc traktuję to jako formę dodatkowego zabezpieczenia. Co miesiąc odkładam tam określoną kwotę. Jest limit roczny – bodajże około 26 tysięcy złotych – i staram się go w pełni wykorzystywać.

Na tym koncie inwestuję głównie w bezpieczne ETF-y: na indeks S&P 500, ETF obejmujący cały świat oraz ETF na rynki wschodzące. To trzy podstawowe instrumenty, w które obecnie inwestuję.

Dodatkowo, tak jak wspomniałeś, mam jedno mieszkanie w Poznaniu. Na szczęście kupione bez kredytu – jest w pełni spłacone. Trafiłem też na dobry moment, bo kupowałem je jeszcze w czasie pandemii. Przez te kilka lat jego wartość wyraźnie wzrosła, a dodatkowo, kiedy byłem na wypożyczeniach, mieszkanie było wynajmowane, więc przynosiło też regularny czynsz.

Jeżeli chodzi o deweloperkę, to jestem teraz na etapie poszukiwania działki pod Poznaniem, o powierzchni od 1,5 do 2 tys. metrów kwadratowych. Robię to ze wspólnikiem – mam dziewczynę, a to jest narzeczony jej siostry –  który działa w tej branży już od siedmiu lat. Obecnie jest kierownikiem w jednej z firm deweloperskich w Poznaniu, budującej butikowe osiedla. On wnosi do projektu swoją wiedzę i doświadczenie, a ja chciałbym wnosić kontakty. Stąd między innymi LinkedIn – zależy mi na budowaniu relacji i poznawaniu ludzi, którzy w przyszłości mogą okazać się wartościowymi partnerami biznesowymi. Myślę też, że naturalną grupą klientów będą moi koledzy piłkarze, bo wielu z nich inwestuje w nieruchomości.

Do końca roku chcielibyśmy sfinalizować zakup działki. Mamy już jedną konkretną na oku pod Poznaniem i mam nadzieję, że uda się doprowadzić ten temat do końca.

Uważam, że to wszystko dobrze działa również na moją głowę. Dzięki temu moje życie nie kręci się wyłącznie wokół piłki. To daje zdrowy balans. Po gorszym meczu czy treningu nie siedzę i nie analizuję wszystkiego bez końca, tylko mogę skupić się na czymś innym – przeczytać książkę, czegoś się nauczyć albo popracować nad innymi projektami. Myślę, że to pomaga mi również jako sportowcowi. Plany są ambitne i mam nadzieję, że uda mi się je zrealizować.

A masz jakieś większe marzenia związane z deweloperką? Na przykład chciałbyś kiedyś zbudować całe osiedle albo posiadać nieruchomości zarówno w Polsce, jak i za granicą?

Generalnie uważam, że rynek mieszkań na wynajem w najbliższych latach może wyglądać inaczej niż dotychczas. Trzeba brać pod uwagę prognozy demograficzne – populacja Polski będzie się zmniejszać, więc nie jestem przekonany, czy za dziesięć lat inwestowanie wyłącznie w mieszkania na wynajem będzie najlepszym kierunkiem.

Chciałbym skupić się bardziej na deweloperce. Nie na typowej, często określanej jako patodeweloperka, ale na budowaniu miejsc, w których po prostu dobrze się żyje. Takich, w których sami chcielibyśmy mieszkać.

Chcemy tworzyć osiedla projektowane z myślą o mieszkańcach. Nie chodzi o maksymalizowanie zysku poprzez upychanie jak największej liczby mieszkań, tylko o pokazanie, że można robić to inaczej. Myślę, że młodsze pokolenie przedsiębiorców i deweloperów coraz częściej patrzy na to właśnie w ten sposób.

Na początku chcielibyśmy realizować mniejsze projekty – jeden bliźniak, później dwa, następnie może kameralne osiedle z sześcioma czy ośmioma lokalami. Wszystko jednak w dobrej estetyce i z wysoką jakością wykonania, żeby ktoś spojrzał na taki projekt i pomyślał: To jest miejsce, w którym chciałbym mieszkać.

Uważam, że walka o klienta w najbliższych latach nie będzie łatwa, dlatego trzeba będzie przekonywać jakością. Myślę, że projekty premium, nastawione bardziej na jakość niż ilość, cały czas będą miały swoich odbiorców.

Jeżeli chodzi o marzenia, to byłoby super, gdyby kiedyś udało się zbudować rozpoznawalną markę deweloperską z wysokiej jakości – taką, o której ludzie wiedzą, że jeśli coś buduje, to będzie to dobrze wykonane. A później? Fajnie byłoby wejść również na rynki zagraniczne, może do Hiszpanii albo innych kurortów, i realizować bardziej prestiżowe inwestycje – zamknięte osiedla z basenami czy apartamenty wakacyjne.

Plany są ambitne. Wiadomo, wszystko musi się zgadzać finansowo, bo dziś takie inwestycje wymagają naprawdę dużego kapitału. Nie wykluczamy też współpracy z zewnętrznymi inwestorami. Mógłbym o tym jeszcze długo opowiadać, ale mniej więcej taki mam plan w głowie.

Źródło: StolicaSportu.pl

Wybrane dla Ciebie