Ukraiński obrońca o Termalice, ofercie z Legii i wojnie: "Od 4,5 roku nie byłem w domu"
Artem Putiwcew od ponad dekady jest związany z Bruk-Bet Termaliką, choć w przeszłości mógł trafić do Legii Warszawa. Dziś, po 10,5 roku w Niecieczy, coraz poważniej myśli o rozpoczęciu pracy trenerskiej. W rozmowie ze Stolicą Sportu wraca też do Ukrainy. Jego rodzice wciąż mieszkają w Charkowie, znajomi walczą na froncie, a on sam od 4,5 roku nie był w domu. — Każdy jest już zmęczony tą wojną. Każdy chciałby, żeby to wszystko jak najszybciej się skończyło — mówi.
Jest pan w Termalice już bardzo długo — 10,5 roku. Czuje się pan powoli legendą klubu?
— Tak. Jestem tutaj już 10 lat i chyba nie było zawodnika, który spędziłby w tym klubie tyle czasu. Dobrze się tu czuję. Nie ma co zmieniać, dlatego na pewno zostanę tutaj do końca kariery.
Ile jeszcze chciałby pan spędzić czasu w tym klubie?
— Zobaczymy. Wszystko zależy od zdrowia, czy nadal będę miał ambicje i chęć do gry. Na razie jesteśmy w trakcie sezonu. Wiadomo, że klub zawsze stawia przed sobą najwyższe cele i mam nadzieję, że uda nam się je zrealizować. Zobaczymy, jak wszystko się potoczy, a także gdzie będzie grał zespół. Na razie nie chcę niczego przesądzać, jestem skupiony na tym sezonie.
Gdyby Termalica awansowała do Ekstraklasy, byłby pan bardziej chętny, żeby jeszcze trochę pograć?
— Wiadomo, każdy piłkarz marzy o tym, żeby grać w najwyższej lidze, w Ekstraklasie. Na razie nie chcę o tym mówić. Skupiam się na tym sezonie, a później zobaczymy.
W zakończonym już oknie transferowym miał pan propozycje z innych klubów?
— Nie. Myślę, że w takim wieku raczej nikt się nie odzywa. Wiadomo, każdy może patrzeć na wiek i uznać, że w takim wieku ciężko gdzieś odejść. Ale są piłkarze, którzy grają nawet do 40. roku życia. To zależy przede wszystkim od tego, jak się czujesz fizycznie. Jeśli masz siłę, chęci i czujesz się dobrze, to dlaczego nie możesz grać? Ja na razie czuję się dobrze. Najważniejsze, żeby było dużo zdrowia.
Termalica proponowała panu już coś na czas po zakończeniu kariery? Na przykład pracę jako trener, skaut czy dyrektor?
— Tak, rozmawialiśmy z właścicielem i dyrektorem. W tym roku chciałbym rozpocząć kurs trenerski, zobaczymy, jak to będzie wyglądało. Mam takie cele i chęć, żeby po zakończeniu kariery pracować jako szkoleniowiec.
Czyli chciałby pan zostać pierwszym trenerem?
— Na razie nie. Chciałbym robić to stopniowo. Może najpierw zacząć w akademii, później przejść do drugiego zespołu.
Chciałbym też pracować z defensywą. Kiedy sam byłem młody, brakowało mi czasami trenera, który podpowiedziałby mi, jak zachowywać się w obronie i na co zwracać uwagę. Dlatego pragnąłbym pracować z młodymi zawodnikami, tłumaczyć im podstawy i pokazywać, jak zachowywać się w defensywie i podczas różnych sytuacji na boisku. Na razie właśnie w takim kierunku siebie widzę.
Porozmawiajmy o meczach. Są takie momenty, które szczególnie zapadły panu w pamięć?
— Jeśli chodzi o porażki, to na pewno pamiętam spotkanie z Piastem, kiedy spadliśmy z Ekstraklasy. Pojechaliśmy wtedy do Gliwic i przegraliśmy wysoko, 0:4. To była bardzo bolesna porażka. Był też podobny mecz w barażach z Puszczą Niepołomice. Walczyliśmy wtedy o awans do Ekstraklasy i przegraliśmy w finale.
Jeśli chodzi o najlepsze mecze, to było ich oczywiście dużo, ale na pewno pamiętam spotkanie z Legią. To był mój pierwszy sezon tutaj, mieliśmy wtedy otwarty stadion. Legia przyjechała do nas i wygraliśmy z nią wysoko, 3:0.
Dobrze wspominam też mecz, w którym rozegrałem 250. spotkanie w Bruk-Becie. Graliśmy u siebie z Miedzią Legnica. Przed występem była uroczystość, dostałem od klubu pamiątkową koszulkę. Wszedłem wtedy na boisko jako zmiennik i strzeliłem gola w ostatniej sekundzie. To też zapadło mi w pamięć.
A był jakiś mecz szczególnie emocjonalny?
— Tuż po wybuchu wojny w Ukrainie. Dwa-trzy dni później pojechaliśmy do Krakowa, gdzie graliśmy z Cracovią w Ekstraklasie. Bardzo ciężko było mi wtedy skupić się na spotkaniu. Cały czas czytaliśmy wiadomości, byłem pod telefonem z rodzicami. To był chyba jeden z najbardziej emocjonujących meczów w mojej karierze.
Kiedy przychodził pan do Termaliki, pojawiały się propozycje z innych klubów?
— W pierwszym roku, kiedy tutaj przyszedłem, i przez kolejne dwa-trzy lata na pewno były jakieś propozycje z Ekstraklasy, z Polski. Kiedyś jednak wyglądało to trochę inaczej. Były jakieś oferty, ale zostałem tutaj i jestem już tyle lat.
Jakie kluby z Ekstraklasy pytały wtedy o pana i chciały pana pozyskać?
— Wtedy mocno interesowała się mną Legia. Pamiętam, że nie było chyba wówczas wielu lewonożnych stoperów. Był chyba tylko Michał Pazdan. Legia mocno do mnie wtedy dzwoniła i, z tego co pamiętam, kontaktowała się również z klubem. Bardzo chcieli, żebym do nich przeszedł. To był chyba mój pierwszy, drugi albo trzeci rok po przyjściu do Niecieczy.
Dlaczego nie udało się wtedy trafić do Legii?
— Po prostu klub mnie nie puścił. Miałem wtedy ważny kontrakt i ostatecznie nie udało się dogadać klubom. Zostałem więc w Termalice.
Mówił pan wcześniej, że skupia się na obecnym sezonie. Gra pan regularnie. Ma pan jakieś indywidualne cele na ten sezon?
— Dla obrońcy najważniejsze jest oczywiście to, żeby nie tracić bramek i grać na zero z tyłu. Chciałbym przede wszystkim rozegrać jak najwięcej meczów. Jeśli gram, to skupiam się na obronie i na tym, żeby pomagać drużynie zachować czyste konto.
Mamy teraz bardzo młodych zawodników, więc chciałbym też pomagać im swoim doświadczeniem, grą i zaangażowaniem. Mamy dobrych ofensywnych piłkarzy, a oczywiście jeśli przy stałych fragmentach uda się strzelić gola, to też jest przyjemnie. Przede wszystkim jednak jestem od tego, żeby dobrze bronić. Chcemy jak najczęściej grać na zero z tyłu.
Skoro ma pan doświadczenie z Ekstraklasy, poleciłby pan któregoś z młodych zawodników Termaliki klubom z najwyższej ligi?
— Przyszło do nas sporo ambitnych piłkarzy. Wcześniej zawsze było u nas dużo młodzieżowców, ale wtedy można było powiedzieć, że jeden czy dwóch z nich ma szansę coś osiągnąć. Teraz natomiast widać, że praktycznie każdy ma ogromny potencjał. Trzeba tylko ten potencjał odpowiednio wykorzystać.
Nawet jeśli teraz nie grasz, za chwilę możesz dostać szansę i musisz być cały czas na to przygotowany. Staram się rozmawiać z większością młodych zawodników, żeby nie byli załamani, jeśli trener ich nie wystawi. Muszą być gotowi w każdej chwili, bo ktoś może dostać kartkę, doznać kontuzji czy wydarzyć się coś innego.
Ważne jest, żeby młodzi byli przygotowani i nie obrażali się ani na kolegów, ani na trenera. Uważam, że naprawdę mamy teraz bardzo dobrych, utalentowanych zawodników. Przy odpowiednim podejściu większość z nich ma ogromny potencjał, żeby w przyszłości grać w Ekstraklasie.
Dziwi pana, że na przykład jakiś klub z Ekstraklasy nie zainteresował się Hilbrychtem? Od lat ma dobre liczby.
— Zgadza się. Też byłem trochę zaskoczony. Hilbrycht miał, moim zdaniem, bardzo dobry i solidny sezon w Ekstraklasie. Z tego, co słyszałem, miał kilka ofert z innych klubów z najwyższej ligi. Nie wiem jednak, na czym dokładnie polegał problem — czy kluby się nie dogadały, czy może on sam chciał zostać tutaj.
Szczerze mówiąc, myślałem, że spokojnie mógłby grać w dobrym zespole Ekstraklasy. Mimo że nasza drużyna spadła z ligi, uważam, że był jednym z zawodników, którzy naprawdę prezentowali dobry poziom i solidnie grali przez cały sezon.
Ostatnio do Legii trafił pana rodak, Bohdan Wjunnyk. Może pan skomentować ten ruch?
— Szczerze mówiąc, trudno mi to ocenić, bo nie znam go na tyle dobrze. Oglądałem kilka jego meczów w Ekstraklasie. Grał przeciwko nam w pierwszej rundzie, a w drugiej chyba już nie wystąpił.
Trudno mi więc powiedzieć coś więcej. Widać, że jest to zawodnik techniczny, taki nieprzyjemny dla obrońców napastnik. Mogę mu tylko życzyć powodzenia i tego, żeby wszystko dobrze ułożyło mu się w Legii. To już taki klub, w którym trzeba prezentować naprawdę wysoki poziom. Jest tam też duża rywalizacja. Mam nadzieję, że wszystko mu się uda.
Mówił pan wcześniej o tym trudnym meczu w związku z wybuchem wojny w Ukrainie. Chciałbym dopytać, jak dzisiaj, po tylu latach, patrzy pan na to, co dzieje się w ojczyźnie?
— Nadal jest bardzo ciężko. Wszyscy są zmęczeni tą wojną. Każdy chciałby, żeby to wszystko skończyło się jak najszybciej.
Nie byłem w domu już od bardzo dawna. Wyjechałem na obóz przygotowawczy w styczniu 2022 roku, czyli miesiąc przed wybuchem wojny. Od tamtej pory minęło już 4,5 roku, więc tyle czasu nie byłem w domu. Wiadomo, że tęsknię za domem i chciałbym, żeby to wszystko jak najszybciej się skończyło.
Jeśli chodzi o piłkę, liga ukraińska cały czas gra. Szachtar w tym sezonie również występuje w europejskich pucharach. Cieszę się, że przynajmniej jeden zespół z Ukrainy będzie grał w Lidze Mistrzów i reprezentował nasz kraj.
Oby to wszystko jak najszybciej się skończyło, bo naprawdę już wszyscy są bardzo zmęczeni. Niestety nie mamy na to na razie wpływu.
Pana rodzice nadal mieszkają w Charkowie?
— Tak. Są cały czas w Charkowie. To starsi ludzie, którzy nie chcą się przeprowadzać. Już się do tego wszystkiego przyzwyczaili – do rakiet, codziennych alarmów. Czasami, mniej więcej raz na cztery czy pięć miesięcy, przyjeżdżają do mnie.
Opowiadali panu o najbardziej niebezpiecznych momentach? O sytuacjach, kiedy np. rakiety były blisko ich domu?
— Tak naprawdę dzieje się to codziennie. Wiem, że rodzice czasami nie chcą mi wszystkiego mówić, żeby mnie nie załamywać. Ja jednak mam tam znajomych i codziennie czytam wiadomości.
Ostatnio rozmawialiśmy wieczorem i powiedzieli, że leciał jakiś większy dron. System przeciwlotniczy go zestrzelił. Ojciec zrobił nawet kilka zdjęć — wszystko było widać nad ich budynkiem. Mieszkają w wysokim, piętnastopiętrowym bloku, więc z góry dużo widać. Zrobił zdjęcie i mi wysłał. Niestety takie sytuacje zdarzają się codziennie.
Oczywiście najgorsze były pierwsze dni wojny, kiedy wszystko się zaczęło. Nikt nie wiedział, co będzie dalej, co stanie się z takim dużym miastem jak Charków. To były najtrudniejsze czasy.
Czy wśród pana bliższej lub dalszej rodziny albo znajomych są osoby, które uczestniczą w wojnie? Są żołnierzami albo pomagają na zapleczu, na przykład jako medycy?
— Tak, mam dużo takich osób. Jestem wychowankiem Metalista Charków, więc mam wielu znajomych-kibiców, którzy od razu po wybuchu wojny poszli bronić Ukrainy. Wielu z nich jest już dzisiaj żołnierzami. Niestety są też tacy, którzy zginęli.
Od czasu do czasu z nimi rozmawiam i staram się jakoś pomagać. Każdy jest już zmęczony, każdy żołnierz jest zmęczony. To naprawdę bardzo ciężka sytuacja i każdy chciałby, żeby to wszystko jak najszybciej się skończyło.
Do tego jest to nowoczesna wojna, w której niestety bardzo wiele osób zostaje rannych i traci ręce czy nogi. To są naprawdę bardzo ciężkie tematy.