PKOl z 6,5 mln zł dziury finansowej. Kmita nie wyklucza zawiadomienia prokuratury
Trzy i pół miliona złotych zaległości wobec wierzycieli, kolejne trzy miliony potrzebne do zamknięcia roku i realna groźba wejścia komornika przed końcem września. Nowy prezes PKOl przejmuje organizację, której bilans przypomina rachunek za lata jednoosobowych rządów.
Suma wierzytelności PKOl wobec różnych podmiotów wynosi 3,5 mln złotych. Kolejne 3 mln zł to środki potrzebne do zamknięcia bieżącego roku. Łącznie organizacja potrzebuje więc co najmniej 6,5 mln zł, a Marian Kmita, nowy prezes komitetu, zastrzega, że po przejrzeniu pełnej dokumentacji kwota ta może jeszcze wzrosnąć.
Kmita objął funkcję w poniedziałek, po tym jak zarząd PKOl uznał trwałą niemożność pełnienia obowiązków przez aresztowanego Radosława Piesiewicza. 43 głosy za przy 9 przeciwnych i braku kontrkandydata to wynik, który sam w sobie oddaje napięcia wewnątrz organizacji. 83 procent poparcia brzmi solidnie, ale dziewięć głosów sprzeciwu wobec jedynego kandydata w sytuacji kryzysowej to sygnał, że frakcje wewnątrz PKOl bynajmniej nie zniknęły.
Struktura zadłużenia pokazuje, jak działał mechanizm finansowy za kadencji Piesiewicza. Największym wierzycielem jest firma leasingowa. Dalej na liście figurują związki sportowe, które zrealizowały świadczenia sponsoringowe, lecz nie otrzymały za nie zapłaty. Kmita wymienił rugby, wioślarstwo, gimnastykę sportową i taekwondo. Zaskakującym elementem układanki są zaległości wobec Towarzystwa Olimpijczyków Polskich, którego przedstawiciele jeszcze niedawno publicznie bronili Piesiewicza.
Wiceprezes Adam Korol szacował, że środki PKOl wystarczą na funkcjonowanie do końca września. Kmita widzi pewien margines manewru, ale tylko pod warunkiem negocjacji z wierzycielami i rozłożenia spłat na raty. „Zrobię wszystko, by uniknąć wejścia komornika. Za dwa, trzy miesiące musimy jednak mieć nowych sponsorów” — powiedział nowy prezes w rozmowie z WP SportoweFakty.
Miesięczny koszt utrzymania organizacji to około miliona złotych. Przy 29 pracownikach i zobowiązaniach wynikających z przygotowań do igrzysk w Los Angeles to budżet, który wymaga stałego dopływu gotówki. Kmita zadeklarował, że rozpoczął już rozmowy z dwiema dużymi firmami, jedną państwową i jedną prywatną, nie ukrywając jednocześnie, że zamierza przekonywać do powrotu do współpracy Grupę Polsat Plus, w której na co dzień pełni funkcję dyrektora ds. sportu. Na czas pełnienia obowiązków w PKOl planuje urlop w Polsacie, najpóźniej od połowy października.
Osobnym i potencjalnie najpoważniejszym wątkiem jest Fundacja Polskiego Sportu. Kmita przyznał wprost, że rola fundacji w systemie finansowym stworzonym przez Piesiewicza pozostaje nieznana nawet dla członków prezydium. „Nie wykluczam, że w najbardziej ekstremalnym wariancie będziemy musieli poinformować o tym prokuraturę” — powiedział. Do przeglądu dokumentacji przystąpi wspólnie z wiceprezesem Adamem Konopką.
Kmita zapowiedział również zmiany w Radzie Nadzorczej spółki Olympic Sky, w której zasiadają Piesiewicz, Katarzyna Kochaniak i Grzegorz Kotowicz. Najbliższe dziesięć dni mają być poświęcone wyłącznie lekturze dokumentów i pierwszym decyzjom personalnym. Dopiero potem zostanie zlecony pełny audyt zewnętrzny.
Kontekst polityczny nie ułatwia sprawy. Były minister sportu Sławomir Nitras publicznie nazwał Kmitę „największym promotorem Piesiewicza”, kwestionując jego zdolność do naprawy instytucji. Kmita odpowiedział, że w 2023 roku za Piesiewiczem zagłosowało 139 osób i każda z nich ponosi pewien dyskomfort z tego tytułu. Jednocześnie zadeklarował otwarcie relacji z obecnym ministrem Jakubem Rutnickim, z którym odbył już pierwszą rozmowę.
Ciekawy jest też wątek transparentności. Podczas kadencji Piesiewicza członkowie prezydium, których było 18, nie mieli wglądu w umowy sponsorskie poza kontraktem z Adidasem. Spotkania online zostały zakazane, a przed wejściem do sali obrad wymagano deponowania telefonów. „Nie wiedzieliśmy więcej niż przeciętni kibice sportu” — opisał sytuację Kmita. Przywrócenie zdalnych zebrań prezydium jest jedną z jego pierwszych zapowiedzianych zmian.
18 osób w prezydium, zero wglądu w dokumenty, jednoosobowe zarządzanie organizacją dysponującą milionami ze spółek Skarbu Państwa. Te liczby w prosty sposób wyjaśniają, jak PKOl mógł narastać dług przy formalnie rozbudowanej strukturze nadzoru. Nowy prezes ma teraz kilka miesięcy, żeby udowodnić, że potrafi nie tylko diagnozować problem, ale też go rozwiązać.