Livakovic odrzucił sześcioletni kontrakt z Dinamem, żeby dołączyć do Barcelony
Chorwacki bramkarz miał na stole ofertę nie do odrzucenia od klubu, w którym spędził osiem lat kariery. Wybrał jednak rolę zmiennika w Barcelonie. Pensja na poziomie najlepiej zarabiającego gracza w składzie Dinama i sześć lat umowy nie wystarczyły, by go zatrzymać.
Dominik Livakovic mógł mieć święty spokój. Sześcioletni kontrakt, pensja na poziomie najlepiej opłacanego piłkarza w kadrze i klub, który zna jak własną kieszeń. Zamiast tego wybrał ławkę rezerwowych w Barcelonie.
Chorwacki bramkarz trafił tego lata na Camp Nou jako jedno z wielu wzmocnień, ale jego transfer wzbudził chyba najmniej emocji ze wszystkich. I trudno się dziwić, bo w hierarchii bramkarzy stoi za Joanem Garcią. Kulisy jego decyzji są jednak zaskakujące.
Jak donosi chorwacki dziennik Jutarnji List, Dinamo Zagrzeb było gotowe na wiele, by zatrzymać Livakovicia na stałe. Bramkarz spędził w tym klubie osiem lat, od 2015 do 2023 roku, rozegrał ponad 300 oficjalnych spotkań, a w minionym sezonie wrócił na wypożyczenie z Fenerbahce i znów zachwycił. Władze Dinama chciały wykupić go na stałe i położyły na stół propozycję, która w chorwackich realiach była naprawdę poważna.
Livakovic poważnie rozważał powrót do Zagrzebia. Szczególnie wtedy, gdy Barcelona miała problemy z zagwarantowaniem mu rejestracji w La Liga. Gdyby te kłopoty się przedłużyły, bramkarz mógł wrócić do Dinama. Ostatecznie jednak kwestie rejestracyjne zostały rozwiązane i Chorwat jest do dyspozycji Hansiego Flicka.
W obecnym układzie sił Livakovic plasuje się w hierarchii bramkarzy Barcelony przed Wojciechem Szczęsnym. Może liczyć na występy w meczach pucharowych, ale o regularną grę w lidze będzie mu trudno. To ogromna różnica w porównaniu z tym, co czekało go w Zagrzebiu, gdzie byłby niekwestionowanym numerem jeden z długoterminowym kontraktem i komfortową pensją.
Dla 30-letniego reprezentanta Chorwacji szansa na grę w Barcelonie okazała się jednak ważniejsza niż stabilizacja i pieniądze.