Cecherz mówi o Świcie i Wieczystej. Uważa się za trenera ekstraklasowego, marzy o pracy za granicą
Przemysław Cecherz od ponad 20 lat pracuje na poziomie centralnym i nie ukrywa, że mierzy w Ekstraklasę. W rozmowie ze Stolicą Sportu opowiada o dwóch kadencjach w Wieczystej Kraków, kulisach odejścia ze Stali Stalowa Wola, początkach pracy w Świcie Szczecin oraz planach na przyszłość. Mówi też o młodych zawodnikach, transferach i marzeniu o pracy za granicą.
Wywiad został przeprowadzony 31 sierpnia.
Ciekawi mnie wątek Stali Stalowa Wola. Co się stało, że w zasadzie po miesiącu, mówiąc kolokwialnie, zawinął się Pan z tego klubu?
– Bardzo prosty powód. Obejmowałem Stal Stalowa Wola, umówiłem się na pewne rzeczy z panem prezydentem i prezesem. Wiedziałem, na czym stoję, z czym muszę sobie radzić, jaki mam budżet, jakich potrzebuję zawodników i wszystko szło dobrze.
Wcześniej klub był wystawiony na przetarg, na sprzedaż, zgłosił się inwestor. Okazało się, że to ten sam, który był kiedyś w Zagłębiu Sosnowiec. Wiemy, z czym to się kojarzy. To jest inwestor, który wcześniej próbował kupić Śląsk Wrocław.
Po prostu zaczęły się dziać takie rzeczy, które mi nie odpowiadały. Napisałem pismo z rezygnacją, że w tych warunkach nie jestem w stanie i nie chcę uczestniczyć w tym, co się teraz dzieje. Odszedłem, po prostu podziękowałem za pracę.
Jak zareagowały na to władze klubu?
– Złożyłem pismo, przyjechał pan prezydent, prezes klubu, rozmawialiśmy. Powiedział, żebym się wstrzymał ze względu na to, że on daje taki i taki budżet, to jest gwarancja i tak dalej. Ale potem znowu zaczęło się dziać inaczej. Mówię tutaj o inwestorze, który ściągał zawodników, którzy kompletnie mi nie odpowiadali. Dlatego powiedziałem: lepiej, żebym się z tym nie utożsamiał. Podziękowałem i odszedłem.
Nie mieli wyjścia. Poprosiłem prezesa, z którym cały czas mam bardzo dobry kontakt, powiedziałem, na czym to polega, czego się obawiam i z czym to się może kojarzyć. Dlatego wolałbym odejść. W końcu prezes powiedział, że mnie rozumie i wyraził zgodę na moje odejście.
Miesiąc później pojawił się nowy klub – Świt Szczecin. Dlaczego akurat skorzystał Pan z tej propozycji i czy były w tym czasie inne opcje?
– Opcje były wcześniej, dużo wcześniej. Najpierw były rozmowy nawet z Ekstraklasą, a także z pierwszą ligą, kiedy byłem na umowie z Wieczystą. Krakowskiemu klubowi nie było po drodze, żebym szedł do danego zespołu, więc musiałem, jak to się mówi, odsiedzieć ten kontrakt.
Później też były rozmowy, ale zawsze to jest jakieś czekanie na decyzję. Mówili mi, że czekają na jakąś opcję i tak dalej. Ja nie jestem trenerem, który będzie patrzył na to, czy ktoś się zdecyduje, czy nie. Zazwyczaj w takim układzie dziękowałem za rozmowy.
Kiedyś jeden z mądrzejszych ludzi, jakich spotkałem na swojej życiowej drodze, prezes Zbigniew Koźmiński, powiedział mi: „Przemek, ważne, gdzie ty chcesz iść. Idź zawsze tam, gdzie ciebie chcą, bo wtedy ci się dużo łatwiej pracuje”.
Ze Świtem mieliśmy kontakt dużo wcześniej. Raz byłem trochę zablokowany przez Wieczystą, ale cały czas byliśmy na łączach z działaczami. Odpowiadają mi ci ludzie, bardzo dobrze się z nimi współpracuje. Wiadomo, że warunki pracy są trudniejsze niż w innych klubach i tak dalej, ale nieraz stosunki międzyludzkie są dużo ważniejsze. Stąd moja decyzja.
Trudne zadanie przede mną, nie ulega wątpliwości, ale nie jest to zadanie z cyklu „science fiction”. To są fajni chłopcy, niektórych znałem wcześniej, więc ich umiejętności nie są dla mnie niespodzianką. Pomalutku wiem, że wkroczymy na te dobre tory.
Rozumiem, że wcześniej Wieczysta blokowała Panu możliwość przejścia do pierwszej ligi?
– Tak. Jeżeli chodzi o Ekstraklasę, to te rozmowy były już później, tylko skończyło się na rozmowach. Klub zdecydował się nie zmieniać trenera.
Jeśli chodzi o 1. Ligę, to dzwoniła do mnie Stal Mielec. Było blisko, ale Wieczysta miała jeszcze zagrać z tym klubem i niechętnie na to spoglądała. Rozumiała to.
Wieczysta to z jednej strony bardzo wymagające środowisko, a z drugiej — z tego, co widać, dość niepewny grunt. Jak Pan patrzy na swoje dwie kadencje w tym klubie?
– Mówimy o sześcioletniej historii Wieczystej – takiej, w której klub się pojawił i robił kolejne awanse. Trwało to sześć lat, z czego trzy lata byłem tam ja. Tworzyłem to z Andrzejem Iwanem, również z prezesem i właścicielem.
Bardzo dobrze to wspominam. Wiadomo, czasami pojawiają się niuanse, niedogadanie się itd., ale po pierwszym zwolnieniu cały czas mieliśmy kontakt z właścicielem. Przyjeżdżałem do niego, spotykaliśmy się czy na Wiśle, czy na Wieczystej, albo on przyjeżdżał na niektóre moje mecze. W pewnym momencie poprosił mnie, żeby pomóc w awansie z drugiej ligi, bo sytuacja zrobiła się bardzo nieciekawa. Wtedy zdecydowałem się, w jakimś tam stopniu zaryzykowałem, ale udało się. Awansowaliśmy.
Potem zostało troszeczkę rozczarowania, że pomimo dobrej, a nawet bardzo dobrej gry w pierwszej lidze, zdecydowano o moim odejściu. I tutaj troszeczkę taki żal pozostał. Z biegiem czasu, jak to się mówi, to, co złe, zapominasz, a zaczynasz pamiętać to, co było dobre. To jest naturalne w ludzkiej pamięci.
I powiem szczerze, że złapałem się na tym wielokrotnie, że oglądam mecze Wieczystej i jestem strasznie zdenerwowany, jak coś nie idzie. Bardzo kibicuję temu zespołowi, tym bardziej że jeszcze są tam zawodnicy, którzy już w coraz mniejszym stopniu, ale byli ze mną, kiedy ja tam pracowałem. Zawsze się z nimi człowiek utożsamia. W końcu stworzyliśmy drużynę w 1. Lidze.
Patrząc na skład, można odnieść wrażenie, że są tam zawodnicy na dwie jedenastki na poziomie Ekstraklasy. Gdyby te dwie jedenastki grały oddzielnie, powinny być w czubie tabeli, a tych wyników nie ma. Myślę, że tutaj jest jakaś przyczyna tego, że są piłkarze, a nie ma drużyny. Oni nie funkcjonują razem i myślę, że tu jest problem z tymi słabszymi wynikami.
Pomimo tego, że za mojej kadencji były duże ruchy kadrowe i zmiany, mieliśmy krótką przerwę na przygotowania pomiędzy drugą a pierwszą ligą. Dołączali zawodnicy, którzy byli słabiej przygotowani, bo na przykład przez dwa – trzy miesiące nie trenowali w swoich byłych klubach. Trzeba było ich przygotować, dołączyć do zespołu, wkomponować, a nieraz posadzić na trybunach zawodnika, który był już przygotowany.
Wie Pan, to była bardzo trudna praca pod względem psychologicznym. Jednocześnie przez cały okres, kiedy byłem tam za drugim razem, nie miałem żadnego konfliktu z żadnym piłkarzem. Pomimo tego, że musiałem podejmować trudne decyzje. Mało tego — wchodził zawodnik, zdobywał bramkę, a cały zespół się cieszył. Wtedy stworzyliśmy, tak jak mówię, taką drużynę i myślę, że to w pewnym momencie dało efekt.
A to, jak zespół zareagował na moje odejście, czyli strasznie, było widać po przyjściu Gino Lettieriego. Gra się posypała, drużyna zaczęła tracić dużo bramek, źle to wyglądało. Gdyby potem jakoś się to nie unormowało i nie udało uratować, to z tym awansem byłoby trudno. Miałem na pewno satysfakcję, że odchodząc, zostawiłem zespół na drugim miejscu. Zespół, który stracił najmniej bramek i chyba był też na drugim miejscu pod względem strzelonych goli. To pokazuje, jaką pracę wykonałem w Wieczystej.
Na pewno będę zawsze wspominał ten okres bardzo dobrze. Pozostały też kontakty z piłkarzami. Niedawno spotkałem się z Michałem Trąbką. Wymieniliśmy parę zdań, powspominaliśmy. To był mój ulubiony zawodnik. Jak tylko był zdrowy, zaczynałem od niego ustalanie składu, bo bardzo lubiłem jego grę. Dla mnie on zawsze pozostanie Michasiem. Tak go nazwałem i chłopcy w Wieczystej to podłapali, że to jest mój „synuś”, bo mówiłem do niego „Michaś, Michaś”. I tak jak mówię, to pozostało. Z Michałem Pazdanem czy Jackiem Góralskim też wciąż jesteśmy w jakimś kontakcie.
O złych rzeczach się zapomina, a pamięta się o dobrych.
Gdyby za jakiś czas Wieczysta ponownie chciała Pana po kolejnej zmianie trenera, to byłby Pan otwarty na powrót?
– Haha. Myślę, że tak. Z drugiej strony, ja już w to nie wierzę. Na pewno to klub, który jest bliski mojej osobie.
Wróćmy do Świtu Szczecin. Jak ocenia Pan początek sezonu w wykonaniu zespołu i całą ligę? Tabela jest na razie bardzo wyrównana.
– Tak, oczywiście. Tabela na razie tylko pokazuje, jak kluby wystartowały. Pokazuje też, kto liczy na awans i kto od początku zrobił takie ruchy, żeby pokazać, że jest zespołem, który chce o ten awans walczyć.
Nie ulega wątpliwości, że drużyny takie jak GKS Tychy czy Znicz Pruszków będą chciały to pokazać. Górnik Łęczna to z kolei bardzo doświadczony zespół. Te ekipy będą chciały wrócić do 1. Ligi. A reszta pokazuje, że ta liga jest bardzo, bardzo wyrównana. Ktoś wpadnie w serię dwóch czy trzech zwycięstw, a za chwilę dostaje trzy porażki z rzędu. Mam na myśli Avię. Chojniczanka zaczęła bardzo źle, a teraz znowu odniosła dwa zwycięstwa. Ta liga naprawdę pokazuje, że każdy może wygrać z każdym.
Graliśmy ze Zniczem i GKS-em. Każdy wskazywał nas na porażki. Nic dziwnego, bo wiadomo, ile mieliśmy punktów, a ile mieli przeciwnicy. A jednak byliśmy w tych meczach zespołem równorzędnym. Przegraliśmy wcześniej z Sandecją – to był pierwszy mecz, ten, w którym byłem w klubie zaledwie jeden dzień. Pamiętam doskonale to spotkanie. W drugiej połowie byliśmy zespołem dużo, dużo lepszym i tylko jakieś nieszczęście w postaci słupka czy innych sytuacji uratowało rywali, a nam nie dało choćby punktu.
Nie ma tutaj zdecydowanego faworyta. Ale na przestrzeni większej liczby meczów uważam, że Tychy będą robiły różnicę. Tacy piłkarze jak Olkowski, Trąbka, Lewandowski czy Kędzior to są zawodnicy z dużą jakością, niektórzy byli reprezentantami Polski. Ale reszta pokazuje, że mało jest drużyn, w których piłkarze robią aż taką różnicę. Stąd jest to wyrównana liga, podobnie było w minionym sezonie, bo jest coraz więcej piłkarzy na podobnym poziomie. Tutaj decydują niuanse, jeden błąd, układ meczu i to, jak się on potoczy. Nie ma już w zespołach aż tak wielu piłkarzy z ogromną jakością. Raczej są to bardzo równe ekipy jako całość.
Które miejsce realnie możecie zająć ze Świtem w tym sezonie? Z którego byłby Pan zadowolony, mając na uwadze ten trudny początek?
– Chciałbym, żeby na koniec rundy jesiennej być w okolicach 10.–11. miejsca. Jesteśmy w stanie to osiągnąć. Oczywiście zależy to nie tylko od naszych wyników, ale też od rezultatów innych drużyn. Taka pozycja na pewno w jakimś stopniu by mnie zadowalała jako punkt wyjścia na wiosnę.
Myśli Pan jeszcze o wzmocnieniach kadry na finiszu okna?
– Tak, liczymy na to, że przynajmniej jedno wzmocnienie jeszcze przyjdzie. Nie będę na razie mówił nazwiska ani pozycji, bo rozmowy i negocjacje z zawodnikami są w trakcie.
Wielu graczy przyjechało do mnie na testy, ale nikt mnie nie zachwycił. A jeżeli mam brać zawodnika, który nie jest lepszy od tych, którzy już tutaj są, to uważam, że szkoda wydawać pieniędzy. Jeżeli weźmiemy kogoś, będzie to ktoś z dużą przeszłością ekstraklasową czy pierwszoligową. W innym wypadku nie będę chciał transferu, bo uważam, że ci chłopcy mają swoją wartość. Wystarczy tylko ciężko z nimi pracować, zrobić to, żeby byli drużyną, wyzwolić z nich 100 procent, które mają. To są zawodnicy, którzy są w stanie osiągnąć cel, który sobie zakładamy.
Tak jak mówię, przydałoby się jednak wzmocnienie, bo ta kadra z biegiem meczów na pewno będzie coraz węższa. Kartki czy kontuzje to normalna rzecz. Na pewno przydałoby się jedno, góra dwa wzmocnienia. Ale jeżeli nie będą to wartościowi zawodnicy, to nie będziemy tego robić.
A ktoś może Was opuścić? Są jakieś rozmowy w tej sprawie?
– Jeżeli ktoś mógłby opuścić zespół, to może to być jakiś młody zawodnik, który na przykład będzie miał za mało minut. Wtedy będziemy myśleć o jakimś wypożyczeniu. Na dzień dzisiejszy nie ma takiego tematu. Jeżeli dojdzie jedno czy dwa wzmocnienia, wtedy możemy się nad tym zastanowić. Ale na ten moment nie zaprzątałbym sobie tym głowy. Po pierwsze, nikt za bardzo nie chce odejść, bo zaczęła się tworzyć naprawdę solidna ekipa. Przede wszystkim jest atmosfera pracy i wygląda to naprawdę bardzo dobrze na treningach. To napawa mnie pewnym optymizmem. Nie sądzę więc, żeby ktoś chciał nas opuścić.
Rośnie jakiś zawodnik, który ma potencjał, żeby być kolejnym Pana „synkiem” po Michale Trąbce?
– Haha. Każdy się śmieje, że Dawid Kort jest moim „synkiem”, ale tak nie jest, bo dużo od niego wymagam. To piłkarz z jakością, który musi ją dawać, a w ostatnich meczach i w minionej rundzie było tego za mało. Stać go na dużo lepszą grę.
Bardzo podobają mi się młodzi zawodnicy – Andruszko i Szwiec. Wiadomo, że będą popełniać błędy i mieć wahania formy, ale widzę, jacy to chłopcy, jeżeli chodzi o podejście, realizację zadań, pracę i spisywanie się podczas meczów. Rzadko nie dają z siebie 100 procent.
Odkąd tu jestem, nie mogę żadnemu zawodnikowi nic zarzucić. Wojdak to kapitalny chłopak, już doświadczony, ale to jest właśnie ten piłkarz, który ma „to coś”. Co mam na myśli? Nie jesteś w stanie jako trener wszystkiego im narysować, wszystkiego pokazać i wszystkiego wyjaśnić, co wydarzy się podczas meczu. Ty masz tylko ukierunkować, powiedzieć, co chcesz grać, jak mają się zachowywać i tak dalej. Są jednak sytuacje boiskowe, na które nieraz nie masz wpływu. A ten chłopak ma niesamowitą zdolność przewidywania tego, co może się wydarzyć. Wie, kiedy może podejść do jeszcze wyższego pressingu, wie, kiedy trzeba wrócić do środka. Ma tę zdolność niesamowicie rozwiniętą. Taki chłopak jak Andruszko przy nim naprawdę może wiele skorzystać.
Jeżeli chodzi o innych zawodników, jak np. Rogala, to tak jak mówię — dają z siebie 100 procent. Ja będę tylko pracował nad tym, żeby zwiększyć ich jakość, wartość, żeby te 100 procent było jeszcze większe. Może to nieładnie zabrzmi, ale jeżeli dają z siebie wszystko, to chcę, żeby tego było jeszcze więcej. A są w stanie naprawdę dużo lepiej grać.
Szwiec i Andruszko mają – Pana zdaniem – szansę, by w przyszłości zagrać w Ekstraklasie?
– Moim zdaniem, Szwiec na 100 procent. Nie tylko ja zwróciłem na niego uwagę – słyszę, że mówi się o nim w kraju. Cieszę się, że to nasz zawodnik. Zbyt szybkie przejście do Ekstraklasy mogłoby źle na niego wpłynąć. To rocznik 2007, jeszcze przez dwa lata będzie młodzieżowcem. Myślę, że jego przyszłość będzie bardzo dobra.
Jeżeli chodzi o Andruszkę, uważam, że wcześniej został popełniony w jego przypadku jakiś błąd. Nie chcę na nikogo zrzucać winy, bo z młodym zawodnikiem różnie bywa. To jest chłopak, który może nie tyle powinien być już wyżej, co powinien mieć więcej meczów w wyższych ligach. I tutaj uważam, że gdzieś popełniono błąd. Jeżeli będzie się rozwijał tak jak teraz i będzie tak grał, to na pewno ma przed sobą bardzo dobrą przyszłość.
Jakiś czas temu rozmawiałem z dyrektorem Kuflem na temat Pawła Stolarskiego. Ostatecznie do Was nie trafił. Czy brał Pan udział w rozmowach z tym zawodnikiem, może próbował go Pan przekonywać?
– Nie, mnie jeszcze wtedy nie było. To był temat, o którym dowiedziałem się później. Jeżeli chodzi o Stolarskiego, to kwestie finansowe i życiowe się rozbiegły. Chodziło między innymi o to, że on ma biznes u siebie i nie wiem, czy byłby w stanie mieszkać w Szczecinie, dojeżdżać, pilnować pewnych rzeczy, dostawać więcej wolnego i tak dalej.
Na pewno byłby dla nas wzmocnieniem, to nie ulega wątpliwości. Ale są pewne rzeczy, na które nie jesteś w stanie wpłynąć. Budżet nie jest z gumy.
A miał Pan może innego zawodnika, którego chciał Pan sprowadzić? Rozmawiał Pan z władzami Świtu, proponował któregoś piłkarza?
– Jak wspomniałem, mieliśmy zawodników na testach, ale nikt mnie nie zachwycił. Jeżeli chodzi o graczy, których bym chciał, to właśnie to jest ten temat transferowy. Wiadomo, że wszystko zależy od finansów. Możemy sobie pozwolić na jednego bądź dwóch piłkarzy, w zależności od tego, jakich pieniędzy będą oczekiwali i jakie będą możliwości. Jeden jest na kontrakcie, drugi jest wolny, ale być może będzie należał się ekwiwalent.
Są dwaj zawodnicy, o których rozmawiamy już od jakiegoś czasu. Mam nadzieję, że któraś z tych opcji wypali.
Z jednym i drugim zawodnikiem współpracował Pan już wcześniej?
– Nie. Znam ich z meczów, moje drużyny grały przeciwko nim. Bardzo by mi odpowiadali.
To jeszcze zostańmy przy temacie transferowym, ale cofnijmy się trochę w czasie. Będąc w Wieczystej, miał Pan chrapkę na zawodników z Legii Warszawa, Lecha Poznań czy innych większych polskich klubów?
– Nie lubię mówić nazwisk, bo nie chciałbym nikomu zaszkodzić. Druga sprawa jest taka, że nieraz wykonywane są nieoficjalne telefony: czy jest temat, czy nie ma tematu. Wiadomo, że nie jest to do końca fair. Prowadziliśmy rozmowy z dwoma zawodnikami Legii, z graczem Jagiellonii, z piłkarzem Rakowa.
W Wieczystej było to fajnie zrobione, jeżeli chodzi o transfery. Odpowiedzialność spoczywała na wszystkich. Skauci obserwowali piłkarzy, po selekcji siadaliśmy i wiedzieliśmy, kogo potrzebujemy. Zaczynały się rozmowy, porównania. Nie było tak, że przyszedł Sławek czy właściciel i powiedział: „Masz tego zawodnika i koniec”. Wszystko było wcześniej sprawdzane i wybierane wspólnie. Dużo to kosztowało, ale nigdy nie było zaskoczenia. To bardzo dobre. Uważam, że pod tym względem wszystko było zrobione wzorowo.
Jedyny minus? Człowiek spędzał w klubie mnóstwo czasu. Może nie 24 godziny, ale 12–13. Raz, że była praca nad treningami, praca nad zespołem, a jeszcze oglądanie zawodników i myślenie o przyszłości. To wszystko kosztuje czas. Prezes nie chciał nie wiadomo jak wielkiego sztabu szkoleniowego ani bardzo rozbudowanej struktury. Wolał mieć mniej ludzi, ale zaufanych. Wtedy dużo łatwiej o współpracę. Dlatego każdy z nas musiał więcej pracować. Ale to jest normalne. Jeżeli chcesz coś osiągnąć, musisz pracować. To była bardzo przyjemna praca.
To jeszcze zapytam o Pana. Był Pan w Ekstraklasie, ale mniej więcej 20 lat temu. Czy chciałby Pan jeszcze do niej trafić?
– Znam swoją wartość. Wiem, jak się rozwinąłem, jaką mam wiedzę i jak teraz funkcjonuję w zespołach. Wiem, że w Ekstraklasie... Nie chcę tak zabrzmieć, że powinienem tam być, ale uważam się za trenera ekstraklasowego. Wiadomo, że człowiek chciałby tam być.
Druga sprawa: słucham trenerów, widzę, jak pracują i uważam, że za szybko się zachwycamy albo skreślamy. Z wielu robiono selekcjonerów reprezentacji Polski, a dziś ich już nie ma.
Pracuję na poziomie centralnym od ponad 21 lat i rywalizowałem z ponad setką trenerów, których już nie ma. Pojawił się meteor, zrobili z niego gwiazdę… Szkoleniowców, o których jest głośno, a za chwilę cicho, właśnie tak nazywamy.
Jeśli chodzi o mnie, człowiek przez te 20 lat cały czas jest gdzieś obecny, cały czas pokazuje, że potrafi pracować. Myślę, że wielu trenerów chciałoby mieć taką historię jak ja.
Ja się nigdy nie obrażam na klub, w którym pracuję. Najważniejsze jest dla mnie to, żeby cały czas pracować. Nawet nieraz zejść do niższej ligi, a nie czekać na propozycje. Po Wieczystej mogłem czekać na opcję z pierwszej ligi, bo wiadomo, że prędzej czy później by się pojawiła. Ale ja nie lubię czekać. Chcę pracować, bo uważam, że liczba meczów, które prowadzisz, przede wszystkim liczba podejmowanych decyzji, najbardziej cię uczy. Decyzji dotyczących składu, tego, kogo odstawić od zespołu, jak prowadzić mecz. To cię najbardziej uczy jako trenera. Nie teoria, nie statystyki. One pomagają, kierunkują twoją pracę, ale nigdy nie zastąpią tego, co robisz w czasie meczów.
Myślę, że liczba spotkań najbardziej cię rozwija. Dlatego wolę nieraz pracować w niższej lidze, byle pracować. Przede wszystkim masz do czynienia z wieloma piłkarzami, którzy przeszli przez różne kluby i trenerów. Musisz się z nimi dogadać, musisz jeszcze coś z nich wyciągnąć.
W Świcie masz Adama Frączczaka, który wiadomo, przy jakich trenerach był. I teraz musisz tak pracować, tak się starać, żeby on cię nieustannie porównywał do swoich byłych trenerów i żebyś w tym porównaniu wypadł korzystnie. I to uczy chyba najwięcej.
Skoro mówi Pan, że trenerów za szybko się skreśla albo stawia na piedestale, to ma Pan na myśli, że ktoś został za szybko skreślony albo za szybko wykreowany na wielkiego trenera?
– Nie wyciągnie Pan ode mnie nazwiska. Może ktoś sobie tego nie życzyć. Nie chciałbym też kogoś skrzywdzić. Było jednak wielu takich trenerów. Chodzi mi o sytuację, kiedy po jednej rundzie robimy z kogoś nie wiadomo jakiego stratega, a za chwilę, w drugiej rundzie, jego klub spada z ligi.
Wie Pan, mówić można wszystko. Weźmiesz cytat z jakiejś książki, nie wiadomo jakiej, i to pięknie brzmi. Ludzie to podchwytują, prezesi to podchwytują i myślą, że znaleźli trenera, który jest nie wiadomo kim, ale potem na boisku tego nie widać. Takich szkoleniowców znajdzie pan wielu.
Gdyby nie wrócił Pan do Ekstraklasy, to byłby żal?
– Nie. Uważam, że ta moja przygoda, a może już nawet kariera trenerska, nie jest najgorsza. Pracowałem w wielu klubach – najczęściej były to ciężkie warunki pracy.
Poza Wieczystą nie miałem okazji pracować w klubach, które walczyły o nie wiadomo jakie cele. Zazwyczaj to było ratowanie, praca w ciężkich warunkach, gdzie trzeba było się odnaleźć i kombinować w różnych sytuacjach. I w takich warunkach sobie radziłem. Bardzo dobrze wspominam na przykład Kolejarza Stróże, gdzie w zimowym okresie przygotowawczym musieliśmy trenować praktycznie cały czas na orliku. A byliśmy zespołem, który do ostatniej kolejki walczył o awans do Ekstraklasy. To pokazuje moją wartość.
To ktoś inny powinien żałować, że ze mnie nie skorzystał. Uważam, że na każdym etapie w jakimś stopniu spełniałem stawiane przede mną cele. Wiadomo, że nie ma takiej możliwości, żeby trener wszędzie pasował. Każdy popełnia błędy, szczególnie kiedy jest młody. Nie zawsze też człowiek odnajdzie się w każdym środowisku i nie każde środowisko zaufa danemu trenerowi. Stąd zmiany.
Ale na ogół spełniałem cele, które przede mną stawiano. Nieraz były to nawet cele zrealizowane ponad stan. Nie do wiary, ale się udawało.
Był Pan w większych klubach, jak Widzew Łódź, Wisła Płock czy Górnik Zabrze. Widzi się Pan w przyszłości znowu w jakimś większym klubie? Może nawet nie jako pierwszy trener, ale w sztabie?
– Nie. Jeżeli mam pracować, to jako pierwszy trener. Bardziej moim marzeniem jest wyjazd za granicę. Nie mówię o Interze Mediolan czy Milanie, tylko mam na myśli np. Litwę, Estonię, Kazachstan. Chciałbym poznać, jak pracuje się w obcym środowisku, gdzie zaczynasz od nowa, gdzie nikt cię nie kojarzy i musisz od początku pokazać pracę. Bardzo by mnie to rozwinęło. To jeden z moich celów.
Cel–awans był konieczny w Wieczystej. To nie było łatwe. Okej, miałem piłkarzy, ale wówczas krakowski klub grał bardzo źle, był w dołku, nie potrafił wygrać z ostatnim zespołem w tabeli. Człowiek tam poszedł, zaryzykował. Trzeba było dogadać się z zawodnikami takimi jak Michał Pazdan, Rafa Lopes czy Jacek Góralski. W środku sezonu zrobiliśmy im nowy okres przygotowawczy. Ciężko pracowaliśmy przez dwa i pół tygodnia, po dwa razy dziennie. Sztuką było przekonać tych piłkarzy, żeby w to uwierzyli i poszli za tobą. Trzeba było im powiedzieć: teraz musimy bardzo ciężko trenować, żeby na baraże być przygotowanym w stu procentach. Bo inaczej cienko to widziałem.
Udało się jednak skonsolidować zespół, pociągnąć wszystkich za sobą i nie ukrywam, że w barażach te mecze wyglądały już praktycznie jak formalność. To był ogromny sukces. Potem trzeba było się szybko przygotować do pierwszej ligi, wkomponować nowych zawodników i tak dalej. Przyszły dobre wyniki na zapleczu Ekstraklasy. Uważam, że to kolejny moment, który pokazał moją wartość jako trenera.
Tak, jak choćby w Warcie Sieradz.
– Któregoś razu zadzwoniła do mnie Warta Sieradz, która – po trzech kolejkach drugiej rundy – miała 13 punktów, a bardzo chciała się utrzymać. Udało się szybko skonsolidować zespół, skrócić dystans z chłopcami i na tyle poprawić grę, że zaczęliśmy praktycznie wszystko wygrywać, a przynajmniej większość meczów. Musieliśmy wygrywać. I udało się utrzymać zespół w ostatniej kolejce. Uważam, że to był sukces ponad miarę.
Nie mówiąc już o Kolejarzu Stróże, gdzie warunki do treningów i pracy przypominały bardziej czwartą ligę, a my byliśmy w pierwszym sezonie zespołem walczącym o Ekstraklasę. W drugim i trzecim sezonie spokojnie graliśmy w pierwszej lidze. Ani przez chwilę nie groził nam spadek.
Trzeba było po prostu poprawiać to, co jest źle. A, wie Pan, zmiany trenerów następują tam, gdzie jest źle. Nigdy tam, gdzie jest dobrze.