Artur Barciś stanowczo o Lewandowskim. „Powinien grać tak długo, jak tylko się da”
Artur Barciś nie ma wątpliwości, że Robert Lewandowski powinien jak najdłużej grać w reprezentacji Polski. Znany aktor opowiedział Stolicy Sportu również o Janie Urbanie, młodych talentach i swoich sportowych emocjach.
To na początku pół żartem, pół serio: czy dalej jest w Panu sentyment do Albatrosów?
– Haha. Sentyment do „Miodowych lat” oczywiście jest, bo to kawałek mojego życia, który ciągle trwa. Serial jest cały czas powtarzany. Ludzie pamiętają Tadzia Norka i Albatrosów. Czasem spotykam osoby, które mają koszulki z napisem „Albatros” i proszą, żebym je podpisał. Więc tak, mam sentyment do tej drużyny.
Wiadomo, że to była fikcyjna drużyna na potrzeby serialu, ale czy kiedyś planowaliście, żeby taką ekipę rzeczywiście utworzyć i raz na jakiś czas pograć w piłkę?
– Nie, nie mieliśmy na to czasu i nie mieliśmy go też wtedy. Wbrew pozorom „Miodowe lata” to była ciężka praca, bo serial był realizowany na żywo, przy udziale publiczności, co wymagało ogromnej dyscypliny, znajomości tekstu i całej masy różnych innych rzeczy, które są potrzebne przy tego rodzaju produkcji. Nie mieliśmy więc w ogóle czasu na takie rzeczy. Ja jestem kibicem, głównie sportowym, a jeżeli uprawiam jakiś sport, to nazywa się on aktorstwo.
A miał Pan świadomość, że FC Albatros rzeczywiście powstał, tylko że w Niemczech? Polacy ją założyli, inspirowali się „Miodowymi latami”.
– Nie, nie miałem tej świadomości, ale życzę powodzenia.
Jest Pan głównie kibicem sportowym. To w takim razie dopytam: jak mocno kibicuje Pan przede wszystkim Rakowowi Częstochowa? Wiadomo, że jest Pan z tych okolic.
– Teraz przede wszystkim kibicuję budowie stadionu, bo to jest — ciągle to powtarzam — jakiś wstyd, żeby tak duże miasto, z takimi sukcesami w piłce nożnej, nie miało porządnego obiektu.
Ten stadion wygląda właściwie jak boisko piłkarskie, chociaż po remoncie trochę się poprawiło. Meczów międzynarodowych nie można tam jednak rozgrywać.
Ale oczywiście kibicuję też Rakowowi. To lokalny patriotyzm i zupełnie naturalne, że akurat Raków i Częstochowa są głęboko w moim sercu.
Bywa Pan na meczach Rakowa?
– Nie, nie bywam. Byłem na stadionie, bo zostałem zaproszony przez Raków, przez organizatorów. Dostałem nawet koszulkę z numerem 12 i dowiedziałem się, dlaczego. Jedenastu zawodników jest na boisku, a dwunasty to taki, który wspiera. Ja oczywiście wspieram, więc zrobiłem sobie jakieś zdjęcia na stadionie, na murawie i to wszystko. Niestety nie bywam na meczach, bo nie mam czasu.
Byłem za to na finale Pucharu Polski na Stadionie Narodowym, ale Raków przegrał niestety z Górnikiem Zabrze.
Ostatnio Rakowowi średnio się wiedzie, nie awansował do Ligi Konferencji. Śledzi Pan na bieżąco losy klubu?
– Tak, staram się oglądać. Ostatni mecz też oglądałem. Oczywiście zazwyczaj z nagrania, dlatego że wtedy, kiedy jest spotkanie, ja jestem na scenie — to są właśnie te godziny. Ale staram się to śledzić.
Mało brakowało do Ligi Konferencji, ale co zrobić. Myślę, że Raków musi się odbudować po stracie Marka Papszuna, bo to był trener, który wyniósł Raków na szczyty. Teraz, kiedy go nie ma, nowy szkoleniowiec ma trudne zadanie, bo ambicje są bardzo duże. Życzę powodzenia.
Wspomniał Pan o Marku Papszunie. Śledzi może Pan Legię pod jego wodzą?
– Tak. Mieszkam w Warszawie od prawie 50 lat, więc kibicuję stołecznym zespołom — Polonii i Legii. Chociaż nie przepadam za kibicami Legii, którzy są często agresywni, a ja tego bardzo nie lubię.
Słówko jeszcze o Rakowie, bo wiadomo, że za kadencji Marka Papszuna był to zupełnie inny zespół. Z klubu został zwolniony Dawid Kroczek. Czy ma Pan jakiegoś wymarzonego kandydata na trenera Rakowa? Mówi się ostatnio o Jerzym Brzęczku, ale podobno szanse są małe.
– Jerzy Brzęczek jest częstochowianinem, więc byłoby to naturalne, gdyby został trenerem Rakowa. Ale z reprezentacją sobie tak średnio poradził, więc nie wiem, czy byłby dobrym szkoleniowcem. Nie znam go osobiście, więc trudno mi się wypowiadać. Ja nie jestem fachowcem od tego. Jestem fachowcem od emocji i to mnie najbardziej interesuje.
A ogólnie mecze Ekstraklasy Pan ogląda?
– Zdarza się, ale stosunkowo rzadko. Mam ograniczony czas. W ogóle mam bardzo mało czasu i muszę jakoś dywersyfikować te zajęcia, więc oglądam tylko te wydarzenia, które mnie pasjonują. Szczególnie te, w których grają Polacy w tych dobrych, zachodnich ligach.
Kiedy Robert Lewandowski grał w Barcelonie, bardzo mnie to interesowało. Teraz Barcelona mnie nie interesuje, bo nie ma tam Polaków. Przepraszam, jest Wojciech Szczęsny, ale siedzi na ławce.
Szkoda, że mecze amerykańskie nie są transmitowane albo są gdzieś w tajemniczych miejscach, bo chętnie zobaczyłbym, jak Lewandowski sobie radzi w Ameryce, ale trudno jest do tego dotrzeć. A jak się zna wynik, to już też się nie chce oglądać.
Pozostają skróty meczów.
– Skrót to nie mecz.
Odkąd Lewandowski odszedł z Barcelony, ma Pan jakiegoś innego Polaka z zagranicznej ligi, którego stara się Pan bardziej śledzić?
– Tak. W Interze jest Piotr Zieliński, któremu też bardzo kibicuję. Ostatnio trochę zaniedbałem się, bo były wakacje, a ja jestem bardzo zajęty pracą zawodową i zupełnie nie mam czasu na oglądanie meczów. Nie wiem nawet, jak się tam wszystko pozmieniało, gdzie kto przeszedł i gdzie kto w tej chwili jest. A jeszcze do tego jest tenis, siatkówka — to są też dyscypliny, które bardzo mnie interesują — więc trochę jestem do tyłu z piłką nożną.
A co ostatnio Pan oglądał, jeśli chodzi o sport?
– Ostatnio oglądałem wszystkie mecze siatkarzy w Memoriale Huberta Wagnera, a w niedzielę Kamila Majchrzaka w Nowym Jorku — piękne 3:0.
Dzisiaj (w poniedziałek, 31 sierpnia – red.) będzie mi trudno, bo mam dwa spektakle do zagrania i akurat mecze Chwalińskiej i Hurkacza odbywają się w czasie, kiedy będę na scenie, ale może jakoś sobie nagram. A do tego Iga Świątek gra o pierwszej w nocy, a ja muszę się wyspać, bo we wtorek znowu od rana jest praca, praca, praca.
Nie kusiło Pana, żeby w jakimś momencie bardziej zaangażować się w sport, może dołączyć do jakiegoś klubu, przykładowo do Rakowa, w jakiejś roli honorowej?
– Nie, bo nie mam czasu. Jestem bardzo zajęty pracą zawodową. Mam teraz taki czas, że właściwie powinienem wszystko zostawić i zająć się tylko tym.
25 września mam premierę mojego monodramu w Teatrze Polonia — „Bal w operze” Juliana Tuwima — i sam to reżyseruję. To jest arcytrudne przedsięwzięcie, a już bardzo mało czasu zostało.
Niedawno skończyłem zdjęcia do nowego sezonu serialu „Ranczo”, gdzie też grałem wiodącą rolę. Bardzo dużo czasu zajmuje mi praca zawodowa, więc na inne aktywności po prostu nie mam czasu.
Pod koniec września rozpocznie się zgrupowanie piłkarskiej reprezentacji Polski. Będzie Pan się starał, w miarę możliwości i czasu, śledzić mecze?
– Na pewno między 22 a 25 września nie, bo muszę się skupić wyłącznie na pracy. I jak już to zrobię, to dalej też będę jeszcze nad tym pracował, bo monodram to nie jest taka rzecz, którą się zrobi i już. To się cały czas tworzy, bo dochodzą widzowie i ci widzowie reagują, a ja też muszę wziąć to pod uwagę. To nie jest takie proste. Szczególnie że są takie spektakle, które żyją za każdym razem na nowo, kiedy wychodzi się na scenę. I to właśnie będzie taki spektakl.
Ale oczywiście dla higieny, dla odpoczynku będę się starał coś tam zobaczyć.
Jan Urban to odpowiedni selekcjoner reprezentacji Polski?
– Tak. Poza tym to jest bardzo trudna rola, bo nie mamy zbyt wielu wybitnych piłkarzy. Myślę, że trzeba mu dać czas.
Robert Lewandowski, na wrześniowo-październikowym zgrupowaniu, ma zagrać tylko w jednym z czterech meczów, bo terminarz MLS koliduje. Czy Pana zdaniem powinien jeszcze występować w reprezentacji, czy już powoli kończyć?
– Dopóki będzie chciał i dopóki będzie mógł, to oczywiście powinien grać. Jest aktywnym, czynnym piłkarzem, a talent ma niepodważalny. Nie mamy drugiego takiego zawodnika. Nikt go nie zastąpi.
Oczywiście wiek robi swoje i pewnie będzie coraz trudniej biegać przez 90 minut na boisku, ale jest niezwykle wartościowym graczem i myślę, że powinien być w drużynie narodowej tak długo, jak tylko się da.
Ma Pan wytypowanego młodszego zawodnika, który powinien grać w reprezentacji Polski?
– Dobrze, że pierwsze minuty w kadrze ma za sobą Oskar Pietuszewski. To, moim zdaniem, wielki talent.
Obecnie kontuzjowany.
– No właśnie. I to jest też problem, bo jak dobry zawodnik łapie kontuzję, to nie ma nikogo na jego miejsce. A może jest, tylko ja go nie znam.
Wspomniał Pan o tenisie, siatkówce, dużo też rozmawialiśmy o piłce. Czy jeszcze jakiś sport Pan śledzi? Może żużel?
– Tak, tam, gdzie grają Polacy. To jest taki mój rodzaj patriotyzmu. Tam, gdzie Polacy grają dobrze, tam oglądam. Lubię lekkoatletykę, lubię piłkę ręczną, chociaż ostatnio jest tam trochę słabiej.
W koszykówce było nieźle. Widziałem mecz z Izraelem — bardzo dobry. Przegraliśmy z Niemcami, ale sędziowie ewidentnie pomogli rywalom. Nie jestem nigdy zwolennikiem jakichś spiskowych teorii, ale pewnych rzeczy się nie robi.
No i tyle. To mało?
Dużo. Jestem pod wrażeniem, że jest Pan takim zajętym człowiekiem, ma Pan mało czasu na inne rzeczy, a słyszę, że sportem mocno Pan żyje.
– Kiedyś trzeba odpocząć. Odpoczywam przy oglądaniu sportu. A pracuję bardzo ciężko, więc odpoczynek jest mi po prostu niezbędny.
Czytałem w jednym z wywiadów, że kiedy ogląda Pan mecze, to rodzina raczej nie ma z Panem łatwo.
– Ta rodzina w tej chwili to jest tylko moja żona, bo dzieci się wyprowadziły i jesteśmy sami. A ona ma poczucie humoru i śmieje się ze mnie. Co zrobić?
Ale mocno Pan przeżywa mecze? Przykładowo, kiedy ktoś straci bramkę albo strzeli gola, to mocno Pan reaguje?
– Tak, tak. Jestem człowiekiem emocjonalnym i te emocje uwalniają się przy oglądaniu sportu, szczególnie kiedy grają Polacy. Wypuszczam emocje, nie stosuję żadnych barier, używam brzydkich wyrazów, czego nikt nie słyszy poza żoną. Pozwalam sobie na to.
Gardło się czasami zdziera?
– Oczywiście.
Nie jest to ryzykowne pod kątem pracy?
– Jestem profesjonalnym aktorem. Umiem tak operować gardłem, żeby sobie go nie zedrzeć.