"Arce się nie odmawia". Wojciech Pertkiewicz o ofertach, transferach i planach klubu
– Propozycja z Jagiellonii, za którą dziękuję i którą szanuję, była taka, że powinna mnie tam usadzić na wieki, ale Arce się nie odmawia – mówi Wojciech Pertkiewicz. Prezes klubu z Gdyni zdradza kulisy letniej przebudowy zespołu, mówi o rekordowym budżecie i transferach, które nie doszły do skutku.
O spadku mówił pan już sporo, więc chciałbym podejść do tematu z innej strony. Czy odbył pan rozmowę, która dała najwięcej do myślenia, skłoniła do refleksji albo była swego rodzaju kopem motywacyjnym na kolejne miesiące?
– Nie chciałbym znów wracać do spadku, a raczej skoncentrować się na tu i teraz i myśli o przyszłości, ale mam świadomość, że od tego się nie ucieknie. Mam nadzieję, że wyciągnęliśmy z tego wnioski i pewnych błędów nie będziemy powtarzać, acz czynników, które finalnie wpływają na sukces lub jego brak, jest tak wiele i nad tyloma nie ma się kontroli, że jeśli ktoś obiecuje i gwarantuje sukces sportowy, to nie jest poważnym człowiekiem. Robimy wszystko, by w realiach finansowych, organizacyjnych, infrastrukturalnych zwiększać prawdopodobieństwo sukcesu. Zrobiliśmy już sporo i skoro uważa się nas za jednych z faworytów do awansu, to wydaje się, że ocena tych działań jest pozytywna, ale na końcu jeszcze trzeba dowieźć to na boisku, a tu podobny cel stawia sobie 17 rywali w lidze.
Wracając do pytania: na pewno nie była to jedna rozmowa czy jedno przemyślenie, tylko analiza ciągu zdarzeń, błędów proceduralnych, osobowych i decyzji, oczywiście również po mojej stronie. Myślę, że na dziś udało się zbudować podwaliny pod nasz byt w pierwszej lidze. Jestem teraz spokojniejszy, jeśli chodzi o funkcjonowanie klubu jako organizacji.
Co ma pan na myśli pod kątem podwalin?
– Pieniądze nie grają w krótkim dystansie, ale na dłuższym mają duże znaczenie. Tak jak w meczu ze Skierniewicami — przegraliśmy na boisku, ale jestem przekonany, że w dłuższej perspektywie jesteśmy drużyną, klubem i organizacją, która ma większą moc i lepsze podwaliny do tego, żeby funkcjonować na poziomie pierwszej ligi i patrzeć w górę, a nie za siebie.
To, co udało nam się zrobić mimo spadku i tego rozczarowania, to zbudować budżet — myślę, że rekordowy, jeśli chodzi o Arkę i jej grę na tym poziomie. Nie jest to oczywiście najwyższy budżet w lidze, ale sukcesem dla nas jest to, co udało się zrobić.
Udało się również zbudować, mimo dużej rewolucji kadrowej, zespół, który — cały czas będę podkreślał słowo „wydaje się”, bo czas to zweryfikuje — ma odpowiednią jakość. Dopiero jesteśmy po trzech spotkaniach i ani nie skakałem pod sufit po wygranej ze Stalą, ani nie załamuję rąk po przegranej z Unią Skierniewice.
Wiem, że jest to proces. Ważne, żeby na samym końcu suma punktów była wystarczająca. Każda wygrana napędza koniunkturę wokół klubu, która nie jest zła. Tak jak powiedziałem, udało nam się zbudować rekordowy budżet, jeśli chodzi o część finansową, ale funkcjonowanie wokół klubu to również coś wyjątkowego. Trudno to zmierzyć taśmą mierniczą, ale jest bardzo dobra atmosfera. Frekwencja na pierwszym meczu — ponad dziewięć tysięcy osób, mimo wakacji — też na to wskazywała. Zobaczymy, jak będzie w kolejnych spotkaniach. Wokół klubu czuć pozytywny duch i oczekiwanie na dobre rozwiązanie, ale czuć też zrozumienie dla pewnych decyzji, nawet takich które mogą na wejściu okazywać się niepopularne. To, że emocje będą falowały, jest nieuniknione. Między innymi dzięki temu piłka nożna jest tak pięknym i potężnym sportem, bo każde „wie”.
Wspomniał pan o rekordowym budżecie. Ile wynosi?
– Wysokie dwudziestki. Chyba podałem gdzieś 28 milionów złotych, więc trzymajmy się tej kwoty, bo pewnie będzie nieco korygowana, ale przyjmijmy, że w tych realiach będziemy się obracać w obecnym sezonie.
Mówi pan o samych pozytywach, jeśli chodzi o zespół. Transfery też pewnie pomogły. Na tę chwilę jest pan zadowolony z dotychczasowych ruchów w tym oknie?
– Tak. Myślę, że to, co przygotowywał Tomek Wichniarek, czyli dyrektor sportowy, i pospadkowe zmiany — czyli pożegnanie większości zawodników, z którymi współpracowaliśmy w Ekstraklasie, i próbę zatrzymania tych, z którymi chcieliśmy zostać — udało nam się zrealizować w 80–90 procentach.
Udało się miedzy innymi wykupić zawodników takich jak Marco Komenda z Holstein Kiel, czy Ambrosiewicz z Termaliki, czy nakłonić Vlada Gutkovskisa do pozostania w Gdyni. Nie było łatwo, ale się udało. Wydaje mi się, że jest też dobry balans między piłkarzami doświadczonymi a młodszymi, a także jeśli chodzi o doświadczenie w grze na tym poziomie ligowym. Są zawodnicy, którzy grali o awanse, piłkarze, którzy awansowali ze swoimi drużynami, kilku młodych stojących w blokach oraz zawodnicy z naszej Akademii, jak Strugała czy Zacharewicz.
Na dziś patrzę z optymizmem. Wiadomo, że jeszcze trwa okienko, później mamy również okno zimowe i sporo meczów po drodze. Jeżeli trzeba będzie, będziemy reagować na pewne sytuacje, takie jak kontuzje czy obniżka formy któregoś z zawodników. Liczę jednak, że dostają tutaj wystarczającą opiekę, żeby tych lotów nie obniżać, tylko zdecydowanie pokazywać, że są bardziej wartościowymi zawodnikami, niż dziś ocenia ich wiele osób.
Mówi pan, że udało się zatrzymać 80–90 procent zawodników, których chcieliście zostawić. Kogo się nie udało? Sebastian Kerka?
– Tak. To jego głównie mam na myśli.
Dlaczego się nie udało?
– Dysproporcja finansowa między pierwszą ligą a Ekstraklasą jest potężna. Jeżeli po drugiej stronie jest klub taki jak Zagłębie Lubin, to nie mamy podjazdu. Mimo wielkich chęci Sebastiana i jego rodziny, żeby zostać w Gdyni, mam świadomość, że będąc zawodnikiem w jego wieku — ma 32 lata — być może jest to dla niego ostatni duży kontrakt. Chciał więc skorzystać z dobrego sezonu i łatki gracza, który potrafi zrobić różnicę na boisku.
Z pełnym zrozumieniem przyjąłem jego decyzję. Szanuję też to, że mocno rozważał naszą ofertę. Nie byliśmy jednak w stanie zbliżyć się na tyle, żeby Sebastian został w Gdyni.
Opuścili was też Oskar Kubiak i Kamil Jakubczyk.
– Były to nasze decyzje związane z funkcjonowaniem klubu i przychodami z transferów wychodzących. Kamil miał ostatni rok kontraktu i bardzo chciał zostać Ekstraklasie i co ważniejsze, Ekstraklasa chciała Kamila, a Oskara puściliśmy na głębokie wody. Umie pływać. Da sobie radę.
Jakie miał jeszcze oferty? Może pan zdradzić?
– Było kilka konkretów, kilka klubów badało grunt. Głównie kluby czeskie, ale też jeden słoweński.
A w przypadku Jakubczyka? Mówiło się np. o Widzewie.
– Było zainteresowanie kilku klubów. Z Widzewem było dość blisko, ale chyba trafiliśmy w moment zmian personalnych w tym klubie i zaczęło się to przeciągać. Trochę zaczęli zmieniać politykę, a Korona była konkretna i stanęło na ruchu do Kielc.
Jesteście zadowoleni z tego, ile udało się wyciągnąć pieniędzy z tych zawodników?
– Uważam, że tak. W jednym i drugim przypadku były to rozsądne kwoty na rozsądnych warunkach.
Obecni piłkarze Arki mają jeszcze jakieś oferty? Coś może wydarzyć się w najbliższym czasie?
– Nie ma zawodnika, nad którego ofertą — jeżeli by się pojawiła — byśmy się nie pochylili, ale chyba nie jest to ten moment i nie spodziewam się takich ofert.
Liczę, że kilku młodych dostanie na tyle dużo szans i pokaże się z tak dobrej strony, że latem pojawi się zainteresowanie. Oby to była Ekstraklasa, bo oprócz wartości sportowej samej w sobie, gra na tym poziomie buduje również finansową wartość transferową piłkarza.
Macie jeszcze jakieś potrzeby transferowe? Kogoś chcielibyście sprowadzić?
– Dzisiaj mamy potrzebę zluzowania kilku zawodników i dania im szansy na większą liczbę minut. Mamy dosyć rozbudowaną kadrę, jeśli chodzi o środek boiska. Sidibe, Staniszewski czy Sznaucner tych minut najprawdopodobniej będą mieli niewiele, dlatego opcja transferu czasowego jest dla nas kluczowa. Czekamy, aż pierwsze mecze się odbędą i w klubach zacznie się lekkie przetasowanie. Liczymy, że nasi zawodnicy dostaną szansę na zdobywanie minut na wypożyczeniach.
Liczę na ruchy wychodzące i jeżeli do nich dojdzie, to, reagując na to, co wydarzy się na boisku, będziemy się również liczyć z tym, że może pojawić się potrzeba na transfer przychodzący. Jeżeli do tego dojdzie, najprawdopodobniej będzie to formacja obronna lub skrzydło, bo Dawid Kocyła jest obecnie kontuzjowany. Zobaczymy, na jak długo wypada. Na dziś jesteśmy zabezpieczeni, ale jesteśmy dopiero po trzech meczach, więc sporo przed nami. Mam nadzieję, że pozytywnych, a nie negatywnych historii.
Pojawiały się informacje, że potrzebny będzie zabieg chirurgiczny i że najwcześniej Kocyła wróci w październiku.
– Nie jestem miłośnikiem deklarowania, kiedy zawodnik będzie sprawny i zdolny do powrotu na boisko, bo można się mocno pomylić w jedną i drugą stronę. Na dziś rzeczywiście jest kontuzjowany i na jakiś czas wypada z drużyny. Czekamy na jego powrót i szybką rehabilitację. Chciałbym go jak najszybciej zobaczyć z drużyną w pełnym treningu.
Wiadomo chociaż, czy będzie miał zabieg chirurgiczny?
– Sposób leczenia zostawiam w rękach lekarza klubu i działu medycznego.
W tym oknie chcieliście pozyskać kogoś konkretnego, ale z powodów finansowych lub innych się nie udało? Może pan zdradzić nazwiska?
– Jakub Jendryka z Ruchu Chorzów. Ostatecznie wybrał Raków. Tutaj był temat łączący — oczywiście dla zorientowanych — nasze relacje ze Slavią Pragą. Sprawa był dość mocno zaawansowana, ale z pewnych względów, nawet dla mnie w jakiś sposób zrozumiałych, Jakub wybrał Częstochowę. Przegraliśmy rywalizację.
Chcieliście w tym oknie albo będziecie chcieli zimą kogoś z Legii, Lecha, Wisły czy innego większego polskiego klubu?
– Na razie jesteśmy na etapie scalania tego, co mamy, a mamy, uważam, dosyć dobry zespół, który wymaga ociosania i wierzę, że możemy razem sporo osiągnąć.
Mamy jeszcze niecały miesiąc okna transferowego, więc będziemy czujni, a później ewentualnie zimą przeprowadzimy korekty. Ale z jakiego klubu miałyby być to posiłki, trudno mi powiedzieć. Zależy, jakie potrzeby się pojawią.
Słówko jeszcze o trenerze Jarolimie. Pisało się w mediach, że rozmawialiście również z Dawidem Szulczkiem i Adamem Majewskim. Czy ktoś jeszcze był na liście?
– Było jeszcze ze trzech innych, ale skoro nie wypłynęło, to niech nie wypływa.
Ale sami Polacy?
– Sami Polacy.
A pan ma jakieś oferty?
– Zostawię to dla siebie. Nieważne, czy są, czy ich nie ma. Nie wracałem do Arki po to, żeby rozpatrywać dziś jakiekolwiek inne oferty. Propozycja z Jagiellonii, gdzie relacje i współpraca była fantastyczna, była taka, że powinna mnie tam usadzić na wieki, ale Arce się nie odmawia i powodów powrotu do domu było kilka.
Czyli jakieś propozycje są w tym momencie?
– Zostawię to dla siebie.
Na początku mówił pan, żeby nie wracać do spadku i porażki z Unią. Patrząc jednak na tabelę, macie całkiem niezły początek sezonu. Pewnie do końca będziecie walczyć o awans.
– Po to startujemy, żeby wygrać ligę. Myślę, że większości klubów taki sam cel przyświeca, ale po trzech meczach jestem daleki od wyciągania jakichkolwiek wniosków — pozytywnych czy negatywnych — czy przewidywania wyniku na koniec sezonu.
Tak jak tonowałem nastroje po wygranej ze Stalą Rzeszów, tak samo tonuję negatywne nastroje po przegranej z Unią Skierniewice. Próbka meczów jest na razie za mała, żeby wyciągać daleko idące wnioski. Dajmy sobie czas, przynajmniej do końca rundy.
Jak wygląda obecnie skauting w Arce?
– Był to obszar dosyć mocno zaniedbany i powoli od tego roku zaczęliśmy budować jego struktury. Kiedy przyszedł Tomek Wichniarek, ruszyło to mocniej z kopyta. Dzisiaj dział liczy już kilka osób. Po półrocznej współpracy Martin Pasieka został szefem działu skautingu.
Wiadomo, że w terenie koncentrujemy się przede wszystkim na niższych ligach w Polsce. Między innymi Oskar Kubiak trafił do nas w podobny sposób — z rekomendacji jednego z naszych skautów. Solecki również trafił do nas po przeglądzie niższych lig. Liczymy więc na ich efektywność i skuteczność.
Grając w 1. Lidze, jesteśmy atrakcyjni niekoniecznie dla piłkarzy z Bundesligi, ale Marco Komenda trafił do nas z 2. Bundesligi i udało nam się go przekonać. Obszarem naszego zainteresowania są również druga i trzecia liga hiszpańska, liga portugalska i kilka innych kierunków. Będąc w Ekstraklasie, te obszary nieco się zmieniają.
Dzisiaj koncentrujemy się na tym, co jest realne do wykonania. Tracenie czasu na oglądanie Ligi Mistrzów... Można ją oczywiście oglądać dla przyjemności, ale na pewno nie biznesowo pod kątem zawodników i ich pozyskiwania. Mierzymy swoje siły i celujemy w te miejsca, w których w przypadku potrzeby jesteśmy w stanie coś realnie zrobić.