Polityk o Sanchezie z Wisły: „Zaczynał jako kołek, błagaliśmy Boga”

Polski polityk o byłym piłkarzu Wisły: „Zaczynał jako kołek. Błagaliśmy Boga, żeby strzelił gola”

Jordi Sanchez
fot. Zmphotos, Wikimedia Commons
Avatar użytkownika Maciej Ziółkowski
13 minut czytania

Jerzy Fedorowicz w rozmowie ze Stolicą Sportu opowiedział o swojej wieloletniej miłości do Wisły Kraków, jej powrocie do Ekstraklasy oraz obecnej sytuacji klubu. Senator nie szczędził mocnych słów pod adresem Jordiego Sancheza, który opuścił Białą Gwiazdę, a jednocześnie z ogromnym uznaniem mówił o Angelu Rodado, którego widzi w przyszłości w gronie legend.

Nie przegap kolejnych treści!

Dodaj nas do preferowanych źródeł Google

Dodaj w Google

Niedawno Wisła awansowała do Ekstraklasy, wróciła do niej po kilku latach. Z tym klubem jest Pan na dobre i na złe?

– Tak, od 7. roku życia, czyli już 72 lata.

Mnóstwo czasu.

– Młody już nie jestem. Mam 79 lat, co mam zrobić?

Powinno być dla Pana zasłużone miejsce na stadionie Wisły.

– Mam. W 1998 roku kibice dali mi legitymację kibica numer 100. Byli na moim programie, było ich ponad 300. Mówili, że będą grzeczni. Wśród nich był też Misiek – jak była jego sprawa, to występowałem przeciwko całej grupie. Powiedzieli, że mnie bardzo lubi. Byłem wzruszony.

Jak Wisła wróciła do Ekstraklasy, to też pojawiło się wzruszenie?

– Tak. To była tęsknota. Jednocześnie obserwowałem niesamowite zaangażowanie kibiców Wisły – mówię o prawdziwych kibicach i tych, którzy są na tzw. Żylecie. Nigdy nie odpuszczali, nigdy nie atakowali zawodników.

Obecne kibicowanie jest po prostu fantastyczne – na każdy mecz przychodzi po 33–35 tys. osób. Jest kapitalne widowisko. W dodatku od paru lat istnieją miejsca dla dzieci i rodzin. Ludzie w Krakowie mocno utożsamiają się z Wisłą. To pokazuje wartość społeczną, jeśli chodzi o sportowe zaangażowanie, sympatię i radość z klubu.

Wisła dopasowuje się do wielkich klubów europejskich, takich jak Juventus, Liverpool czy Manchester. Każde przyjście na stadion to dla mnie ogromna radość.

A były momenty, kiedy przychodził Pan na Wisłę i trochę niechętnie oglądał mecze?

– Nie. W pewnym momencie, kiedy Wisłą rządziła grupa związana z tzw. kibicami, zostałem wyproszony z loży, w której siedziałem przez 40 lat. Przeszedłem do loży prezydenckiej. To było głupie, idiotyczne – sprzeciwiali się temu też prawdziwi kibice. Nie przejmowałem się tym. Jak pracuje się z grupami trudnej młodzieży, a ja od lat się tym zajmuję, to widzę, że to musi minąć.

Najpiękniejszy moment był wtedy, kiedy zadzwonił do mnie Kuba Błaszczykowski. Byłem na nartach i nagle słyszę: „Panie Jurku, Pana nie ma w naszej loży, a ja teraz będę przejmował Wisłę i proszę, żeby Pan wrócił”. To było bardzo wzruszające i przyjemne. Kubę zresztą noszę w sercu jak syna – tak samo Jurka Brzęczka. Oni mówią do mnie „Panie Jurku”, a ja do nich „chłopaki, na Ty”. To dodatkowe elementy, które wiążą mnie z Wisłą.

Czy do dziś ma Pan kontakt z Kubą Błaszczykowskim i Jerzym Brzęczkiem?

– Mam stały kontakt z Kubą Błaszczykowskim. Była też taka sytuacja, że opiekowałem się drużyną U-12, która potem przechodziła w U-13 i U-14. Chodziłem na mecze tych młodych chłopców ze szkółki Wisły i miałem z nimi różne zajęcia, pogadanki, spotkania, byłem przy okazji wręczenia im kolejnych stopni. Obserwowałem ich rozwój.

Jak patrzy Pan na rozwój obecnych zawodników Wisły? Jest tutaj jeden, dwóch, trzech piłkarzy, którzy mają szansę zrobić większe kariery?

– Bardzo interesuje mnie rozwój młodych polskich zawodników. Obserwuję Krzyżanowskiego, Kuziemkę, Dudę, Mikulca. Z radością oglądam grę kapitana Urygi.

W Wiśle panuje fantastyczna atmosfera, którą tworzy Jop, jako trener, mający spokój. Widać, że drużyna jest przygotowana.

Zbigniew Boniek powiedział, że lubi oglądać Wisłę, która stale atakuje. Bardzo mi się to podoba. Oczywiście, są straty, bo wiąże się to z tym sposobem gry, ale lubimy na to patrzeć – przede wszystkim ja.

Czy Mariusz Jop jest odpowiednim człowiekiem na tym stanowisku?

– Tak. W moim pojęciu nie ma lepszego trenera dla Wisły. Jest z nią bardzo związany. Podziwiam go, bo to chłopak z drużyny, w której mam przyjaciół.

Mam przyjaciół z dwóch zespołów – jedną tworzą Kapka, Kusto, Kmiecik, nieżyjący Staszek Gonet. Drugą – Frankowski, Żurawski, Kasperczak, Franek Smuda. Byliśmy najlepszą drużyną w Polsce i świetną w Europie. Wygrywaliśmy z Parmą, Schalke. To były wspaniałe mecze, które odtwarzam na YouTube. To dowód na to, że można zrobić skład z Polaków.

Krzyżanowski, Kuziemka, Duda i Mikulec to zawodnicy, którzy mogą poniekąd pójść ich drogą?

– Jest duża konkurencja. Teraz Kuziemka wchodzi w drugiej części meczów. Rywalizacja powoduje rozwój. Czy zrobią karierę? Chciałbym, żeby grali w Wiśle, a o karierze będzie decydować to, czy będą mogli grać w seniorskiej reprezentacji Polski. Przeszli przez juniorską kadrę, przed nimi następny etap. To zależy od tego, jak będzie budowana reprezentacja i czy się zmieszczą.

Powinni się zmieścić np. za pół roku, za rok?

– Wszystko będzie zależało od ich rozwoju i tego, jak będą się prezentować w rundzie jesiennej. Na początku była mowa o tym, żeby spokojnie zadbać o utrzymanie, a w następnym etapie może się okazać, że powalczymy o wyższe cele, czyli o puchary.

Puchary w Krakowie są realne? A może nawet marzy Pan o tym, żeby Wisła zakręciła się koło mistrzostwa Polski?

– O tym marzą wszyscy kibice. Jak jest się kibicem Wisły z czasów Cupiała, to dla nas zajęcie 2. miejsca to była porażka, dramat. Bardzo bym chciał, żeby wróciły tamte czasy, ale to już zupełnie inny problem. Świat się zmienił. Drużyny takie jak Legia czy Lech mają większe budżety i wspierają się lepszymi graczami.

Wracając: chciałbym zobaczyć Krzyżanowskiego, Dudę, Mikulca i Kuziemkę na poziomie reprezentacyjnym.

Słówko o Angelu Rodado, bo to symbol obecnej Wisły.

– To przede wszystkim uroczy człowiek. Nie nosi w sobie żadnej pychy, ma fantastyczne umiejętności, potrafi się zastawić. Jak widzę też takich chłopaków, jak Ertlthaler czy Bozić… Przyjemnie się to ogląda. Stale idą dośrodkowania, w trakcie zwykłego ataku Uryga znajduje się w polu karnym, gdzie rządzi Rodado.

Angel – przez tyle sezonów, jak go obserwuję – nigdy nie okazał zdenerwowania z powodu tego, że np. dostał złe podanie czy nie w tempo. Rodado jest symbolem Wisły, utożsamia się z nią, jak inni zawodnicy, którzy przyszli do nas z innych części Europy i stanowili trzon albo przywództwo drużyny. To najważniejsza osoba, razem z Urygą.

Widać, że wszystkie dzieci, które chodzą na stadion, mają na sobie koszulki z nazwiskiem Rodado.

On ma jeszcze czteroletnią umowę z Wisłą. Gdyby został do 2030 roku, byłby tutaj już osiem lat. Życzy Pan mu tego?

– Bardzo mu tego życzę. Uważam, że chyba tak postąpi. Obserwując media i sytuacje związane z różnego rodzaju transferami, tak jak teraz z Sanchezem, to wydaje mi się, że zawodnik tego typu nie potrzebuje 100 tysięcy euro więcej w innym klubie, w którym byłby kimś do wykonywania zadań. Teraz jest przywódcą zespołu, a jak poprawił formę po kontuzji, od razu strzela gole. Jeżeli jest tak oddany zespołowi, że z urazem barku potrafił grać dla Wisły, by ta awansowała do Ekstraklasy, to oznacza, że to nasz chłopak.

Rodado może być kiedyś legendą Wisły?

– Tak. Jeśli zostanie z nami na dłużej, to będzie legendą Wisły. Wejdzie w miejsce Kmiecika, Szymanowskiego, Frankowskiego, Żurawskiego, Baszczyńskiego. To chłopcy, których ma Pan na co dzień, bo komentują mecze.

Wspomniał Pan też o innym napastniku, Jordim Sanchezie, który przeszedł do Pogoni. Śledził Pan zamieszanie z jego udziałem? Kibice Wisły, delikatnie mówiąc, już za nim nie przepadają.  

– Są różne typy ludzi i zawodników. Dla niego prawdopodobnie to niewiele znaczyło. Pogoń ma szczęście, że wystąpił u nas, bo dzięki chłopcom, którzy podawali mu piłki i wprowadzali go do gry… Zaczynał u nas jako kołek. Błagaliśmy Boga, żeby Sanchez wreszcie strzelił gola. Byliśmy wściekli, jak marnował sytuację za sytuacją. Potem odpalił i nagle uznał, że potrzebuje więcej pieniędzy. To bardzo mi się nie podoba, ale zbytnio nie przejmuję się tymi okolicznościami.

Zawodnik ma 10 czy 15 lat, żeby wypracować przyszłe, dorosłe życie. Niech sobie gra i strzela dla Pogoni. Trudno… Jakby Panu to powiedzieć: ten gość już mnie nie interesuje.

Słyszę po głosie, że jest w Panu pewna złość czy zadra wobec tego zawodnika.

– Nagle się okazuje, że Sanchez odchodzi, a Rodado jest bez formy i czekamy aż ją złapie, a potem nadchodzi mecz z Jagiellonią, która gra w pucharach i jest teoretycznie lepsza… I wchodzi chłopak, który ma misję, pasję, chęci i oddaje całe zdrowie (Angel zdobył dwie bramki w tym spotkaniu – red.).

Sanchez? Dużo było już takich Sanchezów.

Porozmawiajmy jeszcze o Jarosławie Królewskim. Co Pan o nim sądzi? Czy jest odpowiednim właścicielem dla tego klubu?

– Bardzo go szanuję, obserwuję od dawna, a teraz nawet bliżej, bo jestem w towarzystwie, gdzie spotykamy się w gronie starszych ludzi, razem z prezesem.

Nauczono mnie, że każdy ma swoje zadanie. Byłem dyrektorem teatru, jestem politykiem i to moja działka. Na dziś uważam, że Jarosław Królewski postępuje bardzo dobrze. To jest też oparte, co niektórych ludzi może denerwować, na jego ogromnej wiedzy, związanej z dzisiejszą sytuacją, typu zjawiska AI itd. Podchodzi do tego naukowo. Różni doradcy mogliby się pojawiać, ale on utrzymał drużynę, trenera i mu się wiedzie. Uważam, że to niezwykle dobry szef i właściciel klubu.

Często udziela się w mediach społecznościowych. Czy Pana zdaniem powinien być tak mocno obecny w codziennym funkcjonowaniu klubu i przedstawiać swoje stanowisko na Twitterze?

– Staje po stronie kibiców, tych prawdziwych, którzy tworzą całą atmosferę i płacą za bilety, bo stadion jest pełny. Ma bardzo silną osobowość, stanowczo wypowiada swoje zdanie – i mi się to podoba.

Wspomniał Pan o tym, że właściciel stoi po stronie prawdziwych kibiców. Wcześniej też użył Pan takiego określenia. Czy Pana zdaniem są jacyś kibice, których można nazwać nieprawdziwymi, udawanymi?

– Wśród nas nie ma tzw. pikników. Od lat siedzę z Leszkiem Piskorzem, Jackiem Stramą, Marcinem Dańcem, lekarzami, profesorami, biskupami, księdzem Bronisławem Fidelusem, który duchowo opiekuje się Wisłą.

Nie ma pikników, nie znam ich. Wszystko mocno kibicują. Nie mówię o sobie, bo wszyscy się pytają, kiedy Fedor znowu krzyknie „Orły, do boju!”.

A pojawiały się kiedyś jakieś nieprzyjemne sytuacje z kibicami?

– Już powiedziałem, że miałem sytuację, w której wyproszono mnie ze stadionu. Pojawił się hejt w moją stronę, jakiś taki dziwny, kibicowski. Dwa razy, również w momencie, gdy był tekst: "Donald matole, twój rząd obalą kibole". Wypisywano, że jestem członkiem Platformy Obywatelskiej. Odpowiedziałem, żeby się ode mnie odczepili, bo nie rozumieją, czym jest dla mnie Wisła.

Uporządkowałem sprawy z tzw. Żyletą, przez to, że nie dałem się przez nich, że tak powiem, zmaltretować w mediach. I to minęło. Teraz nie ma już tego politycznego odnośnika czy mojego związku z polityką. Raczej jest tak, że kibice uważają mnie za jednego z najważniejszych kibiców Wisły.

Czy Pan, jako jeden z ważniejszych kibiców Wisły, lubi inny klub z Ekstraklasy?

– Uwielbiam Górnika Zabrze, zawsze mu kibicuję. Przyjeżdżali Stanisław Oślizło, mój kumpel Włodek Lubański, Jasiu Urban… Strasznie lubię ten klub, ogólnie lubię Ślązaków.

A kogoś Pan nie lubi z Ekstraklasy?

– Nie mogę tego mówić, bo zaraz się zacznie... Powiem tak: można powiedzieć, że kibice Wisły, w cudzysłowie, nie lubią Legii Warszawa. Ale jak trzeba było zagrać mecz charytatywny Wisła – Legia na naszym stadionie, w obecności Kazimierza Górskiego, to zawodnicy Legii przyjechali i grali z Wisłą na rzecz szpitala w Prokocimiu, gdzie szkoła szpitalna jest imienia Aliny Fedorowiczowej. Podszedłem do Bereta czy innych chłopaków, którzy wtedy grali, i mówiłem, że im dziękuję. Wtedy kibice Wisły wspierali też Legię. To tylko kwestia rywalizacji o pierwsze miejsce w historii polskiej piłki nożnej.

30 września, w hali Cracovii, odbędzie się mecz dzieci i młodzieży z niepełnosprawnością umysłową. Ludzie przyjdą i będą patrzyć, jak – poprzez piłkę nożną – można wspomagać leczenie. To dla mnie obraz sportu, a okrzyki „Legia to stara…” to coś, co w ogóle mnie nie obchodzi.

Czy jest Pan spokojny o przyszłość Wisły po awansie do Ekstraklasy?

– Jeżeli ktoś chce rozwijać swoją markę, to przy 35-tysięcznej widowni, plus zainteresowaniu Wisłą większością krakowian, bo Cracovia ma mniej kibiców, to może znajdą się jeszcze dodatkowi sponsorzy, którzy wejdą we współpracę z Jarkiem Królewskim. Wtedy może się okazać, że Wisła naprawdę będzie potęgą.

Jakiś czas temu mówiło się i pisało, że właściciel Wieczystej, Wojciech Kwiecień, być może wejdzie do Wisły. Czy Pana zdaniem powinien w przyszłości zaangażować się w Białą Gwiazdę?

– Królewski i Kwiecień to dwie tak silne osobowości, że – według mnie – ich współpraca, na poziomie równowagi, jest niemożliwa.

Kwiecień jest zakochany w Wiśle. Bardzo dobrze go znam, wszyscy go znamy. To już decyzja tych dwóch osób – z tym, że sprawą wiodącą w tym ewentualnym zespole zawsze będzie Królewski. Na dziś nie wyobrażam sobie, żeby mogło być inaczej.

Co najbardziej się Panu podoba w obecnej Wiśle i czego jej ewentualnie brakuje?

– Mamy pewien problem z obroną. Zobaczymy, jak to będzie wyglądało w kolejnych meczach.

Bardzo podoba mi się nowy bramkarz – to zawodnik, który montuje defensywę. Lubię grę pomocników – Igbekeme, Ertlthalera, Bozicia czy Kuziemki. Do tego dochodzi ich zaangażowanie, walka o piłkę.

A czy jest jakiś zawodnik Wisły, który się w pełni nie angażuje albo nie ma wystarczających umiejętności na ten klub?

– Nie, nie widzę takiego, a nawet gdybym widział, to bym nie powiedział. Zmiany, które wprowadza Jop, są skuteczne.

Źródło: Stolica Sportu

Wybrane dla Ciebie