Nowe otwarcie polskich skoków – nadszedł czas pokoleniowej zmiany
Historyczny, pierwszy konkurs duetów był jednocześnie ostatnim konkursem skoków narciarskich na tegorocznych zimowych igrzyskach olimpijskich. Z perspektywy polskich kibiców była to olimpiada przełomowa – za sprawą Kacpra Tomasiaka i Pawła Wąska rozpoczęła się nowa era w historii naszych skoków. Po trzech latach czarnej dziury, w trakcie której Polacy zdobywali jedynie pojedyncze, sporadyczne podia, nasza reprezentacja wróciła na szczyt. Minione igrzyska pokazały, że w kadrze zachodzą nieuniknione zmiany pokoleniowe, a przyszłość tej dyscypliny w Polsce leży w dobrych rękach
Trzy chude lata
Ostatnim polskim medalistą imprezy rangi mistrzowskiej był Piotr Żyła, który w 2023 roku obronił tytuł mistrza świata na małej skoczni w Planicy. Od tego momentu żaden Polak nie wygrał indywidualnego konkursu najwyższej rangi. Zdarzały się pojedyncze podia Aleksandra Zniszczoła czy Pawła Wąska, ale to było zdecydowanie za mało.
Lata 2023–2025, po dekadzie sukcesów, były dla polskich skoków okresem głębokiego kryzysu. Symbolicznym momentem tego okresu stało się rozstanie w kontrowersyjny sposób z Thomasem Thurnbichlerem. Nowym trenerem został Maciej Maciusiak, którego nominacja została w kadrze przyjęta pozytywnie.
Latem forma Polaków wyglądała przyzwoicie. Były podia, było zwycięstwo w konkursie duetów podczas przedolimpijskiej próby w Predazzo. Na drugim biegunie w Pucharze Kontynentalnym dominować zaczął 18-letni Kacper Tomasiak. Polak wygrał letni cykl i dzięki dobrym wynikom został zabrany na ostatnie zawody LGP, gdzie zaprezentował się również dobrze, wchodząc do drugiej serii. Przed startem zimowego sezonu podjęto decyzję, że Tomasiak będzie częścią kadry A, i od tego momentu pieczę nad nim przejął Maciej Maciusiak. Dość szybko okazało się, że 18-latek w swoim debiutanckim sezonie stał się liderem naszej kadry, będącej w ogromnym dołku.
Puchar Świata 2025/2026
Już od pierwszego konkursu sezonu 2025/2026 Tomasiak był najlepszym z Polaków. W debiucie w PŚ zajął 18. miejsce, a później regularnie punktował. W dotychczasowym sezonie tylko dwa razy nie wszedł do drugiej serii.
Gorzej było z resztą kadry. W ogromnym dołku znaleźli się Kubacki, Żyła, Wąsek i Zniszczoł, a Stoch, który przygotowywał się indywidualnie, toczył walkę z własną głową. Dość szybko jednak wykreowała się podstawowa dwójka na olimpiadę. Oczywistym wyborem był rewelacyjny debiutant, a drugim Stoch, który mimo sinusoidalnej formy był drugim najlepszym Polakiem w klasyfikacji generalnej.
Przed igrzyskami
Przed tegoroczną zimową olimpiadą mało kto wierzył w medal na skoczni, który wydawał się czymś odległym. Ostatnie konkursy indywidualne przed igrzyskami, rozgrywane w Sapporo i Zakopanem, nie wskazywały, że medal jest czymś realnym – żaden z polskich skoczków nie wszedł w nich nawet do pierwszej dziesiątki.
Atmosferę wokół kadry podgrzała decyzja Macieja Maciusiaka, który wysyłał niejasne sygnały w kwestii składu. Najpierw wydawało się, że walka o trzecie miejsce będzie toczyć się między Dawidem Kubackim a Maciejem Kotem. Potem okazało się, że na igrzyska pojedzie Wąsek, który po konkursach w Zakopanem (9–11 stycznia) został wycofany. Po kolejnym weekendzie w Japonii taka sama decyzja została podjęta wobec Kacpra Tomasiaka, który nie wziął udziału w konkursach w Willingen ani w mistrzostwach świata w lotach.
Kamil Stoch, jako jedyny członek kadry olimpijskiej, wziął udział w czempionacie na skoczni mamuciej, a przed Willingen został wycofany.
Wspomniane niejasne decyzje, ale również nienajlepsza forma np. Tomasiaka, który w swoich ostatnich przedolimpijskich zawodach w Sapporo zajął 33. i 12. miejsce wzbudzały przed igrzyskami uzasadnione napięcie. Wielu spodziewało się, że ta olimpiada będzie powtórką igrzysk sprzed 20 lat. Tamte zawody, rozegrane we włoskim Pragelato, były jednymi w XXI wieku, z których Polska wróciła bez medalu w skokach.
Magia Predazzo znów zadziałała
W 2003 roku Adam Małysz zdobył tu podwójne mistrzostwo świata. Dziesięć lat później ten sam tytuł na skoczni dużej zdobył Kamil Stoch, który zainaugurował tamtym sukcesem początek swojej dekady. Teraz, po 13 latach, magia Predazzo znów zadziałała.
W treningach przed konkursem na skoczni normalnej dość szybko stało się jasne, że Kacper Tomasiak będzie jednym z faworytów do medalu. Polak nie ugiął się pod presją faworyta i w czasie zawodów udowodnił, na co go stać. Po pierwszej serii był na czwartym miejscu. Po znakomitym skoku na 107 metrów w drugiej serii przypuścił udany atak na srebny medal. Dzięki temu został najmłodszym zimowym medalistą olimpijskim w historii naszych startów. Pozostali Polacy Kamil Stoch i Paweł Wąsek nie zakwalifikowali się do drugiej serii.
Przed kolejnymi zawodami sytuacja nie była już tak oczywista. Na treningach Tomasiak wyglądał słabiej w porównaniu ze Stochem czy Wąskiem. W konkursie jednak 19-latek znów pokazał swoją ogromną klasę. Po pierwszej serii ponownie był na czwartym miejscu i ponownie przypuścił udany atak na strefę medalową. Tym razem udało mu się zdobyć brązowy medal, a przed nim byli tylko Ren Nikaido i dominator tego sezonu, Domen Prevc.
Konkurs duetów był ostatnim akordem igrzysk i mimo zdobytego w Zakopanem podium nasze szanse medalowe były iluzoryczne. Życie jednak znów pokazało, że igrzyska rządzą się swoimi prawami. Konkurs niósł ze sobą ogromną dramaturgię, ponieważ w końcówce rozegrała się wielka śnieżyca, która ostatecznie uniemożliwiła przeprowadzenie do końca trzeciej serii. Tym samym reprezentacja Polski w składzie Paweł Wąsek i Kacper Tomasiak zajęła drugie miejsce, ustępując tylko wybitnym podczas zawodów Austriakom.
Ostatecznie nasi skoczkowie przywieźli z Włoch trzy medale. To najlepszy wynik w historii występów naszych skoczków, a patrząc na ostatnie trzy lata, ten rezultat budzi szczególne uznanie. Poza tym jest on dowodem zmian zachodzących w polskich skokach.
Zmiana pokoleniowa
22,5 roku - tyle wynosiła średnia wieku naszego srebrnego duetu, czyli Kacpra Tomasiaka (19 lat) i Pawła Wąska (26 lat). Ta liczba pokazuje, że na tych igrzyskach zmaterializowało się coś, o czym w Polsce mówiło się od wielu lat - zmiana pokoleniowa.
Z wielkiej trójki Żyła Kubacki Stoch na ten czempionat pojechał tylko Stoch, który w tym sezonie kończy karierę. Kubacki i Żyła również nie oszukają metryki i ich czas niedługo nadejdzie. Minione igrzyska były symbolicznym końcem ich panowania, a początkiem nowej ery zapoczątkowanej przez srebrny duet.
Poza nimi w blokach startowych czekają już Klemens Joniak czy wracający po ciężkiej kontuzji brązowy medalista olimpijskiego festiwalu młodzieży 18-letni Łukasz Łukaszczyk. W następnych sezonach to ci niezwykle utalentowani zawodnicy będą prowadzić nasze skoki. Za cztery lata to oni będą walczyć o medale na francuskich igrzyskach.
Wielu obawiało się tego momentu i wieszczyło, że po odejściu Stocha może nas czekać druga Finlandia. Teraz widzimy, jak przesadzone były te prognozy, i możemy być spokojni o przyszłość naszej narodowej dyscypliny.
Co czeka nas w tym sezonie
W obecnym sezonie naszych skoczków czeka jeszcze 10 konkursów indywidualnych w Pucharze Świata. Naszych juniorów łącznie z liderem naszej kadry czekają mistrzostwa świata juniorów. W tym roku odbędą się w dniach 4–8 marca w norweskim Lillehammer. Poza tym 22 lutego zostaną rozegrane mistrzostwa Polski.
W Pucharze Świata największe szanse na pierwszą dziesiątkę ma obecnie 14. Kacper Tomasiak, który do 10. Krafta traci 169 punktów. Reszta skoczków znajduje się poza czołową dwudziestką i nie ma szans zbliżyć się do TOP 10.
W mistrzostwach świata juniorów Tomasiak będzie jednym z głównych faworytów do medalu i wbrew pozorom jest tam o co walczyć. Medalista otrzyma własny slot w Pucharze Świata na sezon 2026/2027, dzięki czemu jego kraj będzie mógł wystawić kolejnego skoczka.
Finał sezonu zaplanowano na 27–29 marca, tradycyjnie w Planicy.