Grzegorz Koprukowiak: kulisy pracy dyrektora sportowego w polskich klubach

Z akademii Legii na szczebel dyrektorski. Rozmowa z Grzegorzem Koprukowiakiem

Grzegorz Koprukowiak
fot. Bartosz Ziółkowski, Wisła Kraków
Avatar użytkownika Maciej Ziółkowski
12 sierpnia 2026 18:52
19 minut czytania

Wiosną pojawiły się informacje, że Grzegorz Koprukowiak może zostać dyrektorem akademii Legii Warszawa. Ostatecznie stołeczny klub wybrał Bartłomieja Zalewskiego. Były pracownik Wojskowych, który do niedawna pełnił rolę dyrektora sportowego Odry Opole, zdradza, co naprawdę wiedział o całej sprawie.

Nie przegap kolejnych treści!

Dodaj nas do preferowanych źródeł Google

Dodaj w Google

Jak wyglądało pana odejście z Odry Opole?

– Na przełomie marca i kwietnia doszliśmy do porozumienia w sprawie wcześniejszego zakończenia współpracy i zupełnie nie mam o to żadnego problemu. Mam z Odrą wiele dobrych wspomnień, pozostawiłem tam wiele dobrych relacji i trzymam kciuki za dalszy rozwój klubu oraz upragnione cele. Czasem tak jest, że współpraca trwa krócej i każda ze stron ma prawo do tego, by decydować o sobie.

Rok to nie był w Pana ocenie za krótki okres?

– Średni okres pracy dyrektora sportowego w Polsce to około roku, podczas gdy w ligach zagranicznych wynosi on 2 – 3 lata. Patrząc na kluby chwalone dziś za sukcesy, należy spojrzeć na drogę jaką przebyły. Tomek Stefankiewicz, który w Polonii Bytom wykonał fantastyczną pracę jako dyrektor, pracował w tej roli 7 lat, a ogólnie w klubie jeszcze dłużej. Avia Świdnik, gdzie trener Wojtek Szacoń również pracuje w strukturach klubu od wielu lat, będąc pierwszym trenerem już trzeci sezon. Avia awansowała i z powodzeniem gra w drugiej lidze. Widać tam konkretną, konsekwentną wizję. Zawsze z dużym szacunkiem patrzę na Puszczę Niepołomice. Trener Tułacz przejmował ją ponad dekadę temu w drugiej lidze i konsekwentnie budował według określonego pomysłu. Puszcza awansowała do pierwszej ligi, potem do Ekstraklasy i zaznaczyła w niej swoją obecność, a klub pozostaje konsekwentny swojej drodze nawet jeśli dziś gra w pierwszej lidze.

Tego procesu choćby bardzo się chciało, nie da się uniknąć. Gdy przychodzisz do klubu, zastajesz pewne decyzje nie będące efektem Twojej pracy i stopniowo, z czasem można je zmieniać według własnego planu. Sukces klubu nie jest także determinowany nakładami finansowymi. Pieniądze są oczywiście środkiem do celu. Pozwalają sięgać po lepszych zawodników, ale sam bajeczny kontrakt nie gwarantuje sukcesu. Zawodnik może się nie sprawdzić albo potrzebować czasu na aklimatyzację. Dlatego trzeba mieć margines błędu, który można korygować kolejnymi okienkami. Nie da się pewnych rzeczy zrobić w jedno lub półtorej okienka i myślę, że pokazuje to chociażby okres tych trzech lat w Pogoni Siedlce, gdzie zadziałał proces. Dlatego nie uważam projektu pod tytułem Odra Opole za dokończony. Uważam, że rok naszej pracy był etapem zapoczątkowania zmian, które mogą być kontynuowane i rozwijane w kolejnych latach.

Odnosząc się jeszcze do roku w Odrze. Pierwszym okienkiem, które mogłem przeprowadzić od momentu obserwacji zawodnika do transferu, była tak naprawdę zima. Myślę, że bardzo dobrze do tego podeszliśmy – zarówno pod względem skautingowym, jak i definiowania potrzeb. Odważniej patrzyliśmy też w kierunku Akademii, czego efektem jest dobre wejście w sezon Marcina Stasia. Skautingowo wybraliśmy zawodników, na których po pierwsze były możliwości finansowe, którzy odpowiadali naszym aktualnym potrzebom i zyskali akceptację sztabu.

Jak wyglądał u pana proces transferowy w Odrze?

– Zawsze w zakresie budowania procesu transferowego, patrzy się na klub i dostępne możliwości. Także w kontekście rekrutacji i ewentualnego zbudowania zespołu skautów – czy to zatrudniając ich, czy zapraszając do współpracy trenerów Akademii lub wolontariuszy albo po prostu działając samemu. W Odrze udało się zaangażować kilku trenerów z Akademii, zaangażować też wolontariuszy. W dalszej kolejności planowałem też poszerzenie działu o dodatkowe dwie osoby – skauta typowo młodzieżowego oraz jednego skauta znającego kluczowe dla nas rynki. W każdym razie, jestem zadowolony z efektów. Każdy z członków zespołu był odpowiedzialny za swoją konkretną formację, prowadził rankingi na pozycjach i w ten sposób mógł czuć się zaangażowany i odpowiedzialny. Gdy mieliśmy gotowe i w pełni zweryfikowane profile, shortlista – zawodnicy wytypowani, sprawdzeni pod kątem warunków pozyskania i otwartości na przyjście do Odry – trafiała do sztabu z prośbą o wyznaczenie priorytetów od strony szkoleniowej. Gdy zawodnicy są zaopiniowani także z tej strony, klub przystępuje do konkretów.

Czy były jakieś nazwiska, którymi mógłby się Pan podzielić?

– Wolałbym nie „szastać” personaliami. Odra sprawdzała wielu zawodników, z sporą częścią rozmawiała. Czasami rynek transferowy potrafi być przewrotny i dany zawodnik może znów się stać dostępny. Natomiast z racji, że sam zawodnik o tym otwarcie powiedział mogę potwierdzić, że zimą Odra złożyła ofertę za Rafała Adamskiego, który miał świetną jesień w Pogoni. Było nim duże zainteresowanie. Kuba Dębiec (prezes Pogoni Grodzisk Mazowiecki – red.) wspominał o propozycjach zagranicznych. Rafał ostatecznie wybrał Legię i bardzo dobrze wkomponował się w zespół.

Z drugiej strony musimy pamiętać, że Odra nie jest klubem pierwszego wyboru dla każdego zawodnika. To oczywiście nie jest ujma, ale realne stwierdzenie faktów. Dużym atutem jest wypłacalność klubu i środki na czas, fajny stadion i dobre warunki do treningu, ale czasami to nie wszystko. Jeśli piłkarz dostaje ofertę z dużo lepszego ośrodka, ma perspektywę gry w Ekstraklasie lub europejskich pucharach albo kontrakt dwu-, trzykrotnie wyższy, to naturalnie może wybrać inną opcję.

Na jakich rynkach szukaliście zawodników?

– Z racji położenia Opola, ważnym rynkiem były dla nas niższe ligi w Niemczech, Czechy i Słowacja. Także istotne były Słowenia i Chorwacja, gdzie stosunek jakości do „ceny” zawodnika jest atrakcyjny dla klubów o profilu Odry. Regularnie sprawdzaliśmy zawodników z tych krajów. Bardzo mocno obserwowaliśmy rynek skandynawski. Z racji wcześniejszej współpracy z Reprezentacją Norwegii czy drobnej pomocy w przeszłości dla Bodo/Glimt oraz dobrych relacji między innymi z Kasprem Hamalainenem czy trenerem Martinem Foystonem (Anglik prowadził między innymi norweski Sarpsborg – przyp.red.), mam w tamtym regionie dobre kontakty. To bardzo mocno ułatwia wywiad środowiskowy lub rozeznanie w rynku. Dużym atutem jest także inny system rozgrywkowy, co sprawia, że wiele kontraktów wygasało zimą, a niektórzy ciekawi zawodnicy mogli być w zasięgu finansowym. Mocno patrzyliśmy też na młodzieżowców i niższe ligi. Na każdą pozycję mieliśmy przygotowane kandydatury. Byliśmy blisko pozyskania zawodnika z czołowej drużyny ligi słowackiej, ale ostatecznie zdecydowaliśmy się na Adriana Libera, który dawał więcej możliwości czysto piłkarskich. Jego potencjał, wiek, liczba rozegranych minut i potencjał sprzedażowy sprawiły, że stał się naszym podstawowym wyborem. Myślę, że był to bardzo udany transfer i na pewno Adrian ma potencjał do gry w mocnej lidze.

Tutaj mogę też zdradzić ciekawostkę skautingową. Rozważaliśmy też czołowego gracza reprezentacji jednego z krajów skandynawskich. Profilowo bardzo nam odpowiadał i był bramkostrzelny, ale mieliśmy spore wątpliwości, ponieważ zdobywał te bramki w dość słabej lidze, a dodatkowo nie był regularny. Imponująca liczba goli padła w praktycznie kilku spotkaniach. Trudno było więc jednoznacznie ocenić, czy jego skuteczność przełożyłaby się na pierwszą ligę, która jest znacznie bardziej fizyczna. Mocno zabiegaliśmy także o bramkostrzelnego napastnika ze Szwecji, który zdecydował się na przeprowadzkę do ligi holenderskiej. Ostatecznie wybraliśmy opcję dobrze znaną trenerowi Skrobaczowi, mieszczącą się w ramach budżetu i odpowiadającą profilowi, którego szukaliśmy. Sprowadziliśmy Michała Feliksa i oceniam ten transfer bardzo pozytywnie. To silny, bardzo pracowity napastnik, który potrafi strzelać gole.

Może pan zdradzić konkretne nazwiska zawodników, których wtedy rozważaliście?

– Tych nazwisk było bardzo dużo. Skautingowo wykonaliśmy naprawdę dobrą pracę.

Czy w letnim okienku również pojawili się zawodnicy obserwowani za pana kadencji?

– Dla mnie naturalną rzeczą było przekazanie dotychczasowej pracy, by mógł z tego skorzystać klub.

Decyzja o zakończeniu współpracy zapadła na przełomie marca i kwietnia, czyli w okresie, kiedy okienko transferowe jest już w mocnej fazie przygotowań. Skautingowo byliśmy już wtedy w takim momencie, że mieliśmy przejrzane profile zawodników na różne pozycje i wstępnie rozpoczęte rozmowy. Kiedy do Odry dołączył Darek Sztylka, mogliśmy przez trzy miesiące współpracować nad kontynuacją tych rozmów oraz finalizacji niektórych transferów.

Czy może pan zdradzić jeszcze jakieś nazwiska z tej listy?

– Na pewno interesującym zawodnikiem był napastnik z ligi czeskiej, czy stoper z Węgier. Co zrozumiałe, patrzyliśmy także na wiodących polskich młodzieżowców, także tych grających za granicą. Zimą bardzo mocno interesował nas też Kamil Jakóbczyk, co także pojawiło się w mediach.

Grzegorz Koprukowiak
fot. Odra Opole

Przejdźmy do wątku innego klubu w pana pracy. Jak wspomina pan trzy lata pracy w Pogoni Siedlce?

– Bardzo dobrze, z dużym sentymentem. Przychodziłem do Pogoni z pomysłem na to, co chcę zrobić i jak chciałbym ten klub rozwijać. Myślę, że udało się ten projekt fajnie zrealizować. Swoją pracę zakończyłem awansem. Oczywiście była to praca wielu ludzi i złożyły się na to starania i zaangażowanie wielu osób – obecnego prezesa Łukasza Firusa, który był wtedy kierownikiem klubu. Prezesa Jarkowskiego, Roberta Wicenciaka. Siłą Pogoni, także w tych trudniejszych momentach była społeczność. Dużo osób sprawiło, że ten klub dobrze funkcjonował.

Jak zatem wyglądał Pana pomysł na Pogoń?

– W rozwoju klubu musisz szukać tych elementów, które mogą stanowić Twoją przewagę nad konkurencją. Przed przyjściem do Siedlec, przygotowałem plan działania, który przedstawiłem ówczesnemu prezesowi – Rafałowi Maletce. Popatrzyłem jakie klub ma zalety, które elementy może wykorzystać jako punkt zaczepienia do rozwoju. Dużą siłą Pogoni jest akademia, a także jej położenie geograficzne. Siedlce leżą w takim położeniu, gdzie do największych ośrodków – Warszawy, Lublina czy Białegostoku jest duży dystans, więc mieliśmy duży obszar do zagospodarowania. Mocno ruszyliśmy w teren. Powstał projekt Mobilnej Akademii Pogoni Siedlce, który był formą wyjścia do kibiców w regionie opartym na współpracy z samorządami i mniejszymi klubami. Przy ograniczonych możliwościach finansowych patrzyliśmy również na młodzieżowców, szukaliśmy jakościowych wypożyczeń, takich jak Kikolski, Burek czy Tomek Walczak. Zerkaliśmy na klubowych wychowanków, którzy wcześniej opuścili klub, a było ich sporo. Gdy popatrzy się na listę zawodników zabranych przed laty z Siedlec przez inne kluby, staje się ona imponująca – To nie tylko Boruc czy Kiełb, ale też Rosołek, Strzałek, Rybak czy Posiadała.

Chcieliśmy być dobrym ośrodkiem dla młodych zawodników, by przy jednoczesnym sukcesie sportowym, powalczyć w Pro Junior System. Ważną osobą w tej strategii był również Marek Brzozowski. Myślę, że wszystkie te elementy bardzo dobrze zadziałały i w efekcie udało się wywalczyć awans do 1. Ligi.

A jak ocenia pan rok spędzony w Motorze Lublin?

– Uważam, że był to bardzo dobry, cenny i produktywny czas, z którego wyniosłem dużo nowych kompetencji. Przyszedłem do Motoru jeszcze na etapie pierwszej ligi, a kilka tygodni później lub awansował do Ekstraklasy, więc miałem okazję uczestniczyć w bardzo dynamicznym dla klubu okresie rozwoju. Obserwować, jak rozwijają się struktury, a także pracować przy transferach wspólnie z Michałem Wlaźlikiem.

Powierzono mi wizję budowania Akademii, w której trzeba było zbudować struktury nastawione na rozwój zawodników i trenerów, oraz wprowadzić standardy pracy w taki sposób, aby jej zawodnicy z czasem sprostali wymaganiom sztabu „jedynki”.

Mam z tego okresu dużą satysfakcję, bo wielu zawodników, których wtedy sprowadzaliśmy, jest dziś blisko pierwszego zespołu. To między innymi Krystian Brzozowski, którego przenieśliśmy z U-19 do drugiego zespołu, żeby jak najszybciej zaczął zdobywać doświadczenie seniorskie, Konrad Kraska sprowadzony z Legii czy Artem Akatow – lewonożny środkowy obrońca, pozyskany z Białorusi. Był też ciekawy napastnik Mikołaj Jankowski oraz bramkarz Borys Mołdach, pozyskani z Sygnału Lublin. Obaj w minionym sezonie trenowali z pierwszym zespołem. Każdy z nich rozwijał się w strukturach drugiej drużyny.

Motor przed obecnym sezonem zlikwidował drugi zespół.

- To decyzja władz klubu i nie chciałbym jej komentować. Natomiast mówiąc o samej idei drugiego zespołu w mojej ocenie, jeśli chce się zawodnika wprowadzić na wyższy poziom pod kątem rywalizacji w seniorach, taki zespół w strukturze klubu jest bardzo potrzebny. Gra w swojej kategorii wiekowej, nie rozwinie wiodących zawodników w taki sposób, by byli gotowi do utrzymania poziomu treningowego w pierwszej drużynie. Takie wnioski można też zauważyć z obecnych trendów – ŁKS Łódź ma trzy drużyny seniorskie. Slavia Praga, która jest dla mnie pod wieloma względami wzorem w prowadzeniu Akademii, poza pierwszym i drugim zespołem, utworzyła przed rokiem drużynę U23, co wcale nie kłóci się z posiadaniem dużej sieci klubów partnerskich. Oczywiście są kluby, które z takiej drużyny świadomie rezygnują, ale w większości dotyczy to topowych marek w topowych ligach.

Pana bliskim współpracownikiem w Motorze był trener znany ze struktur Legii – Kacper Marzec.

– Kacper Marzec dołączył do akademii jako koordynator kilka miesięcy po moim przyjściu. Bardzo zależało mi na silnym nazwisku i osobie znającym realia pracy na wysokim poziomie. Chodziło o podniesienie standardów pracy. Kacper jest osobą o bogatym, ekstraklasowym doświadczeniu. Wykorzystanie jego powrotu do Lublina było dla mnie naturalnym krokiem i szybko złapaliśmy dobrą relację, którą mamy do dziś. Podobnie istotną osobą był Paweł Socha, o którego „wyciągnięcie” z Górnika Łęczna zabiegałem bardzo długo. Prawie rok. Takich trenerów było jeszcze kilku – Piotrek Żurowicz przez wiele lat był związany z projektami topowych akademii w Polsce, a w Motorze odpowiadał za metodologię szkolenia. Zbudowaliśmy mocną pracę nad motoryką pod opieką Kajtka Frąca, rozwinęliśmy departament rozwoju indywidualnego, którego trenerem stał się Piotrek Ćwik – wychowanek Motoru z przeszłością zawodniczą w Wiśle Kraków. Rozwijaliśmy skauting, zaangażowaliśmy psychologa i dietetyka. Korzystaliśmy ze współpracy z uczelnią sportową, dzięki czemu w pewnym momencie mieliśmy na raz dziesięciu „fizjo” – do opieki na meczach i po treningach. To wszystko sprawiło, że zawodnicy mieli profesjonalny i dobry „serwis”. Akademia stała się rozpoznawalna i ceniona. Mam wrażenie, że to był dobry kierunek i w pewnym momencie czuć było atmosferę dobrej pracy, która zaczęła przyciągać ambitnych i głodnych rozwoju ludzi. Myślę, że wielu młodych szkoleniowców dostało w Motorze szansę i w tym okresie rozwinęło swoje kompetencje. Wielu z nich ma potencjał, żeby w przyszłości odegrać ważną rolę w piłce.

Jak wspomina pan pracę w Legii?

– Praca w akademii Legii była dla mnie trochę spełnieniem marzeń i wejściem do profesjonalnej piłki. Ogromną satysfakcję daje mi też to, że ludzie, których wtedy spotkałem, dziś pełnią ważne funkcje w klubie. Piotr Zasada jest dyrektorem skautingu, Kuba Młynarski, z którym spotkaliśmy się w Motorze, jest skautem. W strukturach klubu dalej jest Sebastian Różycki, Arek Białostocki i wiele innych osób. Fajnie jest obserwować, jak ci ludzie rozwijają się razem z klubem.

Kiedy przyjeżdżam na Legię – czy na mecze rezerw, czy drużyn młodzieżowych – zawsze wracam do tego okresu z dużym sentymentem.

Jak wygląda dziś pana sytuacja zawodowa? Pojawiają się oferty?

– Bardzo dużo czasu poświęcam na oglądanie meczów, robienie swoich prywatnych obserwacji, by w każdej chwili być gotowym do pracy. To też dobry moment na spotkania na które nie zawsze masz czas, gdy jesteś w trybie pracującym.

Nikt o tym nie mówi, ale praca w piłce to także podporządkowanie jej życia rodzinnego. Więc teraz mam moment, by trochę ten czas nadrobić. Rodzina dyrektora, trenera czy piłkarza jest zawsze mocno podporządkowana terminarzowi rozgrywek. Tak też jest w moim przypadku – przy każdej zmianie klubu przeprowadzaliśmy się, a syn zmieniał szkołę. Teraz ważne jest dla mnie trochę ustabilizowanie tego życia.

Oczywiście ciągnie mnie do pracy. Pojawiają się propozycje - z pierwszej ligi, z Ekstraklasy dotyczące różnych ról. Pojawiały się również wstępne zapytania zagraniczne.

Zależy mi jednak przede wszystkim na dobrym projekcie, w którym będzie pomysł na to, jak klub prowadzić i plan, by zbudować coś na ciekawego. Uważam, że dyrektor sportowy to ktoś więcej niż osoba od transferów i pozowania z koszulką do zdjęcia. Dlatego dziś nie patrzę ani na miejsce w tabeli klubu, ani na tytułowanie stanowiska, lecz na realny projekt z pomysłem na siebie. Bo nawet przychodząc do mniejszego środowiska dziś, w ciągu kilku lat można zbudować coś dobrego.

Czy jest już konkretny klub, z którym jest pan blisko?

– Powiedzmy, że są dziś kluby, z którymi jest może bliżej niż dalej. Nie chcę jednak mówić o szczegółach, bo w piłce do momentu podpisania dokumentów wszystko może się zmienić.

Wspomniał pan o możliwym kierunku zagranicznym. O jakich ligach mówimy?

– Moja praca jest zauważana i doceniana w kilku ligach zagranicznych, w których zbudowałem dobre relacje. Mówię tu o Skandynawii, Czechach czy niektórych krajach bałkańskich. Z tamtych kierunków również pojawiały się możliwości i luźne zapytania.

Wszystko jest jednak kwestią wizji i pomysłu na klub oraz znalezienia porozumienia co do tego, jak miałby on funkcjonować. Na pewno jest to miłe i pokazuje, że praca dyrektora sportowego może być dobrze odbierana również na innych rynkach.

W marcu br. Przegląd Sportowy Onet pisał, że był pan mocnym kandydatem na stanowisko dyrektora akademii Legii. Czy rzeczywiście coś było na rzeczy?

– Docierały do mnie takie informacje. Ostatecznie do klubu trafił Bartek Zalewski, mój kolega z kursu Dyrektorów Akademii PZPN. To bardzo dobry wybór. Teraz do klubu dołączył również Artur Gadzicki, z którym zresztą mijaliśmy się już w kontekście funkcji dyrektorskich w Motorze. To fachowcy, których bardzo lubię i szanuję. Kibicuję ich pracy.

Czy wcześniej, np. po awansie z Pogoni Siedlce, pojawiały się propozycje powrotu do Legii?

– Po awansie z Pogoni tych propozycji było faktycznie sporo. Ostatecznie zdecydowałem się na Motor. Czy w tamtym momencie było konkretne zapytanie z Legii, tego sobie nie przypominam.

Na pewno były oferty z pierwszej ligi. Wiedziałem też o zainteresowaniu z Ekstraklasy, choć nie doszło wtedy do bezpośredniego kontaktu. Ostatecznie zdecydowałem się na Motor, ponieważ podobała mi się przedstawiona przez właściciela wizja rozwoju klubu, w którą uwierzyłem i postanowiłem stać się jej uczestnikiem. Motor jest także fantastycznym miejscem pod kątem tożsamości klubu z ogromnym potencjałem na rozwój. Do dziś mam dobre relacje z zawodnikami, rodzicami zawodników z Akademii czy trenerami.

A jeśli chodzi o zawodników, których chciał pan sprowadzić w przeszłości, ale ostatecznie nie udało się tego zrobić – są jakieś nazwiska, które szczególnie zapadły panu w pamięć?

– Na pewno sporo. Mam dużo  wspomnień z zawodnikami Legii, ponieważ pracowałem w strukturach akademii i z dużą satysfakcją obserwuję ich rozwój. Bardzo dobrze pamiętam zespół, który zdobywał mistrzostwo Polski U-15.

Jednym z nich był Wiktor Nowak. Kiedy widziało się małego, szczupłego chłopaka grającego na prawej obronie, trudno było przewidzieć, że kilka lat później trafi do takiego klubu jak Slavia Praga i od razu stanie się jednym z jego czołowych piłkarzy. Bardzo cieszy mnie jego rozwój. Podobnie Marcela Krajewskiego, Igora Strzałka czy Maćka Kikolskiego.

Czy Wiktor Nowak był zawodnikiem, którego chciał pan sprowadzić do Pogoni?

– Kiedy pracowałem w Pogoni Siedlce, Wiktor był w Zniczu Pruszków. Trafił tam jako młody zawodnik, wcześniej grał w CLJ, a później przebił się do pierwszego zespołu. Stał się jedną z wiodących postaci drużyny trenera Misiury i nie było przestrzeni na zainteresowanie zawodnikiem, którego bardzo szybko dostrzegły kluby z Ekstraklasy.

Czy pamięta pan jeszcze jakieś nazwiska, np. spoza Legii?

– Musiałbym się nad tym zastanowić. Tych nazwisk zawsze jest bardzo dużo i trudno wymienić jedno konkretne.

Mogę natomiast opowiedzieć inną historię. Dobre dziesięć lat temu, jeszcze zanim zacząłem pracę w Akademii Legii, wspierałem Wisłę Kraków. Bardzo doceniam zespół Akademii tworzony wtedy przez Rafała Wisłockiego, Piotrka Truchlewskiego i Mateusza Kosteckiego. Efektem naszej współpracy był chociażby „transfer” Goncalo Feio, który po odejściu z Legii zaczął pracę w Wiśle. Wtedy też pojawiło się kilka ciekawych nazwisk, które polecałem ówczesnemu dyrektorowi sportowemu – Manuelowi Junco. O ile dobrze pamiętam, pojawił się tam Fryderyk Gerbowski, Balthazar Pierret, Ibe-Torti, Kuba Sinior czy Michael Ameyaw.

Źródło: Stolica Sportu

Wybrane dla Ciebie