John Terry o krok od tragedii po finale Ligi Mistrzów 2008. Zaskakujące wyznanie legendy Chelsea
„Dlaczego? Dlaczego akurat ja?” – takie myśli kłębiły się w głowie Johna Terry’ego po bolesno-przegranej serii rzutów karnych w finale Ligi Mistrzów w 2008 roku. Były kapitan Chelsea szczerze przyznał, że wtedy rozważał krok, który mógłby wstrząsnąć piłkarskim światem. Jego wyznania rzucają nowe światło na tamten pamiętny wieczór w Moskwie i na długotrwały ciężar, jaki niósł przez lata.
John Terry, niegdyś kapitan Chelsea, opowiedział o jednym z najtrudniejszych momentów w swojej karierze – finale Ligi Mistrzów UEFA 2008. Mecz z Manchesterem United w Moskwie po 120 minutach wciąż nie wyłonił zwycięzcy. Wynik 1:1, bramki Cristiano Ronaldo oraz Franka Lamparda, i wszystko miało się rozstrzygnąć w serii rzutów karnych.
Właśnie wtedy, do piłki podszedł Terry. Mógł przejść do historii i podarować Chelsea pierwszą w dziejach Ligę Mistrzów. Gdy stał już na jedenastym metrze, miało się wydawać, że to formalność – bramkarz pokonany, szanse ogromne. Nagle jednak kapitan Chelsea poślizgnął się przy uderzeniu, futbolówka zatrzymała się na słupku, a cała drużyna pogrążyła się w rozpaczy. Po decydującej pomyłce także Nicolasa Anelki, puchar wędrował do piłkarzy z Manchesteru po wyniku 6:5 w jedenastkach.
Dopiero teraz, po latach, Terry zdradził, że tamten wieczór zapisał się w jego psychice znacznie mocniej, niż opinia publiczna mogła przypuszczać. W rozmowie w podcaście Reece’a Menniego wyznał:
„Patrząc wstecz, pamiętam, że wróciliśmy wtedy do hotelu, a ja – na 25. piętrze w Moskwie – stałem przy oknie i myślałem: 'Dlaczego? Dlaczego właśnie ja?'. Nie mówię, że gdybym miał okazję, to bym wyskoczył, ale człowiekowi w głowie przechodzą różne rzeczy. Moi koledzy przyszli po mnie i zabrali mnie na dół. To są te chwile pełne »a co, jeśli?«. Nigdy nie wiadomo, prawda?”
Według słów legendy Chelsea, trauma nie opuściła go jeszcze długo. Kilka dni po finale kadrowicze Anglii zasiedli przy stole z triumfatorami z Manchesteru United – dla Terry’ego to było „najgorsze uczucie na świecie”. Dodał również, że mimo upływu czasu, wspomnienia wracają nagle, nawet w środku nocy. „Dopiero teraz, kończąc karierę, kiedy nie mam już cotygodniowej koncentracji na meczach i kibicach, wszystko to uderza ze zdwojoną siłą” – przyznał.
Wyznania Anglika rzucają nowe światło na jedną z najbardziej rozpoznawalnych i dramatycznych chwil w historii finałów Ligi Mistrzów, pokazując, jak silnie sport potrafi determinować życie zawodników również po zejściu z murawy.