Ruch Chorzów pogłębia kryzys GKS-u Tychy
Atmosfera wrzała na Stadionie Śląskim, gdzie Ruch Chorzów po ponad miesiącu wrócił do gry na własnym terenie i od razu sięgnął po zwycięstwo nad GKS-em Tychy (2:0). Niebiescy wykorzystali kryzys Trójkolorowych, którzy od dziewięciu spotkań nie potrafią wygrać meczu.
Atmosfera była napięta już od pierwszego gwizdka – Ruch Chorzów wrócił do własnego miasta po złej passie wyjazdowych meczów i kompromitacji w Pucharze Polski. Zespół znów wybiegł na murawę Stadionu Śląskiego, chcąc zatrzeć fatalne wspomnienia, w tym dotkliwą porażkę z Avią Świdnik. Natomiast naprzeciw stanęli gracze GKS-u Tychy, trwający w kryzysie – ostatnie dziewięć spotkań przyniosło im osiem porażek i tylko jeden remis, wywalczony w szalonej strzelaninie z Wieczystą.
Od początku mecz przypominał pojedynek na wyczekanie. Najpierw do głosu doszli napastnicy Ruchu: Marko Kolar miał znakomitą okazję, gdy znalazł się oko w oko z golkiperem gości, Kacprem Kołotyłą. Tym razem bramkarz GKS-u spisał się nieźle, bo Chorwat uderzył prosto w niego. Chwilę potem spróbował Patryk Szwedzik, ten jednak, nie znajdując partnera do podania, posłał piłkę minimalnie obok słupka.
Mocniejsze uderzenie gospodarze zadali w 19. minucie, po dośrodkowaniu z rzutu rożnego. Piłka trafiła w Marcela Błachewicza, który pechowo zmienił jej tor lotu, strzelając gola samobójczego. Jeszcze przed przerwą chorzowianie dołożyli drugą bramkę – Shuma Nagamatsu huknął zza szesnastki i mógł świętować pierwsze trafienie w rozgrywkach Betclic 1. Ligi dla Niebieskich.
Ekipa z Tychów po przerwie ruszyła do odrabiania strat. Miało być nerwowo, więc zawodnicy Artura Skowronka zaczęli grać agresywnie i z większym zaangażowaniem. W 60. minucie wykorzystali błąd Mateusza Szwocha i Szymona Szymańskiego – nieporozumienie pomiędzy nimi skutecznie przerwał Julian Keiblinger, który przechwycił piłkę i pewnym strzałem pokonał Bartłomieja Gradeckiego.
Ostatnie minuty toczyły się w nerwowej atmosferze, ale wynik nie uległ już zmianie.