Artur Wichniarek nie szczędzi krytyki Widzewowi: "Tak łatwo i frajersko"
Sezon trwa, a Widzew zamiast bić się o czołówkę, musi drżeć o ligowy byt, mimo rekordowych wydatków na transfery. Artur Wichniarek, były snajper łódzkiej ekipy, nie owija w bawełnę.
Widzew Łódź miał rozbudzić apetyty kibiców i postraszyć ligową czołówkę, a tymczasem zbiera coraz więcej gorzkich recenzji. Po zimowym oknie transferowym, podczas którego klub wydał aż 13 milionów euro, a w skali całego sezonu już blisko 25 milionów, trudno znaleźć w tabeli drugą drużynę, której inwestycje w piłkarzy rozminęłyby się tak bardzo z rzeczywistością na boisku.
Piłkarze z Serca Łodzi muszą rozglądać się za punktami niezbędnymi do uniknięcia strefy spadkowej. Co ciekawe, mimo tej finansowej rozrzutności, śrubują wyniki bardziej przystające do ekip o minimalnym budżecie — jak Arka Gdynia czy Piast Gliwice. Te drużyny nie mogły nawet pomarzyć o transferowych możliwościach łodzian.
Sprawy jednak nabierają tempa, bo — jak ujawnił Piotr Koźmiński — do klubu może dołączyć kolejny obrońca, tym razem z Legii Warszawa (Steve Kapuadi), za sumę trzech milionów euro. Nikt już nie kryje zaskoczenia tym, jak szybko i konsekwentnie Widzew inwestuje, skoro efektów wciąż brak. Trudno się dziwić, że komentarze branżowych ekspertów bywają coraz mocniejsze.
Nie przebiera w słowach Artur Wichniarek, który w programie Kanału Sportowego podsumował obecną strategię transferową łodzian bez zbędnych grzeczności: „Każdy zawodnik Ekstraklasy, ale i nie tylko, modli się, by zadzwonił telefon z Łodzi. Bo powiem tak: tak łatwo i frajersko zarobić ogromne pieniądze dzisiaj można tylko w Widzewie. I to jest fakt. Patrz: Andi Zeqiri, który w Augsburgu, na poziomie Bundesligi, nie miał takiej kasy, jaką dzisiaj inkasuje w Widzewie. Wystawiając fakturę na prawie 100 tysięcy euro miesięcznie” — rzucił były piłkarz łodzian.