Lech Poznań z impetem w Lidze Konferencji. Ismaheel kluczową postacią
Już od pierwszego gwizdka Lech Poznań zaczął dyktować warunki w spotkaniu z Lausanne, pokazując, że marzenia o awansie jeszcze nie umarły. Gdy wydawało się, że Kolejorz utknął, na scenie pojawił się Taofeek Ismaheel i poprowadził drużynę do wyczekiwanego triumfu.
Można było poczuć napięcie przy Bułgarskiej już od pierwszych minut. Lech Poznań po serii niepowodzeń potrzebował tej wygranej jak tlenu. Zaczęli ostro: pressing, szybkie przejęcia, próby kontroli środka, ale wciąż szwankowało wykończenie. Przez długą część pierwszej połowy gospodarze mieli przewagę, lecz brakowało im czegoś ekstra. Drużyna z Lozanny przebudziła się dopiero tuż przed przerwą, kiedy stworzyła kilka niepokojących sytuacji w polu karnym Kolejorza.
Po przerwie sytuacja nieoczekiwanie się odwróciła. Szwajcarzy przeszli do zdecydowanego ataku, a Lech musiał głęboko bronić dostępu do własnej bramki. W pewnym momencie Mrozek, golkiper gospodarzy, mógł mówić o ogromie szczęścia – dwukrotnie był o krok od kapitulacji. W każdym razie kolejorze nie załamali się pod naporem rywala i pozwolili sobie na chwilę oddechu dopiero po kilku minutach.
Kluczowy moment nadszedł w 67. minucie. Taofeek Ismaheel, który pojawił się na boisku z ławki, wykorzystał świetne dogranie od Jagiełły i z zimną krwią wbił piłkę do siatki. To trafienie kompletnie odmieniło nastroje na stadionie i sprawiło, że na twarzach kibiców znów pojawiła się nadzieja. Lausanne starało się jeszcze rzucić do ataku – najgroźniej zrobiło się w doliczonym czasie, gdy gracz Lecha wybił piłkę niemal z samej linii bramkowej.
Gdy goście już myśleli o wyrównaniu, gospodarze przeprowadzili zabójczy kontratak. Ismaheel znów stanął na wysokości zadania – tym razem dograł idealnie do Agnero, który ustalił wynik spotkania na 2:0. Dzięki temu zwycięstwu Kolejorz nie tylko odbudował swoją pozycję, ale też wrzucił bieg wyżej przed kolejnymi meczami ligi.