Hurkacz przegrał bitwę z Sheltonem w drugiej rundzie US Open
Hubert Hurkacz po raz siódmy nie zdołał przebrnąć drugiej rundy nowojorskiego Wielkiego Szlema. Tym razem podopieczny Gillesa Cervary postawił się faworytowi publiczności i rozegrał czteroszetowy thriller, w którym dwukrotnie odrabiał straty przełamania. Ben Shelton potrzebował wszystkiego, co miał w arsenale, żeby zamknąć to spotkanie.
Hubert Hurkacz wyszedł na kort Arthura Ashe'a z jasnym celem: po raz pierwszy w karierze awansować do trzeciej rundy US Open. Sześć wcześniejszych prób kończyło się porażką właśnie na etapie drugiej rundy, a losowanie nie ułatwiło zadania. Po drugiej stronie siatki stał Ben Shelton, ósmy w rankingu, półfinalista nowojorskiego turnieju sprzed dwóch lat, a od niedawna triumfator Masters 1000 w Montrealu.
Pierwszy set pokazał, dlaczego Amerykanin znajduje się w gronie faworytów całej imprezy. Obaj zawodnicy zaczęli od solidnych gemów serwisowych, ale to Shelton prezentował się groźniej z linii końcowej. Jego forhend, płaski i przyspieszany na ostatnią chwilę, regularnie wyprowadzał Hurkacza z pozycji. Polak w otwarciu spotkania grał zachowawczo, jakby szukał rytmu. Kluczowy moment nadszedł przy stanie 3:2 dla Sheltona, kiedy podanie wyraźnie zawiodło wrocławianina. Dwa błędy serwisowe i agresywny return Amerykanina dały przełamanie, które rozstrzygnęło partię. 6:3 dla Sheltona.
Druga odsłona przez długi czas wyglądała jak kopia pierwszej. Serwis dominował, żaden z graczy nie dopuszczał rywala do break pointów. I ponownie to Shelton jako pierwszy znalazł szczelinę, przełamując Hurkacza w siódmym gemie na 4:3. Do tego momentu Polak nie miał ani jednej okazji przy podaniu przeciwnika, co budziło niepokój.
Tyle że właśnie wtedy Hurkacz dokonał zmiany. Zaczął wchodzić bliżej linii końcowej, returnować agresywniej, szukać głębi uderzeń. Przełamanie odrobił na 4:4, a razem z nim przyszły emocje i pewność siebie. Przy stanie 5:5 miał nawet dwie piłki setowe na podaniu Sheltona. Amerykanin się obronił, serwując pod dużą presją asy i pierwsze piłki w narożniki kortu.
Hurkacz nie zrezygnował. W dwunastym gemie, serwując Shelton na 5:6, polski tenisista rozegrał najlepszy fragment meczu pod względem returnu. Głębokie odbiory lądowały tuż przed linią końcową, zmuszając faworyta gospodarzy do grania w defensywie. Forhend po crossie przypieczętował przełamanie i wyrównanie stanu meczu na 1:1 w setach.
Trzecia partia była powrotem do gry serwisowej w czystej formie. Żadnych szans na przełamanie przez dziesięć pierwszych gemów. Jedyny moment napięcia pojawił się, gdy Hurkacz serwował przy 5:5 i przegrywał 0:30. Shelton głośno zagrzewał publiczność, próbując wymusić dodatkową presję. Boks Polaka odpowiedział wsparciem, a wrocławianin opanował sytuację i utrzymał podanie.
O losach seta decydował tie-break. Shelton rozpoczął go z impetem, wychodząc na prowadzenie 3:0. Dwa mini-breaki z rzędu wynikały z precyzyjnych returnów Amerykanina i jednego niewymuszonego błędu Hurkacza bekhendem po linii. Polak próbował gonić, ale przy tej przewadze Shelton kontrolował sytuację aż do końcowego 7:3.
Czwarta partia przyniosła jeszcze więcej emocji. Obaj zawodnicy podnieśli intensywność, a wymiany zyskały na jakości. Długie rallye z głębi kortu przeplatały się z ryzykownymi wejściami do siatki. Shelton przy stanie 6:5 zdołał jednak zamknąć mecz, wygrywając 7:5 i cały pojedynek 3:1 w setach.
Ben Shelton - Hubert Hurkacz 6:3, 5:7, 7:6(3), 7:5