Wojciech Skupień – gdyby nie wódka...
Zanim Adam Małysz stał się ikoną polskich skoków narciarskich, na skoczniach błyszczał inny zakopiańczyk – Wojciech Skupień. W latach 90. uchodził za największy polski talent, zdobywał mistrzostwa kraju, startował w olimpijskich konkursach już jako nastolatek. Sam przyznaje jednak, że mógł osiągnąć znacznie więcej, gdyby nie decyzje poza sportem. Dziś obchodzi pięćdziesiątkę i nie kryje się z życiowym bilansem.
Wojciech Skupień przez lata był synonimem nadziei polskich skoków narciarskich. Zanim kibice poznali nazwisko Adama Małysza, to właśnie Skupień zdobywał najważniejsze trofea krajowe oraz reprezentował Polskę na światowych arenach.
Jeszcze jako 17-latek pojawił się na igrzyskach olimpijskich w Lillehammer w 1994 roku. Skakał odważnie, nie bojąc się ryzyka na progu. Jego debiutancki występ na norweskim obiekcie wzbudził szacunek, gdy w bardzo zmiennych warunkach potrafił bezbłędnie lądować klasycznym telemarkiem. Energia, z jaką ruszał z belki, była prawdziwym znakiem rozpoznawczym.
Skupień w następnych latach ponawiał olimpijski start w Nagano i Salt Lake City, regularnie meldując się w krajowej czołówce. Czterokrotnie sięgał po mistrzostwo Polski i aż pięć razy startował w mistrzostwach świata. W połowie lat 90. próżno szukać na polskich skoczniach większego talentu.
Oceniany przez ekspertów i samych mistrzów, zapowiadał się na lidera. Wojciech Fortuna nie miał wątpliwości: "To był talent nie z tej ziemi".
Wielokrotnie imponował techniczną czystością – jego odbicie od progu było dynamiczne, a w powietrzu utrzymywał sylwetkę pewnego siebie skoczka. O ile stylem nie ustępował najlepszym, to w decydujących momentach brakowało mu stabilności formy. Mimo wysokich not od sędziów za lądowania, nie udało się dobić do światowej czołówki tak jak później Małyszowi.
Zabrakło przełomowego skoku powyżej rekordu skoczni, choć nierzadko brakowało niewiele. Kto widział go na Wielkiej Krokwi, z pewnością pamięta szybkie najazdy i podcięcie, które pozwalały mu wyciągnąć dodatkowe metry. Jednak – jak sam dziś podkreśla – cieniem na karierze stały się sprawy poza sportem.
Gdyby nie wódka, osiągnąłbym więcej i odłożyłbym więcej pieniędzy. Pewnie dziś nie musiałbym tak dużo pracować
Po zakończeniu sportowej drogi nie odciął się od skoków – prowadzi młodych na zakopiańskich skoczniach jako trener. Rzeczywistość, jak relacjonuje, nie jest jednak łatwa. Praca szkoleniowca towarzyszy mu popołudniami, bo bazę dochodów musi zapewnić budowlanka i taksówka w zimowym Zakopanem.
- Jestem trenerem, ale z tego nie wyżyję. Kończę pracę o 15 i dopiero wtedy mogę jechać na trening. Zimą wziąłem się za taksówkę. Jeżdżę po Zakopanem, a czasem dalej – opowiadał, podkreślając, że zimowe realia sportowej emerytury są dalekie od wyobrażeń kibiców.
Dziś Skupień kończy 50 lat, z bagażem sukcesów sportowych i doświadczeń, które – choć nie zawsze prowadziły prostą ścieżką – są lekcją dla nowych pokoleń skoczków. Trudno oprzeć się wrażeniu, że gdyby losy potoczyły się nieco inaczej, jego nazwisko zapisałoby się na kartach światowych rekordów, tuż obok największych gwiazd skoków.