Drugi medal IO dla Polski. Srebrny spektakl Semirunnija!
Już od pierwszych metrów Władimir Semirunnij narzucił na torze zabójcze tempo, pokazując, że medal olimpijski ma w zasięgu ręki. Polak przed igrzyskami uchodził za jednego z głównych pretendentów na 10 000 metrów i nie zawiódł ani przez chwilę. Fenomenalna jazda – niemal każde okrążenie poniżej trzydziestu sekund – zakończona nerwowym oczekiwaniem na wyniki kolejnych par. Gdy opadły emocje, Semirunnij mógł cieszyć się z drugiego dla Polski medalu w tych zimowych igrzyskach.
W okamgnieniu po starcie Władimir Semirunnij ruszył na torze w Mediolanie, pchając swoje łyżwy z takim impetem, jakby czas nie istniał. Bieg na 10 000 metrów podczas igrzysk Mediolan – Cortina od początku miał przynieść wielkie emocje – wystarczyło spojrzeć na minę Polaka, by zrozumieć, że walczy tu nie tylko o wynik, ale i o spełnienie marzeń po wszystkich życiowych zawirowaniach.
I faktycznie, Semirunnij po zmianie barw narodowych błyskawicznie stał się filarem naszej kadry. Srebrny medalista mistrzostw świata i triumfator na europejskich torach, od miesięcy szykował się właśnie na tę chwilę. Polski rekord na dystansie 10 000 m – 12:28,05 uzyskany w grudniu 2025 – zwiastował, że w Lombardii możemy liczyć na coś wielkiego. I doczekaliśmy się.
Po ustaleniu kolejności startów, padło na trzecią parę. Polak wiedział, że żeby realnie myśleć o podium, musi pojechać popisowo – i pokazał to już na pierwszych kilometrach. Zerwał się od pierwszego okrążenia, każde pokonując równo poniżej 30 sekund. Jedyny przez chwilę nadążał Holender Stijn van de Bunt, ale od połowy wyścigu nawet on musiał uznać wyższość naszego łyżwiarza. Sam Semirunnij musiał mocno pilnować tempa – w końcu ten dystans to nie wyścig na krótki finisz, ale wymagający maraton. Liczyły się nie tylko czyste techniczne wejścia w łuk, ale też spokojne prowadzenie ciała, szukanie każdego centymetra przewagi na prostych. Pod koniec pojawiły się oznaki zmęczenia – na jedenastym okrążeniu Polak nieco zwolnił, ale jak się okazało, zachował jeszcze rezerwy na dramatyczną końcówkę.
Na trzy ostatnie kółka Semirunnij wykrzesał resztki sił, błyskawicznie wracając do tempa z pierwszej fazy. Finisz – od linii startu aż do samej mety – wyglądał niczym spektakl łyżwiarskiego kunsztu. Gdy zegar zatrzymał się na 12:39.09, a sędziowie potwierdzili wynik, wszyscy wiedzieli, że teraz trzeba już tylko czekać na to, co pokażą rywale.
Bieg po biegu, każdy kolejny faworyt wypadał minimalnie słabiej. Holender Jorrit Bergsma, potem Włoch Davide Ghiotto – żaden z nich nie zbliżył się do Polaka. Nawet Kanadyjczyk Ted-Jan Bloemen nie był w stanie zagrozić wysokiej lokacie zawodnika Pilicy Tomaszów Mazowiecki. Dopiero pojedynek z Czechem Metodejem Jilkiem okazał się decydujący – Jilek pojechał rewelacyjnie, uzyskując 12:33.44 i zdobywając złoto.
Teraz nerwy sięgnęły zenitu, bo wszystko zależało od ostatniej pary. Po starcie Francuza Timothy'ego Loubineaud i Norwega Sandera Eitrema wydawało się przez moment, że Polak może wypaść poza podium. Jednak gospodarze toru były tego dnia sprzyjające, a siły rywali – kończyły się szybciej niż u Semirunnija. Ostatecznie to właśnie Polak był drugi. Srebro dla Biało-Czerwonych i nieskrywana radość zawodnika oraz jego ekipy.
Tak wywalczony medal oznacza drugi sukces Polski na tych igrzyskach – wcześniej srebro zdobył skoczek narciarski Kacper Tomasiak na normalnej skoczni. Kto widział miny teamu Pilicy tuż po ogłoszeniu wyników, ten dobrze wie, jak wiele kosztowała ich praca nad tym sukcesem.