ŁKS był dogadany z Legią w sprawie transferu. Co z Piaseckim? Mozyrko odpowiada
Mateusz Szczepaniak był blisko przejścia z Legii Warszawa do ŁKS-u, ale ostatecznie do Łodzi nie trafił. Radosław Mozyrko mówił Stolicy Sportu o kulisach niedoszłego ruchu, a także odniósł się do przyszłości Fabiana Piaseckiego. Dyrektor sportowy zapowiedział również kolejne transfery.
Jesteście na 7. miejscu w 1. Lidze. Zakładam, że celem ŁKS-u będzie miejsce w czołowej szóstce?
– Mam nadzieję, że powalczymy o TOP 6. Liga jest tak spłaszczona, że osiem zespołów śmiało może powiedzieć, że ma realny cel walki o Ekstraklasę. Matematyka jest jednak brutalna, awansują trzy, więc przynajmniej pięć z tych klubów na koniec będzie rozczarowanych.
A w czym ŁKS może być lepszy i sprawić, że znajdzie się w tych trzech zespołach, które będą mogły się cieszyć?
– To jest dość proste. Najlepsi zawodnicy muszą być zdrowi i w dobrej formie, a do tego potrzebujemy trochę szczęścia w meczach na styku. W zeszłym sezonie spokojnie znajdziemy pięć czy sześć spotkań, w których mogliśmy mieć dwa albo trzy punkty więcej. I nagle tabela wygląda zupełnie inaczej. W tej lidze różnica między bardzo dobrym sezonem a przeciętnym może się zamknąć w czterech czy pięciu meczach.
Słówko o tym okienku transferowym, bo trochę ruchów dokonaliście. Czy ktoś jeszcze do was dołączy? Może ktoś was opuści?
– Pracujemy jeszcze nad dwoma transferami przychodzącymi i dwoma wychodzącymi. Zobaczymy, ile z tego uda się zamknąć. Końcówka okna może być u nas jeszcze bardziej ruchliwa niż jego pierwsza część.
Którzy zawodnicy mogą was opuścić?
– Nie jest wielką tajemnicą, że dałem wolną rękę trzem zawodnikom w szukaniu nowego klubu: Mateuszowi Kupczakowi, Serhijowi Krykunowi i Miłoszowi Szczepańskiemu. Być może któryś z nich znajdzie nowy zespół.
Nie jest też wielką tajemnicą, że inny piłkarz może opuścić ŁKS. Ostatnio grał regularnie i w tym sezonie strzelił dwa gole.
Kupczak, Krykun, Szczepański – są już konkrety transferowe?
– Nie, na razie nie. Zobaczymy, co się wydarzy. Końcówka okienka jest zawsze dynamiczna. Pojawiają się kontuzje. Najwięcej urazów zdarza się w piątym i szóstym mikrocyklu po rozpoczęciu sezonu. Nie zdziwiłbym się więc, gdyby jakiś klub potrzebował zawodników na pozycjach, na których akurat oni występują. Zawsze jest możliwość, że coś wydarzy się na finiszu okna.
Wspomniał pan o możliwym odejściu Fabiana Piaseckiego, który strzelił dwa gole w tym sezonie. Czy transfer jest bliżej finalizacji?
– Ani bliżej, ani dalej. Piłka nożna jest sportem, w którym wszystko może się wydarzyć.
TVP Sport pisało, że drużynie nie spodobała się nieprofesjonalna postawa tego zawodnika. Czy to prawda? Coś może pan powiedzieć w tej sprawie?
– Mam taką zasadę, że pewne rzeczy powinny być rozwiązywane wewnątrz klubu. Trochę jak w małżeństwie, kiedy pojawia się problem, nie trzeba od razu wychodzić i publicznie opowiadać, kto co zrobił źle. Relacja klubu z zawodnikiem też wymaga pewnego zaufania. Dlatego nie będę wchodził w szczegóły. Rozwiążemy to wewnętrznie.
Zapytam inaczej. Jest niesmak z powodu tej sytuacji?
– Działam w piłce już 19 lat, więc nie takie rzeczy widziałem. Piłka nożna jest najpopularniejszym sportem na świecie. Dużo emocji jest w środku i wśród kibiców. Ktoś zawsze musi pracować z chłodną głową i dystansem do wszystkiego. Nie mam ani negatywnych, ani pozytywnych emocji w tej konkretnej sytuacji. Trzeba ją po prostu spokojnie rozwiązać i iść dalej.
Należy liczyć się z tym, że Piasecki już nie będzie grał w ŁKS-ie?
– Widzę wszystkie scenariusze na stole: zarówno taki, że Fabian będzie z nami grał, jak i taki, że może odejść. W tej sytuacji wszystko jest możliwe.
Na ten moment, o godzinie 12:54 w czwartek, 20 sierpnia, żaden klub oficjalnie mnie nie zapytał ani nie wysłał oferty. Nie ma jednak co ściemniać. Wiem, że dwa kluby zbierają informacje o zawodniku, więc jeśli to robią, to na pewno są nim zainteresowane.
Wspomniał pan, że pracujecie nad dwoma transferami przychodzącymi. Czy można zdradzić coś więcej?
– Jeden zawodnik na lewe wahadło, lewonożny, który obecnie jest w klubie ekstraklasowym. Drugi może grać zarówno na dziewiątce, jak i na dziesiątce – aktualnie występuje w 2. Lidze. Ze względu na trwające negocjacje nie odpowiem, o kogo chodzi.
Jak ocenia Pan szanse na ich pozyskanie?
– Pierwszy? Powiedzmy 60 procent. Drugi 55. Ale przy transferach te procenty potrafią się bardzo szybko zmieniać.
Który z dotychczasowych transferów był najtrudniejszy do przeprowadzenia?
– Chyba transfer Karola Podlińskiego, ale bardziej ze względu na timing niż samo przekonanie zawodnika. Musieliśmy zrobić dla niego miejsce w kadrze i znaleźć rozwiązanie dla Lewandowskiego, a Pogoń mocno pracowała nad przedłużeniem kontraktu Karola. Trzeba było się trochę nagimnastykować. Jeśli natomiast chodzi o rywalizację z innymi klubami, największym wyzwaniem byli Nowakowski, Błachewicz i Keiblinger.
Jak to wyglądało z Igorem Strzałkiem? Mieliście konkurencję?
– Nie wiem. Ściągnęliśmy go w drugim etapie okna. Z transferami jest też tak, że zawodnik w czerwcu może mieć mnóstwo zainteresowania, ale miesiąc później część klubów ma już zamknięte kadry. Z racji tego, że Igora pozyskaliśmy dość późno, nie sprawdzałem, jakie miał wtedy inne możliwości. Wiem tylko, że Termalica chciała go zatrzymać.
Mateusz Szczepaniak – było coś na rzeczy w kontekście jego transferu z Legii do ŁKS-u? Informowało o tym TVP Sport.
– Tak. Chcieliśmy go ściągnąć i byliśmy praktycznie dogadani z Legią. Natomiast Mateusz i jego otoczenie liczyli na możliwość pozostania w Ekstraklasie. To też trzeba uszanować. My byliśmy przekonani do tego transferu, druga strona miała trochę inne priorytety i ostatecznie do niego nie doszło.
Na tę chwilę Mateusz gra w drugiej lidze, w rezerwach Legii.
– Zostawię to bez komentarza.
Czy był ktoś, kogo chcieliście zatrzymać, ale ostatecznie nie udało się tego zrobić w tym oknie?
– Chcieliśmy zostawić Norlina, aczkolwiek oferta, którą otrzymał w Miedzi, znacząco przekraczała naszą. Przegraliśmy finansową rywalizację. Czasami trzeba też umieć powiedzieć: nie będziemy przebijać tej kwoty.
Co się stało, że finalnie udało się przedłużyć kontrakt z Mateuszem Wysokińskim? Jeszcze w czerwcu mówił pan, że można się spodziewać komunikatu o odejściu tego zawodnika z ŁKS-u, a ostatecznie stało się inaczej. Czy udało się dogadać warunki finansowe, czy coś innego zdecydowało, że został z wami?
– Zaprosiłem go na dobrą kawę i udało się dojść do porozumienia.
Czy miał inne opcje?
– Nie dzielił się takimi informacjami. Udało się znaleźć logiczne rozwiązanie sytuacji, w której zachowaliśmy strukturę finansową listy płac, a jednocześnie jesteśmy zadowoleni z tego, że Mateusz został z nami.
Ile wynosi budżet ŁKS-u?
– Nie lubię takich pytań, bo sam całkowity budżet niewiele mówi. Jeden klub może mieć 15 milionów budżetu i wydawać 10 na pierwszy zespół. Drugi ma 20 milionów, ale też wydaje 10 na pierwszy zespół, bo więcej kosztuje go akademia, administracja czy infrastruktura. Na papierze drugi jest bogatszy, a sportowo oba dysponują podobnymi środkami. Dlatego jeśli chcemy porównywać możliwości sportowe klubów, patrzyłbym przede wszystkim na budżety pierwszych zespołów. I tutaj na pewno nie jesteśmy numerem jeden. Powiedziałbym nawet, że nie jesteśmy w TOP 3 ligi.
Jeśli chodzi o budżet pierwszego zespołu, jest pan już w stanie powiedzieć, ile mniej więcej tych pieniędzy jest?
– Nie mam budżetów wszystkich klubów przed sobą, więc nie będę robił dokładnego rankingu. Ale patrząc na rynek i na to, z kim rywalizujemy o zawodników, na pewno widzę przynajmniej kilka klubów, które mają większe możliwości finansowe od nas.
Pytanie o oferty za obecnych zawodników ŁKS-u. Nie mówię, że musi wydarzyć się coś nieoczekiwanego, ale czy jakieś propozycje są albo były?
– Były. Odrzuciliśmy dwie oferty za zawodników. Jedna opiewała na pół miliona euro, ale oczekiwaliśmy więcej. Druga dotyczyła innego piłkarza i wynosiła 250 tysięcy euro, ale również w tym przypadku oczekiwaliśmy wyższej kwoty. Były to propozycje z Ekstraklasy.
Nie da rady szepnąć nazwisk?
– Nie. Jest tak mało zawodników w tej kadrze… Mamy ich około 25–28, więc prawdopodobieństwo, że pan zgadnie, jest całkiem spore.
A trener Szoka może ma jakieś oferty?
– Nie jestem agentem trenera, więc nie wiem. Szkoleniowiec koncentruje się na pracy w ŁKS-ie. Na pewno jest jednak trenerem, który w przyszłości może budzić zainteresowanie na rynku pracy w klubach z wyższych lig.
A pan miał jakieś oferty, odkąd jest w ŁKS-ie?
– W piłce cały czas ktoś z kimś rozmawia. Są telefony, zapytania, ktoś pyta o dostępność. Nie każde takie pytanie nazywałbym ofertą. Nie przywiązuję do tego większej wagi.
Jest/było coś z Ekstraklasy?
– Ładnie pan próbuje [śmiech]. Nie będę mówił o konkretnych klubach. Tak jak powiedziałem, w piłce rozmowy odbywają się cały czas. Dla mnie ważniejsze jest to, gdzie jestem i co mam tutaj do zrobienia.
W czerwcu na Weszło pojawiła się informacja, że rozważał pan rezygnację z obecnego stanowiska. Czy to była prawda, czy kompletnie nie? A może coś zmieniło się na przestrzeni ostatnich tygodni?
– Czerwiec? W piłce to było jakieś trzy lata temu [śmiech]. Zostawmy już czerwiec. Dzisiaj mamy sierpień, trwa sezon, kończy się okno transferowe i mam wystarczająco dużo rzeczy, którymi muszę się zajmować teraz.
Czy po odejściu z Legii, miał pan jeszcze inne oferty, oprócz ŁKS-u?
– Tak, rozmawiałem z kilkoma klubami zagranicznymi. Były rozmowy w Anglii, Japonii, Stanach, na Cyprze i Węgrzech. Niektóre projekty były ciekawe, ale zawsze musi się zgadzać kilka rzeczy. Zakres odpowiedzialności, ludzie, z którymi masz pracować, finanse, ale też życie rodzinne. Był też projekt, w którym praktycznie w ogóle nie interesowała ich akademia – liczył się wyłącznie wynik pierwszego zespołu i doświadczeni zawodnicy. To po prostu nie jest mój sposób patrzenia na klub. Lubię wygrywać, jak każdy, ale chcę też rozwijać zawodników, dawać szansę młodym i budować coś, co zostanie w klubie trochę dłużej niż jeden sezon. Nie chciałem podejmować decyzji tylko dlatego, że nazwa ligi dobrze wygląda w CV.
Cypr, Węgry, Anglia, Japonia, Stany Zjednoczone. Może chociaż jedną nazwę klubu uda się zdradzić?
– Nie, bo to byłoby nie fair wobec ludzi, z którymi rozmawiałem. Mogę powiedzieć tyle, że były bardzo różne projekty – od klubów z najwyższych lig po role bardziej związane z budowaniem struktur czy pracą międzynarodową. Nie wszystkie były też rolami dyrektora sportowego. I chyba na tym bezpiecznie zakończmy, bo zaraz zdradzę za dużo [śmiech].