Newcastle United balansuje na krawędzi
Ledwie dwa punkty dzielą Newcastle United od strefy spadkowej. Gdy Eddie Howe patrzy na długą listę kontuzjowanych kluczowych graczy i serię piekielnie trudnych meczów tuż za rogiem, presja przy St James' Park rośnie z dnia na dzień.
Na północy Anglii atmosfera zrobiła się naprawdę gęsta. Eddie Howe i jego Newcastle United mają zaledwie dwa punkty przewagi nad strefą spadkową, a seria kontuzji kluczowych graczy zamiast się kończyć — wydłuża co tydzień listę problemów. Widmo kryzysu zagląda z każdym kolejnym meczem, a najbliższe 30 dni mogą zdecydować o przyszłości drużyny i szkoleniowca na St James' Park.
Po przejęciu przez saudyjskich właścicieli cztery lata temu, Newcastle wydało ponad 800 milionów funtów na wzmocnienia. Dla porównania, kluby takie jak Everton, Crystal Palace czy Bournemouth wydały mniej niż połowę tej kwoty w tym samym okresie. Wydawało się, że na Tyneside powstaje zespół, który powtórzy scenariusz Manchesteru City, czyli błyskawiczną wspinaczkę na szczyt Premier League i walkę o trofea.
Rzeczywistość brutalnie zweryfikowała te plany. Po części przez siłę tradycyjnej czołówki tzw. Wielkiej Szóstki, a po części przez rygorystyczne limity finansowego fair play, Newcastle nie zbliżyło się jeszcze do czołówki na miarę oczekiwań. Kibice, którzy świętowali przejęcie klubu pod St James' Park, niewątpliwie oczekiwali większej stabilizacji wyników.
Jednym z najjaskrawszych przykładów niewykorzystanego potencjału jest historia transferu Alexandra Isaka do Liverpoolu. Przeciągające się rozmowy doprowadziły do sytuacji, w której Newcastle nie zdołało zadbać o sensownych następców jeszcze podczas letniego okna transferowego. Efekt? Kadra „Srok” szybko okazała się zbyt wąska jak na tempo i obciążenia, jakie narzucił Howe. Zarówno Liverpool, jak i Newcastle, ucierpiały na tej transakcji, a Isak sam walczy obecnie z kontuzjami.
Jakby tego było mało, kontuzje jeszcze bardziej pogłębiły problemy kadrowe. Brak zmienników i styl gry nastawiony na intensywność sprawił, że „Sroki” wylądowały na czternastym miejscu w tabeli. Każdy uraz pogłębia dziury w składzie, a każda strata punktów to coraz większa frustracja w szatni. Koło się zamyka.
Nadzieją są nadal europejskie puchary. Newcastle prezentuje się tam lepiej, a i w krajowych rozgrywkach pucharowych wciąż grają o coś więcej. Jednak do szczęścia brakuje solidnych występów poza domem — na ligowym wyjeździe ekipa Howe’a nie ugrała jeszcze ani jednego zwycięstwa w tym sezonie, co trener przyznaje między wierszami, mówiąc, że „zespół szybciej się męczy niż rok temu”.
Terminarz nie ułatwia życia. Z dziewięciu najbliższych spotkań tylko starcie z Burnley wydaje się na papierze łatwiejsze. Czekają ich mecze z Manchesterem City, Evertonem, Tottenhamem, Sunderlandem i Chelsea, wyjazdy do Marsylii i Leverkusen oraz ćwierćfinał Pucharu Ligi z Fulham. Słabsza dyspozycja w tym okresie może oznaczać nie tylko stratę kolejnych punktów, ale i poważne zmiany personalne jeszcze przed świętami.
Tak czy inaczej, przed Eddiem Howe’em najważniejszy miesiąc od objęcia „Srok”. Mocno przyciśnięty przez kalendarz i kontuzje, jeśli nie znajdzie sposobu na zdobywanie punktów na wyjazdach — nie tylko ligowa tabela może zupełnie się przewrócić, ale i jego pozycja na ławce stanie się bardzo krucha.