Od 200 zł miesięcznie do awansu do 1. Ligi. Dziś prowadzi beniaminka i marzy o Ekstraklasie
Jego pierwsze trenerskie wynagrodzenie wynosiło zaledwie 200 zł miesięcznie. Dziś Maciej Tokarczyk jest świeżo po awansie z Wartą Poznań do 1. Ligi. Szkoleniowiec opowiada Stolicy Sportu o drodze, którą przeszedł.
Wywiad został przeprowadzony 4 sierpnia.
Jakie są, tak na gorąco, pierwsze wrażenia po dwóch kolejkach nowego sezonu Betclic 1. Ligi?
– Jak najbardziej pozytywne. Myślę, że zagraliśmy dwa niezłe mecze, w których tworzyliśmy dużo sytuacji. Często byliśmy w polu karnym, mieliśmy wiele okazji i zdobyliśmy sześć bramek. To na pewno cieszy.
Te dwie kolejki dały mi też kolejne odpowiedzi i pokazały rzeczy, które będziemy chcieli poprawić. Tak jak cały czas mówię, to jest proces. Cieszę się, że z każdym kolejnym spotkaniem jesteśmy mądrzejsi, bo to tylko spowoduje, że zespół będzie rósł i stawał się coraz lepszy. Odbiór mam jak najbardziej pozytywny.
Gdyby mógł pan trochę to rozwinąć – jakie to odpowiedzi i jakie elementy wymagają poprawy?
– Do poprawy to jedno, ale są też odpowiedzi dotyczące rzeczy, które są naszą mocną stroną i tak naprawdę na tym bardziej wolałbym się skupić.
Jeśli chodzi o elementy do poprawy, to na pewno intensywność taktyczna, żeby utrzymywać ją w każdym momencie na jak najwyższym poziomie. Dodatkowo są to kwestie związane z modelem gry i nowymi zawodnikami. Oni potrzebują trochę czasu, żeby zrozumieć, w jaki sposób chcemy, aby zachowywali się w konkretnych sytuacjach. Nie chcę wchodzić za bardzo w szczegóły, natomiast są to rzeczy, które z biegiem czasu będą już na stabilnym poziomie.
Rozumiem, że nowy piłkarz również potrzebuje trochę czasu, żeby pewnych rzeczy doświadczyć. Chodzi głównie o detale modelowe, bardziej indywidualne zachowania na poszczególnych pozycjach. To mam na myśli.
A jeśli chodzi o plusy – co wskazałby pan jako największy pozytyw po tych dwóch meczach i całym okresie przygotowawczym?
– Na pewno to, jak wygląda kadra. Jest zbudowana na jakości i mamy sporo wariantów, z których możemy korzystać.
Jeśli chodzi o boisko, to cieszy mnie wielowariantowość w ofensywie. Sposób, w jaki tworzymy sytuacje i okazje bramkowe, pokazuje, że jesteśmy zespołem, który potrafi atakować na różne sposoby. Tworzymy szanse zarówno po budowie wysokiej, w ataku pozycyjnym, jak i po wysokim pressingu czy po stałych fragmentach. Tak naprawdę te sytuacje rozkładają się na każdą fazę gry, a to dobrze świadczy o zawodnikach.
Jestem też bardzo zadowolony z tego, jak zachowujemy się po odbiorze piłki i jak ją uwalniamy, jak przechodzimy do ataku szybkiego albo pozycyjnego. To są elementy, po których widać, że zrobiliśmy spory progres. Te rzeczy na pewno bym wymienił.
Czy przed poprzednim sezonem wierzył pan, że ten zespół stać na awans?
– Nauczyłem się podchodzić do tego w trochę inny sposób i wyłączam wszelkie oczekiwania czy prognozy. Mnie to nie interesuje.
Skupiam się na codziennej pracy i to liczyło się dla mnie również w tamtym sezonie – żeby wykorzystywać każdy dzień do maksimum i przekładać to na najbliższy mecz. Wiedziałem, że jeśli będziemy tak pracować, to wyniki będą dobre.
Myślę, że gdybym miał obstawiać przed poprzednim sezonem, to pewnie nie postawiłbym na nasz awans. Natomiast z biegiem czasu było coraz bardziej oczywiste, że ta wizja staje się coraz jaśniejsza i bardziej realna.
Tym bardziej ważne było wtedy, żeby utrzymać naszą filozofię patrzenia tu i teraz, stawiania małych kroków i skupiania się na tym, na co mamy wpływ w najbliższej przyszłości. Tak było i to doprowadziło nas do awansu, z czego bardzo się cieszę.
Był awans, a później przedłużył pan kontrakt do 2028 roku. Co to dla pana znaczy?
– Na pewno to, że wraz z moim sztabem wykonaliśmy dobrą robotę. To nagroda dla całej naszej ekipy – mam na myśli sztab i zespół. Z tego powodu bardzo się cieszę. Jest dla mnie ważne, żeby kontynuować ten projekt, bo widzę w nim dużo dobrego, dużo stabilności i przestrzeni, w której jeszcze możemy być lepsi jako klub. Cieszę się, że sufit jest dla nas jeszcze wysoko, bo to tylko oznacza, że możemy się rozwijać.
Jeśli chodzi o marzenia, to oczywiście są one ważne. Myślę, że to naturalne, że mam swoje marzenia i cele, do których chcę dążyć, ale jestem świadomy, że samo się to nie stanie. Przede mną jeszcze dużo pracy i wierzę, że prędzej czy później będę w Ekstraklasie.
Słówko o obecnym oknie. Kiedyś powiedział pan, że najmocniejszym transferem jest progres pańskich zawodników. Czy to zdanie nadal jest aktualne?
– Myślę, że tak, natomiast to jest trochę taki miks. Patrzę na ekipę, która została z nami, i widzę progres, jaki zrobili zawodnicy. Czy to Janek Niedzielski, Mateusz Stanek, Kacper Rychert, Kacper Lepczyński – i mógłbym tak mówić praktycznie o każdym zawodniku, który u nas został. To na pewno bardzo ważny transfer. Ci piłkarze są w takim wieku, ale przede wszystkim mają taką osobowość, że chcą być coraz lepsi. Rzeczywiście u większości z nich ten postęp jest widoczny.
Nie mogę jednak pominąć osób, które do nas dołączyły. Każdy z nowych to zawodnicy jakościowi, którzy dodają nam kolejną wartość i kolejne rozwiązania taktyczne. Myślę, że musiałbym wymienić nazwiska wszystkich nowych piłkarzy, bo każdy z nich był kimś, kogo chciałem w zespole. Wszyscy pasują do naszej układanki, więc nie potrafię wyróżnić jednej osoby. Każdy z tych transferów był dla mnie ważny.
Czy widzi pan jeszcze potrzebę wzmocnienia którejś z pozycji?
– Myślę, że tak. Niestety wypadł nam Szymek Zalewski i długo go nie będzie. To bardzo ważna postać naszego zespołu – zarówno pod kątem jakości piłkarskiej, jak i osobowości oraz identyfikacji z projektem i klubem. Tutaj na pewno robi się pewna luka po jego kontuzji.
Możemy się jeszcze spodziewać jednego transferu do formacji ofensywnej. Mamy kilka koncepcji i zobaczymy, jakie okazje przyniesie nam rynek transferowy. Okienko jest już dla nas bliżej końca niż początku, natomiast – jak każdy klub – obserwujemy rynek i analizujemy pojawiające się możliwości.
Ostatnio TVP SPORT pisało, że Warta Poznań pytała o Stanisława Gierobę z Legii Warszawa. Czy to prawda?
– Analizujemy rynek i interesujemy się wieloma zawodnikami, szczególnie młodymi, bo to jest nasz kierunek. Chcemy mieć wiedzę na ich temat. Nie chodzi tylko o umiejętności piłkarskie, ale też o to, jaką mają osobowość, jakie cechy mentalne. To jest dla nas bardzo ważne. Istotne są również warunki ewentualnego transferu i to, czy w ogóle taki temat jest możliwy.
Interesujemy się więc młodymi zawodnikami i rynkiem transferowym. Nie ukrywam też, że powoli przygotowujemy się już pod kolejne okno transferowe. Takie działania cały czas się u nas toczą.
Czyli gdybym miał dopytać wprost – jesteście zainteresowani Stanisławem Gierobą?
– Nie chcę mówić o szczegółach. Tak jak wspomniałem, interesujemy się wieloma zawodnikami i monitorujemy ich sytuację, dlatego nie chcę używać słów, które mogłyby cokolwiek sugerować.
Faktem jest, że Stanisław Gieroba jest obecnie zawodnikiem Legii Warszawa i tam funkcjonuje. Co przyniesie przyszłość, zobaczymy.
TVP Sport pisało też, że Kamil Kumoch, Marcel Zylla i Igor Kornobis otrzymali zgodę na poszukiwanie nowych klubów. Skąd taka decyzja?
– Zdecydowały o tym wyłącznie kwestie sportowe i zdefiniowanie potrzeb, jakie stoją przed nami w pierwszej lidze. Myślę, że to naturalna kolej rzeczy, że z każdym sezonem każda drużyna w jakiś sposób się zmienia. Ważne jest, żeby określić potrzeby, które nas czekają.
Rzeczywiście cała trójka dostała informację, że jesteśmy otwarci na to, aby szukali nowych klubów, ponieważ u nas nie mieliby odpowiedniej liczby minut i szans na pokazanie się w meczach. Na ich miejsce zostali już sprowadzeni inni zawodnicy.
A jeśli chodzi o ruchy wychodzące z klubu, to można się jeszcze spodziewać zmian? Czy kadra może się jeszcze trochę zmniejszyć?
– Myślę, że nie. Jedynymi ruchami, jakie możemy jeszcze wykonać, są wypożyczenia młodych zawodników do niższych lig, żeby regularnie łapali minuty.
Czekamy jeszcze na koniec okna transferowego i na to, czy ktoś nowy do nas dołączy. Jeżeli tak się stanie i zabierze miejsce któremuś z młodych zawodników, to naturalne będzie, że taki piłkarz powinien mieć przestrzeń do gry, zdobywania doświadczenia, dobrego procesu rozwoju i cotygodniowej rywalizacji.
Ewentualnie możemy spodziewać się jednego lub dwóch ruchów, ale wyłącznie w formie wypożyczeń młodych zawodników, jeśli wspólnie uznamy, że nie będziemy w stanie zapewnić im odpowiednich warunków do rozwoju.
Zmieniając temat – nie ciągnie pana jeszcze do powrotu na boisko?
– Nie, broń Boże. To zostawiam tym, którzy mają do tego predyspozycje. Ja już jestem po tej drugiej stronie rzeki, na którą dość szybko przeszedłem.
Można powiedzieć, że 18. rok życia był dla pana słodko-gorzki. Z jednej strony gorzki, bo zerwał więzadło krzyżowe. Z drugiej, od razu po operacji wszedł w trenerkę.
– Dobrze pan to ujął – to był słodko-gorzki czas. W pierwszym momencie na pewno bardzo gorzki, bo mając 18 lat również liczyłem na to, że przebiję się jako zawodnik. Natomiast bardzo szybko po tej kontuzji zacząłem patrzeć na to zupełnie inaczej. Doszedłem do wniosku, że jako piłkarz prawdopodobnie nie osiągnąłbym poziomu, który by mnie satysfakcjonował, bo po prostu zabrakłoby mi odpowiednich umiejętności.
To, że bardzo szybko rozpocząłem przygodę trenerską i wszedłem w tę rolę, sprawiło, że dziś mam 34 lata i rozpoczynam trzeci sezon na poziomie centralnym. Bardzo szybko zacząłem i wkręciłem się w trenerkę. Stała się ona moją pasją, a w pewnym momencie również sposobem na życie.
Tak naprawdę doświadczyłem niemal każdego poziomu pracy trenera – od czterolatków, przez trampkarzy, juniorów i drugi zespół, aż po piłkę profesjonalną i pracę z pierwszymi drużynami. Po czasie mogę powiedzieć, że jestem wdzięczny za to, że coś takiego się wydarzyło. To był punkt zwrotny w moim życiu i bardzo ważny moment.
Cieszę się, że wszystko potoczyło się właśnie w tym kierunku. Wiadomo, że dla młodego człowieka taka kontuzja często jest czymś, z czym każdy radzi sobie inaczej. U mnie wszystko potoczyło się naturalnie. Szybko zacząłem pracę jako trener i bardzo się z tego cieszę.
W trakcie kariery trenerskiej były momenty, w których musiał pan łączyć pracę szkoleniowca z innym zawodem?
– Nie było takich momentów, ale wynikało to też z tego, jak ułożyło się moje życie. Moja pierwsza praca jako trenera była w małym klubie z Bielska-Białej, Zaporze Wapienica, za symboliczne pieniądze – 200 zł miesięcznie.
To był jednak dla mnie bardzo ważny czas, bo człowiek, który dał mi szansę, tak naprawdę rozpoczął całą moją przygodę. Był to świętej pamięci Jerzy Popławski, któremu zawsze będę wdzięczny. Jeszcze niedawno przyjeżdżał nawet na mecze Warty Poznań, kiedy graliśmy w Bielsku-Białej.
To była pierwsza praca, w której rzeczywiście zarobki były niewielkie. Miałem wtedy jednak 18–19 lat i nadal mieszkałem w domu rodzinnym, więc mogłem sobie na to pozwolić. Później z każdym rokiem moje finanse stopniowo się poprawiały i mogłem skupić się wyłącznie na pracy trenera.
Były jednak momenty, kiedy pracowałem bardzo dużo. Chyba najtrudniejszy okres był wtedy, gdy jednocześnie pracowałem w dwóch klubach z młodymi zawodnikami. Łączyłem pracę w Football Academy Bielsko-Biała z pracą w Rekordzie Bielsko-Biała, a popołudniami byłem jeszcze pierwszym trenerem w klubie B-klasy. Miałem wówczas może 21–22 lata. To był na pewno bardzo wymagający okres, bo musiałem łączyć kilka miejsc pracy, żeby zarobić i mieć z czego żyć.
Gdy trafił pan do akademii Piasta Gliwice i Stali Rzeszów, to czuł, że ciężka praca popłaca i będzie można z tego wyżyć, a także spełnić marzenia?
– Tak, zdecydowanie. Myślę, że takim punktem zwrotnym było przejście z Rekordu Bielsko-Biała do Piasta Gliwice.
Rekord to bardzo ważne miejsce w moim życiu. To klub, który ukształtował mnie najpierw jako zawodnika, a później jako trenera. Przejście do Piasta Gliwice było krokiem w stronę pełnej profesjonalizacji. Trafiłem do bardzo mocnej akademii, którą tworzyli ludzie wcześniej budujący Akademię Legii Warszawa. Byli tam między innymi dyrektor Mazurek, Maciej Szymański z Jagiellonii Białystok, oraz cała grupa trenerów na czele z Jarkiem Wójcikiem, któremu bardzo dużo zawdzięczam.
Po roku przeszedłem do Stali Rzeszów i wszedłem w struktury akademii, która była jeszcze bardziej profesjonalna niż w Piaście. Wpływ na jej funkcjonowanie miało bardzo wiele osób z różnych dziedzin. Nie chodziło tylko o sam proces szkoleniowy, ale również o psychopedagogikę, neuromotorykę, przygotowanie mentalne czy psychologię. Pracowali tam m.in. Tomek Wilczewski, śp. prof. Huciński, Konrad Czapeczka, Rafał Malinowski, Krzysztof Skarżyński, Michał Wlaźlik i Mateusz Maciejewski. Było tam naprawdę wiele osób, które budowały tę akademię w sposób holistyczny. Śmiało mogę powiedzieć, że pięć lat spędzonych w Stali również było dla mnie niezwykle ważnym okresem.
W sumie, kiedy tak o tym myślę, mam szczęście trafiać na dobrych ludzi, którzy potrafią inspirować i wnosić do mojego życia dużą wartość.
W 2024 roku przeszedł pan ze Stali Rzeszów do Stali Łańcut, ale po paru treningach… przyjął ofertę Wisły Puławy.
– To też ciekawy rozdział w moim życiu. Po pięciu latach w Stali Rzeszów nastąpiły duże zmiany. W tamtym czasie odchodziło wiele osób – dyrektor Mateusz Maciejewski, wielu trenerów i specjaliści, o których wcześniej wspominałem.
Z jednej strony był to jeden z powodów, dla których również chciałem odejść ze Stali, ale najważniejsze było coś innego. Postanowiłem, że chcę spróbować swoich sił w piłce seniorskiej. Czułem, że ciągnie mnie właśnie w tym kierunku. Wiedziałem, że muszę zmienić klub, żeby tego doświadczyć.
Rzeczywiście pojawił się epizod w Stali Łańcut. To też ciekawa historia, bo pracowałem tam zaledwie dwa lub trzy tygodnie, poprowadziłem zespół w dwóch meczach kontrolnych i wtedy pojawiła się oferta z drugoligowej Wisły Puławy. Muszę zaznaczyć, że jestem bardzo wdzięczny prezesowi Krzysztofowi Mączce, który przychylnie na to spojrzał i dał mi zielone światło, żebym mógł zmienić klub. Pół żartem mogę powiedzieć, że jego pierwsza reakcja nie była zbyt miła, ale ostatecznie zrozumiał moją perspektywę i to, że jest to dla mnie ogromna szansa. Do dziś mamy bardzo dobry kontakt i jestem mu wdzięczny za to, że podszedł do tej sprawy z dużym zrozumieniem.
Cieszę się też, że Stal Łańcut dobrze sobie radzi. Śledzę ich poczynania. W poprzednim sezonie walczyli praktycznie do końca o awans. Niewiele zabrakło, żeby dostali się do baraży, ale myślę, że w tym sezonie mogą powalczyć o coś więcej.
Wspomniał pan, że obecnie to trzeci sezon na szczeblu centralnym, ale w pierwszym doświadczył pan prawie wszystkiego. Były to trudne miesiące – niewykluczone, że najgorsze w tym zawodzie już za panem.
– To na pewno nie były proste chwile z wielu powodów. Tak naprawdę nasza codzienność polegała na zarządzaniu kryzysem, ponieważ standardy funkcjonowania klubu były bardzo niskie. Począwszy od dostępności fizjoterapeuty, którego w pierwszej rundzie praktycznie nie było, a w drugiej pojawiał się może dwa razy w tygodniu, czy trenera motorycznego, który był dwa razy w tygodniu dopiero od 2. rundy. Do tego dochodziły ograniczone narzędzia, z których mogliśmy korzystać, oraz sporo kwestii organizacyjnych, które po prostu były zaniedbane. Nie chcę wchodzić w szczegóły.
Na końcu były jeszcze kwestie finansowe. Myślę, że nie jest tajemnicą, iż przez długie miesiące po prostu nie otrzymywaliśmy wynagrodzeń. Czas ciągłego zarządzania kryzysem był jednak dla mnie bardzo pouczający i okazał się świetnym doświadczeniem. Dziś jestem bardzo wdzięczny, że mogłem przez to przejść, bo praca w takich warunkach pozwoliła mi nabrać zupełnie innej perspektywy na wiele spraw.
Bardzo mocno nauczyłem się zarządzać zespołem w sytuacjach kryzysowych. Dzisiaj pewne rzeczy są dla mnie łatwiejsze do zaplanowania i przeprowadzenia. Czasami potrafię też przewidzieć pewne sytuacje i zareagować, zanim się wydarzą. To był dla mnie bardzo ważny, ale jednocześnie bardzo trudny rok.
Trochę powiedziałem o tych złych rzeczach, natomiast jedyną emocją, jaką dziś czuję, jest wdzięczność, że mogłem tego wszystkiego doświadczyć. Bardzo się cieszę, że miałem możliwość przeżyć taki sezon.
Czy po minionym sezonie, zakończonym awansem z Wartą do 1. Ligi, pojawiło się więcej konkretnych propozycji z innych klubów?
– Myślę, że większość klubów wie, że mam ważny kontrakt z Wartą jeszcze przez dwa lata. Jestem tutaj szczęśliwy, skupiam się na pracy w Poznaniu i mamy przed sobą dużo rzeczy do zrobienia oraz bardzo ciekawy sezon. To się dla mnie liczy i to jest dla mnie najważniejsze.