Kulisy sukcesu Unii Skierniewice – najniższy budżet, dwie ligi wyżej – StolicaSportu.pl

Mają najniższy budżet w 1. lidze, ale nie składają broni. "Chcemy oszukać przeznaczenie"

Unia Skierniewice
fot. Unia Skierniewice
Domyślna grafika
Maciej Ziółkowski
Obserwuj
4 sierpnia 2026 10:10
19 minut czytania

Dwa awanse w dwa lata, debiut na zapleczu Ekstraklasy i drużyna budowana bez wielkich pieniędzy. Unia nie chce rywalizować na rynku z najbogatszymi klubami, dlatego wybrała inną drogę. Adrian Janowicz, odpowiedzialny za rekrutację zawodników, opowiada Stolicy Sportu o kulisach skautingu, polityce transferowej i tym, dlaczego w Skierniewicach wierzą w piłkarzy, których inni pomijają.

Nie przegap kolejnych treści!

Dodaj nas do preferowanych źródeł Google

Dodaj w Google

Dlaczego Unia Skierniewice zrobiła dwa awanse i jest już na zapleczu Ekstraklasy? Co mogło do tego doprowadzić? Jaki był klucz do sukcesu?

– Trochę parafrazując znane powiedzenie, że ryba psuje się od głowy, tutaj wszystko, co dobrego wydarzyło się w klubie, również zaczęło się od głowy.

Unia to miejski klub sportowy i prezydent miasta jest naszym pierwszym kibicem. Nie tylko dlatego, że klub jest dofinansowany między innymi przez miasto, bo to oczywiście nieodzowny element funkcjonowania, ale przede wszystkim dlatego, że zna ten klub od podszewki. Przed laty był jego pracownikiem, był dyrektorem sportowym, zna każdego pracownika.

Zarząd klubu tworzą ludzie ze Skierniewic, którzy znają się od piaskownicy, wcześniej grali w Unii. Kibice również są mocno związani z klubem. Uważam, że lokalna tożsamość sprawiła, że klub był budowany na zdrowych, uczciwych i partnerskich relacjach.

Prezydent jest na tyle zaangażowany w sprawy klubu, że potrafi zadzwonić do mnie jako osoby odpowiedzialnej za rekrutację i zapytać, ile dany ofensywny zawodnik wygrał pojedynków jeden na jednego w trzeciej tercji boiska. To pokazuje, jak bardzo interesuje się tym, co robimy. Nie po to, żeby na coś wpływać, ale żeby wiedzieć, co dzieje się w klubie, jak pracujemy, co chcemy poprawić i z jakimi problemami się mierzymy. Zawsze jest gotowy pomóc, gdy tego potrzebujemy. Myślę, że jego obecność w klubie i pełne porozumienie z zarządem są jedną z naszych największych sił.

Jeżeli chodzi o kwestie sportowe i budowanie drużyny, to głową całego projektu jest Kamil Socha. Tu znowu wracamy do wspólnego mianownika, jakim jest lokalny patriotyzm. Prezydent, zarząd, trener – wszyscy są ze Skierniewic i szczerze kochają ten klub. Każdego dnia, kiedy jest się w środku tego środowiska, po prostu się to czuje.

Trener odnosi teraz ogromny sukces – dwa awanse z rzędu. Według długofalowej wizji zarządu i prezydenta miasta, Unia ma być stabilnym klubem pierwszoligowym. Pamiętając o tym, że mamy najniższy budżet na zapleczu Ekstraklasy, z dużą stratą do przedostatniego miejsca, nie składamy broni. W ostatnich latach działaliśmy sposobem – będziemy starali się dalej to robić i trochę oszukać przeznaczenie.

W minionym sezonie mieliśmy jeden z czterech najniższych budżetów w 2. Lidze i też pokazaliśmy, że pieniądze nie grają. Wiem, że to romantycznie brzmi i to wszystko jest do czasu, ale teraz udało nam się coś zrobić systematyczną pracą, mądrym zarządzaniem klubu, wiernością polityce transferowej, bardzo dobrą pracą sztabu, wizją trenera czy pomysłem na grę, który zawodnicy – mówiąc kolokwialnie – kupili. To wszystko wspólnie dobrze zafunkcjonowało.

Myślę, że gospodarność, rozsądne zarządzanie środkami oraz budowanie drużyny w oparciu o stabilność i uczciwą sportową rywalizację doprowadziły nas do miejsca, w którym dziś jesteśmy. Tak oceniam to jako człowiek będący wewnątrz klubu.

Dział skautingu nadal pozostaje jednoosobowy i działa wyłącznie pod pana pieczą, czy niebawem coś się zmieni?

– Dołączyłem do klubu dwa lata temu, kiedy Unia była jeszcze trzecioligowcem. Wtedy nie wiem, czy w jakimkolwiek innym klubie III ligi funkcjonował skauting. Zresztą do dziś wiem, że w wielu klubach na tym poziomie go nie ma. W skauting nie inwestuje się chętnie, bo nie przynosi efektów od razu. Na jego owoce często trzeba poczekać, a wielu właścicieli i działaczy oczekuje wyników albo transferów wychodzących za duże pieniądze tu i teraz.

Trener Kamil Socha w naszej pierwszej rozmowie był jednak na tyle otwarty, że chciał tego spróbować. Nie chciał, żeby klub był uzależniony wyłącznie od wpływów menedżerów i rekomendacji z tego środowiska. Zarząd również mocno dążył do tego, żebyśmy wszystkie decyzje podejmowali we własnym gronie. Bo to ludzie w klubie znają jego potrzeby najlepiej.

Tworzy pan jednoosobowy dział skautingu w Unii. Jak to dziś wygląda?

– Trener Kamil Socha dał mi szansę. Zarząd obdarzył mnie kredytem zaufania, co było dla mnie bardzo ważne. Podali mi rękę, choć piłka nożna to bardzo hermetyczne środowisko, do którego trudno się dostać bez poparcia. Ja jestem tego najlepszym przykładem. To moja pierwsza praca zawodowa w futbolu. Dzisiaj jestem z tego bardzo dumny.

Myślę, że wspólnie wypracowaliśmy politykę transferową klubu – określone zasady, jednakowe dla wszystkich, oraz sposób profilowania zawodników. Uważam, że to również dołożyło swoją cegiełkę do tego, co udało nam się osiągnąć. Oczywiście nie jest tak, że sama polityka transferowa doprowadziła nas do miejsca, w którym jesteśmy, bo na sukces składa się wiele różnych czynników, ale chciałbym wierzyć, że miała w tym swój udział.

Na dziś jestem jedyną osobą odpowiedzialną za rekrutację. Jeszcze do niedawna łączyłem te obowiązki z normalną pracą zawodową. Mieszkam w Białymstoku, pracuję hybrydowo i do końca marca byłem zatrudniony w Urzędzie Marszałkowskim Województwa Podlaskiego. Dopiero od 1 kwietnia zajmuję się wyłącznie piłką. Nie ukrywam, że to spełnienie mojego dziecięcego marzenia. Chciałbym zrobić dużo więcej niż udało się to do tej pory. Będę mógł pojechać do jakiejś małej miejscowości, do klubu z niższych lig i skupić się na obserwacjach na stadionie. To lubię najbardziej i to mnie inspiruje. Skauting w niższych ligach to coś, co ciągle nie jest dogłębnie zbadane.

Chcemy dalej budować Unię na zdrowych zasadach. Oczywiście mamy spore ograniczenia finansowe, dlatego nasze struktury na każdym szczeblu nie są rozbudowane. Jak wspomniałem, na dziś jestem jedyną osobą w dziale rekrutacji, ale zobaczymy, jak klub będzie się rozwijał. Mam nadzieję, że z czasem również w tym obszarze będziemy mogli działać jeszcze bardziej profesjonalnie. W życiu czasem trzeba się zatrzymać i docenić to, co się ma.

Wspomniał pan o zasadach i polityce transferowej. Na czym ona polega? Jakie są jej najważniejsze założenia?

– Kluczowe jest profilowanie zawodników pod konkretną pozycję. Bardzo dobrze wiem, jakiego piłkarza na danej pozycji poszukuje trener. Mamy określone cechy pożądane, które taki gracz powinien posiadać, i właśnie na tej podstawie dokonujemy selekcji. Jeżeli zawodnik spełnia dziewięć czy dziesięć z piętnastu najważniejszych kryteriów, trafia do naszej bazy i zaczynamy go uważnie obserwować.

Letnie okno transferowe przygotowujemy w taki sposób, że mamy po trzech kandydatów na każdą pozycję. Wszyscy są profilowani pod kątem umiejętności i przydatności do zespołu, ale równie ważna jest możliwość ich pozyskania. Jak już wspomniałem, jesteśmy klubem o skromnym budżecie, dlatego przede wszystkim interesują nas zawodnicy z kartą na ręku, czyli tacy, którym kończą się kontrakty. W przypadku młodszych piłkarzy w grę wchodzi jeszcze ekwiwalent za wyszkolenie.

Dużo zawodników pozyskujemy z niższych lig właśnie dzięki skautingowi i odpowiedniemu profilowaniu. Unia jest projektem dla młodych piłkarzy. Ma być dla nich trampoliną do dalszej kariery. Chcemy, żeby spędzali u nas maksymalnie dwa lata, a później przechodzili do klubów grających na wyższym poziomie. To również element naszej polityki transferowej.

Nie szukamy transferów czasowych, czyli wypożyczeń. Traktujemy je jako ostateczność. W tym oknie skorzystaliśmy z takiego rozwiązania dwa razy, ale tylko dlatego, że zostały spełnione wszystkie nasze kryteria. Musi to być zawodnik o odpowiedniej jakości, pasujący do naszego profilu, ze statusem młodzieżowca i najlepiej reprezentanta kraju.

Generalnie staramy się nie sięgać po zawodników powyżej 30. roku życia. Wynika to z tego, że nie dysponujemy dużym potencjałem finansowym, a taki transfer nie jest inwestycją w przyszłość. Na koniec dnia klub jest również firmą, która musi być dobrze zarządzana i najlepiej, jeśli potrafi sama na siebie zarabiać.

Tak w dużym skrócie wygląda nasza polityka transferowa, bez wchodzenia w szczegóły dotyczące profilowania poszczególnych pozycji.

Zdarza się, że próbujecie pozyskać piłkarzy z Ekstraklasy czy I ligi, czy od początku trzymacie się zasady, że stawiacie przede wszystkim na niższe ligi i ewentualnie rezerwy większych klubów?

– Niższe ligi są naszym głównym obszarem poszukiwań, ale Unia jest też klubem, do którego trafiają zawodnicy potrzebujący odbudowy. Mam na myśli piłkarzy, którzy mają problemy z grą w klubach występujących na naszym poziomie lub wyżej. Chcemy być miejscem, w którym będą mogli odbudować swoją pozycję i wrócić na właściwe tory. To bardzo ważny obszar naszej działalności.

Dobrym przykładem jest Krzysztof Toporkiewicz. Sprowadziliśmy go z drugoligowego wówczas KKS-u, kiedy sami awansowaliśmy do II ligi. Uważam, że w Kaliszu nie był odpowiednio sprofilowany, a u nas, w sezonie zakończonym awansem do I ligi, był jednym z kluczowych zawodników. To był piłkarz, o którym nikt nie pamiętał, ale miał wiele cech, których szukaliśmy, i u nas po prostu zafunkcjonował.

Podobnie było z Damianem Gąską. To zawodnik, którego nie trzeba szerzej przedstawiać. Grał w Warcie Poznań, która przeżywała wtedy trudny okres. Damian chciał być bliżej domu, bliżej Warszawy. Aspekt logistyczny również nam odpowiadał i to kolejny przykład piłkarza, który dobrze odnalazł się w naszym projekcie.

Myślę, że świetnym przykładem jest także Bartosz Bida, który był, mówiąc kolokwialnie, zakopany w trzecioligowych rezerwach Miedzi Legnica. Podobnie Jonathan Straus – doświadczony zawodnik, który chciał spędzić końcówkę kariery bliżej domu.

To również jest dla nas bardzo ważny rynek. Szukamy zawodników, którzy mają odpowiednią jakość, ale nie odnaleźli się w swoich klubach i potrzebują miejsca, w którym będą mogli lepiej wykorzystać swój potencjał. Takiego, w którym trener obdarzy ich większym zaufaniem i pozwoli im się rozwinąć. Dlatego nasze poszukiwania opierają się przede wszystkim na zdolnej młodzieży z niższych lig oraz piłkarzach wymagających odbudowy.

Chciałbym poruszyć temat Kuby Jendryki. To był bardzo ciekawy transfer. Trafił do was z Legii, gdzie w jej rezerwach praktycznie nie grał, ale u was się przebił, później przeszedł do Ruchu Chorzów, a niedawno do Rakowa Częstochowa. To chyba jeden z najlepszych przykładów skuteczności waszego modelu?

– Zdecydowanie. Przykład Kuby Jendryki bardzo nam dziś pomaga przy pozyskiwaniu młodych zawodników z dużych akademii. To również ważny element naszego skautingu.

W największych akademiach w Polsce często jest po trzech czy czterech bardzo dobrych piłkarzy na jednej pozycji. Siłą rzeczy nie każdy może regularnie grać i zbierać tyle minut, ile powinien. To właśnie tam szukamy takich piłkarzy.

Kuba jest świetnym przykładem. W rezerwach Legii grał niewiele, przyjechał do nas na okres testowy przed sezonem. Chciałbym podkreślić jedną rzecz. Mamy przygotowane listy po trzech zawodników na każdą pozycję, ale około 80 procent z nich przyjeżdża do nas na minimum tygodniowe testy podczas okresu przygotowawczego. Dopiero wtedy sprawdzamy, czy rzeczywiście pasują do naszej koncepcji i czy moja wcześniejsza obserwacja była trafna. Każdego z tych zawodników obserwujemy od sześciu do ośmiu miesięcy, zanim zaprosimy go do klubu.

Nie ma u nas sytuacji, że dzwoni agent i mówi: „Panowie, to dobry zawodnik, sprawdźcie go”, a my na tej podstawie podejmujemy decyzję. Tak to u nas nigdy nie funkcjonowało i nie będzie funkcjonować. Właśnie dlatego inwestujemy w skauting. Chcemy wszystko weryfikować samodzielnie, żeby proces był przejrzysty i żeby do klubu nie trafiali przypadkowi zawodnicy.

Każdy piłkarz, który do nas przyjeżdża, dostaje realną szansę na pozostanie w klubie. Kuba Jendryka był tego najlepszym przykładem. Podczas testów prezentował się bardzo dobrze i był jednym z najlepszych zawodników. Natomiast to, co wydarzyło się później, jest przede wszystkim jego ogromną zasługą.

Oczywiście sztab pracuje z zawodnikami na co dzień i pomaga im się rozwijać, ale to od samego piłkarza zależy, jak wykorzysta szansę. Zawsze powtarzam, że jeśli uczciwie pracujesz na treningach i dbasz o swoją dyspozycję, to ta szansa w końcu przyjdzie. Kluczowe jest jednak to, jak ją wykorzystasz. Kuba zrobił to znakomicie i dzięki temu mógł rozwijać się dalej. Wykorzystał szansę. Z każdym tygodniem i meczem wyglądał coraz lepiej. Rozegrał u nas kilkanaście spotkań, później trafił do Ruchu Chorzów i świetnie zafunkcjonował w wyższej lidze, a dziś – po transferze za 400 tys. euro – jest już zawodnikiem Rakowa Częstochowa, zadebiutował w europejskich pucharach. Mocno trzymamy za niego kciuki.

To bardzo dobra praktyka, którą możemy pokazywać innym młodym zawodnikom. Mówiąc w dużym uproszczeniu: bądź jak Jendryka. Mamy się czym pochwalić, ale chcemy, żeby takich przykładów było więcej. Osobiście uważam, że potrzebujemy więcej takich ruchów, żeby budować wiarygodność na rynku i żeby łatwiej było nam pozyskiwać kolejnych zawodników, szczególnie przy naszych dużych ograniczeniach finansowych.

Poruszyliśmy temat Jendryki i Legii, z której do was trafił. Czy macie w planach pozyskanie kolejnych zawodników właśnie z jej akademii lub rezerw?

– Takie rzeczy są tajemnicą i nie chciałbym wskazywać nazwisk. Tak jak mówiłem, obserwujemy duże akademie. Wiemy, że jest tam wielu zawodników na każdej pozycji i warto ich obserwować. Nie chodzi tylko o Legię. Obserwujemy również Widzew Łódź, ŁKS i inne duże akademie znajdujące się w okolicach Skierniewic. Wszystkie te miejsca są objęte naszym monitoringiem.

Nie chciałbym zdradzać nazwisk, bo ktoś będzie później czytał ten wywiad, a jeśli wymienię konkretnego zawodnika, to od razu będę miał konkurencję. W nawiązaniu do Legii warto też wspomnieć, że rok przed Kubą Jendryką pozyskaliśmy Oskara Melicha. To była bardzo podobna sytuacja. Z tym że Oskar nie grał nawet w III lidze. Kuba zbierał ogony w rezerwach, natomiast Melich, rocznik 2006, praktycznie w ogóle nie grał w Legii i również miał swoje problemy.

Sięgnęliśmy po obu tych zawodników i uważam, że były to dwa bardzo dobre ruchy. Oskar przedłużył z nami umowę, zadebiutował już w I lidze i mocno trzymamy za niego kciuki. Mam nadzieję, że będzie kolejnym zawodnikiem, który będzie mógł grać jeszcze wyżej.

To są dwa przykłady z Legii. Teraz będzie trochę trudniej, ponieważ stołeczne rezerwy grają na szczeblu centralnym. Bardzo cieszy mnie jednak to, że wielu młodych zawodników z roczników 2008, 2007 czy 2009 dostaje tam szanse. Uważam, że dla nich będzie to bardzo dobre doświadczenie. Z drugiej strony dla nas oznacza to, że trudniej będzie ich pozyskać. Ale oczywiście obserwujemy rynek i nie śpimy.

Czy z wcześniejszych okresów, nie licząc obecnego okna, był zawodnik, którego chcieliście ściągnąć z Legii, ale finalnie do was nie trafił?

– Myślę, że mogę powiedzieć o jednym nazwisku, bo i tak tego zawodnika już nie pozyskamy, ponieważ jest obecnie w innym klubie. Byliśmy swego czasu bardzo blisko sprowadzenia Wojciecha Banasika na pozycję bramkarza. Myślę, że naprawdę niewiele zabrakło. Finalnie zawodnik wycofał się z tego ruchu. Do dziś nie wiem dokładnie dlaczego, trochę tego nie rozumiałem, bo możliwe, że dziś bylibyśmy pewnie po dwóch awansach i w I lidze. Wojtek trafił ostatecznie do Polonii Bytom i myślę, że to również było dobre rozwiązanie dla niego. Pokazuje to też, że nie pomyliliśmy się w ocenie jego potencjału.

To był zawodnik, przy którym byliśmy bardzo blisko realizacji transferu z Legii, ale ostatecznie się nie udało. Inne nazwiska być może nadal są w grze, dlatego nie chciałbym o nich mówić. Ktoś przeczyta ten wywiad i później trudniej będzie mi pozyskać takiego zawodnika.

W najbliższym czasie, w perspektywie roku czy dwóch lat, chcecie poszerzać skauting? Może patrzeć szerzej – nie tylko na wolnych zawodników z niższych lig, ale też na piłkarzy z I ligi, Ekstraklasy albo akademii zagranicznych?

– Wydaje mi się, że będzie to trudne do zrealizowania. Jeżeli chodzi o rozbudowę działu skautingu, to nasza sytuacja finansowa jest ograniczona. Wiem, że trener chciałby przede wszystkim dodatkowego asystenta w sztabie szkoleniowym i myślę, że dla niego to jest większy priorytet niż kolejny skaut. W pełni to rozumiem i akceptuję.

Oczywiście życzę sobie, żeby klub się rozwijał i żebyśmy w przyszłości mogli zbudować większą siatkę skautów, ale na dziś nie jest to możliwe – w tym sezonie na pewno, a co będzie w kolejnym, trudno mi powiedzieć.

Jeżeli chodzi o zawodników z zagranicy czy piłkarzy z Ekstraklasy, to przede wszystkim nie są oni obecnie w naszym zasięgu finansowym. To jest największy problem. Przy naszych ograniczeniach sprowadzanie obcokrajowca często mija się z celem. Poza tym zgodnie z naszą polityką transferową taki zawodnik musiałby być sportowo dwa razy lepszy od naszego polskiego zawodnika. A jeżeli jest dwa razy lepszy, to chce zarabiać trzy razy więcej. I koło się zamyka.

Dlatego Unia jest projektem dla młodych polskich zawodników. Ma być dla nich trampoliną. Chodzi o to, żeby sprowadzać piłkarzy z niższych lig, często nieoczywistych, ale również zawodników z wyższych poziomów, którzy są znani, lecz mieli swoje problemy i potrzebują miejsca do odbudowy. Myślę, że właśnie ta wizja doprowadziła nas do miejsca, w którym dziś jesteśmy. Oczywiście musimy dalej poprawiać naszą sytuację finansową, ale kierunek pozostaje ten sam. Nie chcemy grzebać w polityce transferowej, która zafunkcjonowała i dzięki której udało się wspólnie zbudować ten projekt.

Na koniec jeszcze pytanie o obecne okno transferowe. Ono cały czas trwa, kilku zawodników pozyskaliście, z kilkoma się rozstaliście. Nie chcę pytać jeszcze o ostateczną ocenę, bo na to przyjdzie czas, ale na ile udało się zrealizować założenia i plan?

– Myślę, że większość ruchów do klubu zrealizowaliśmy zgodnie z planem. Dwóch czy trzech zawodników, których chcieliśmy pozyskać, finalnie do nas nie trafiło, ale to jest naturalna sytuacja. W każdym oknie transferowym tak się dzieje. Nie jesteśmy w stanie sprowadzić wszystkich graczy, których obserwujemy, tym bardziej przy naszych dużych ograniczeniach finansowych.

Jeżeli obserwujemy danego zawodnika przez wiele miesięcy i możemy zaproponować mu określoną kwotę, a później pojawia się inny klub, który oferuje mu trzy razy więcej, to nasze możliwości są bardzo ograniczone. Takie sytuacje mieliśmy trzykrotnie.

Uważam, że większość ruchów, które wykonaliśmy, jest zgodna z polityką, którą realizujemy. Są to transfery dla wielu osób nieoczywiste, często zawodnicy z niższych lig albo piłkarze wymagający odbudowy. Przykładem może być Bartek Eizenchart, który ma ponad 100 meczów w I lidze, czy Jakub Bieroński, który rozegrał ponad 130 spotkań na tym poziomie. Ten element pozyskiwania zawodników do odbudowy nadal został zachowany.

Myślę, że praktycznie zamykamy już to okno transferowe. Nie planujemy żadnych odejść z klubu. To było dla nas bardzo ważne przed rozpoczęciem okna, żeby utrzymać wszystkich zawodników, którzy wywalczyli z nami dwa awanse z rzędu. Chcieliśmy dalej bazować na stabilizacji i to udało się zrobić. Wszyscy kluczowi gracze zostali.

Jeżeli chodzi o ruchy do klubu, to ewentualnie może dołączyć jeszcze zawodnik na pozycję centralnego stopera do gry w trójce obrońców, ale też nie za wszelką cenę. Jeżeli taki ruch się nie wydarzy, również będzie to do zaakceptowania. To jedyna pozycja, na której widzimy jeszcze przestrzeń do ewentualnej zmiany.

Dopytam jeszcze o tych dwóch, trzech zawodników, których chcieliście pozyskać, ale ostatecznie się nie udało. Może pan zdradzić, o kogo chodzi?

– O jednym zawodniku nie chciałbym mówić, ponieważ wybrał ligę niżej i być może za rok ten temat będzie jeszcze otwarty. Drugi również wybrał niższą ligę, ale za zdecydowanie lepsze pieniądze. To są ich wybory. Ktoś może powiedzieć, że to mniej ambitna decyzja, ale nie mnie to oceniać. Każdy wybiera to, co uważa za najlepsze dla siebie.

Myślę, że mogę powiedzieć o Krystianie Wachowiaku, który w poprzednim sezonie występował w Stali Rzeszów. Mocno pracowaliśmy nad tym transferem i wydaje mi się, że byliśmy bardzo blisko jego realizacji. Dosłownie w ostatniej chwili pojawiła się jednak konkretna oferta z Ruchu Chorzów i w takiej sytuacji byliśmy bezsilni. Byliśmy już po kilku rozmowach, zawodnik rozmawiał ze mną i z trenerem, mieliśmy przygotowaną ofertę. Wydawało mi się nawet, że temat jest zrealizowany w około 80 procentach. Natomiast przy takiej propozycji z innego klubu trudno było coś zrobić.

Jeżeli chodzi o pozostałe dwa nazwiska, uważam, że te tematy mogą jeszcze wrócić po zakończeniu sezonu, dlatego na razie wolałbym o nich publicznie nie mówić.

Źródło: Stolica Sportu

Wybrane dla Ciebie