LeBron James przed transferem – trzy kluby na celowniku legendy NBA
Kibice NBA śledzą każdy krok LeBrona Jamesa, który po odejściu z Los Angeles Lakers stoi przed wyborem nowego klubu. Choć przez lata wydawało się, że zakończy karierę w Kalifornii, dziś na stole ma trzy opcje – powrót do rodzinnego Cleveland Cavaliers, drugą przygodę z Miami Heat lub prawdziwą sensację z Golden State Warriors. Każda decyzja przyniesie symbolikę i emocje, a nadchodzący sezon może być dla LeBrona pożegnaniem z wielką koszykówką.
LeBron James jeszcze nie zamierza schodzić ze sceny, ale jego czas w Los Angeles Lakers dobiega końca. Jeden z największych koszykarzy w historii NBA staje dziś przed wyborem być może ostatniego klubu w karierze, a każdy ze wskazanych kierunków to potencjalny scenariusz na film.
Podobno dla LeBrona kluczowa jest teraz „radość z gry” i szansa na walkę o najwyższe cele, a nie same pieniądze. 42-latek nie chce już dźwigać na barkach wszystkich obowiązków lidera, za to wciąż potrafi dorzucić drużynie konkretne punkty w decydujących momentach.
Powrót do Cleveland Cavaliers?
Najwięcej mówi się o powrocie do Cleveland Cavaliers. To byłoby nie tylko piękne domknięcie klamry, lecz także szansa na jeszcze jedną walkę o tytuł z klubem, któremu LeBron w 2016 roku dał pierwsze mistrzostwo. Skład Cavaliers na papierze prezentuje się silnie – Donovan Mitchell, James Harden, Jarrett Allen czy Evan Mobley mogą stworzyć z LeBronem mieszankę doświadczenia i talentu. Legendarny skrzydłowy nie musiałby już być główną opcją, a jego koszykarska mądrość pozwoliłaby Cavs wejść na jeszcze wyższy poziom.
– To byłoby zamknięcie wielkiej koszykarskiej historii, powrót do miejsca, gdzie wszystko się zaczęło – słyszymy często od amerykańskich komentatorów.
Miami Heat znów kuszą
Drugą opcją jest Miami Heat. Słońce Florydy, dwa wspólne mistrzostwa i niezapomniane finały to argumenty, które przemawiają za tym kierunkiem. Pat Riley, mający już 81 lat, nie chce czekać kolejnych sezonów i według doniesień ponownie zaprosił LeBrona na taniec po tytuł. Do tego ewentualne wzmocnienia – już mówi się o transferze Giannisa, a do ekipy ma dołączyć strzelec Tim Hardaway Jr.. Co prawda, Heat brakuje jeszcze klasycznego rozgrywającego, a tercet Adebayo–Giannis–LeBron wygląda ciekawie, lecz również rodzi pewne pytania taktyczne. Największym atutem dla LeBrona jest jednak znajomość klubu i zaufanie do profesora ławki Erika Spoelstry.
Golden State Warriors – sensacja na horyzoncie?
Najbardziej medialna byłaby jednak przeprowadzka do Golden State Warriors. Wyobrażacie sobie LeBrona w jednej drużynie ze Stephem Currym? To zestawienie mogłoby zdominować newsy przez całą rundę zasadniczą. Według plotek, Draymond Green zrezygnował z opcji zawodnika właśnie po to, by dać Warriors szansę podpisania kontraktów z LeBronem i Greenem, a następnie spróbować wymiany po Anthony’ego Davisa z Washington Wizards w zamian za kontuzjowanego Jimmy’ego Butlera. Taki manewr dałby Warriors skład pełen gwiazd, choć od razu pojawia się pytanie – czy na pewno zapewniłoby to upragnione mistrzostwo?
Sceptycy twierdzą, że te ruchy są przede wszystkim grą agentów o lepsze kontrakty, niż realnym planem LeBrona. Jednak sam scenariusz transferu Jamesa do Warriors rozbudza wyobraźnię i byłby bez wątpienia jednym z najbardziej spektakularnych ruchów tej dekady.
Brak czwartego wariantu
Przenosiny LeBrona do innego zespołu niż Cleveland, Miami czy Warriors byłyby sporym zaskoczeniem. Ani San Antonio Spurs, Oklahoma City Thunder, New York Knicks, ani Minnesota Timberwolves nie zapewnią mu odpowiedniego otoczenia, miejsca w hierarchii czy wyzwań, które jeszcze motywowałyby go na tym etapie kariery. Każdy z tych zespołów ma własnych liderów i młode gwiazdy niechętne oddaniu blasku największej legendzie obecnej NBA.
LeBron James ma więc wybór: powrót do korzeni w Cleveland, powtórka z rozrywki w Miami lub spektakularny epilog z Warriors. Ostateczną decyzję trzyma na razie dla siebie i choć fani liczą na szybkie deklaracje, możliwe, że trzeba będzie uzbroić się w cierpliwość – informację możemy poznać za kilka dni, a może i tygodni...