Miał oferty z 1. Ligi, ale wybrał Azję. Polak o kulisach transferu życia
Adrian Purzycki zamienił Polskę na Indonezję (PSIM Yogyakarta). Były zawodnik m.in. Odry Opole i Miedzi Legnica zdecydował się na pierwszy zagraniczny kierunek w karierze, zabierając ze sobą żonę i syna. W rozmowie ze Stolicą Sportu zdradza, dlaczego odrzucił inne opcje, jak wyglądały kulisy transferu oraz czego oczekuje.
– Mam za sobą udany sezon, dobre liczby. To przełożyło się na dość duże zainteresowanie z różnych ciekawych kierunków. Było kilka tematów z Azji, aczkolwiek indonezyjska propozycja od razu przypadła nam do gustu pod każdym względem.
Był realny temat z Tajlandii, lecz miejsce do życia nie było aż tak atrakcyjnym czynnikiem. Była to po prostu mniejsza miejscowość i wyjeżdżając tak daleko, trochę baliśmy się zamknięcia od ludzi.
Indonezja? Dowiedzieliśmy się o tym pod koniec maja czy na początku czerwca i od razu się zdecydowaliśmy. Dość długo trzeba było czekać, bo tutaj okres przygotowawczy zaczął się dopiero 20 lipca, ale było to grane od dłuższego czasu.
Były jeszcze inne propozycje?
– Przewijały się kraje Bliskiego Wschodu, szczególnie Irak, ale klimat – w Indonezji jest teraz 30 stopni, a tam 46 – sprawia, że chyba nie dałbym rady. Poza tym, niepewna sytuacja polityczna nie pozwalałaby mi tam pojechać z żoną i z synem.
A czy z Polski były jakieś opcje?
– Pojawiały się, ale decyzja była już podjęta. Pod względem możliwość i przyszłości, Indonezja wydawała się najlepszym krokiem.
Mógłby pan zdradzić, jakie kluby z Polski o pana pytały?
– Nie chciałbym, z szacunku do klubów. Nie było żadnej propozycji z Ekstraklasy. Pojawiały się oferty z pierwszej ligi.
Były takie momenty, że nawet nie podejmowałem tematu. Czasem coś mnie zainteresowało, ale też nie chciałbym zdradzać, dlatego że finalnie nie doszło do żadnych konkretnych rozmów. Z tego względu, że decyzja była już podjęta bardzo długo i mimo że kontrakt podpisałem parę dni temu, to byłem dogadany i obraliśmy ten kierunek.
Przeprowadzka do Indonezji została już sfinalizowana? Czy jeszcze na walizkach?
– To były najbardziej szalone dwa tygodnie. Próbowaliśmy znaleźć bilety wraz z klubem, które będą nam pasowały, bo przylecieliśmy od razu z żoną i z synem. Taka podróż to było nie lada wyzwanie. Najpierw lecieliśmy z Warszawy do Pekinu, gdzie spaliśmy, potem lot z Pekinu do Dżakarty, tam mieliśmy nocleg, i później lot z Dżakarty do Yogyakarty. W zasadzie 14, 15 i 16 lipca mieliśmy wyciągnięte z życia, 17 i 18 dochodziliśmy do siebie, ale musieliśmy to zrobić w zasadzie za jednym razem.
Nie chciałem tego rozkładać, wolałem wszystko zrobić od razu niż powiedzmy we wrześniu przylatywać do Polski i jechać z rodziną albo zostawiać żonę z synem, żeby się martwili. Zdaję sobie sprawę, że to bardzo ciężka podróż z takim aktywnym, rocznym dzieckiem. Staraliśmy się to jak najbardziej rozdzielić, żeby synek mógł pospać pomiędzy tymi podróżami.
Była opcja przez Dubaj czy Dohę, ale półtorej godziny przesiadki, potem dalszy lot… My byśmy nie wytrzymali, on by nie wytrzymał. Dlatego lepiej było to tak rozdzielić. Przeprowadziliśmy się. Na razie mieszkamy w tymczasowym apartamencie. Znaleźliśmy już dom, więc mam nadzieję, że uda się jak najszybciej wprowadzić i zacząć sobie wszystko układać po swojemu.
Jak wyglądają początki w Indonezji?
– Jest różnica kulturowa. Ludzie są bardziej zrelaksowani. Jest też trochę chaosu na ulicach, do którego można się przyzwyczaić. Na pewno są bardzo fajne miejsca, zwłaszcza w Yogyakarcie. Na tę chwilę to tyle.
Byłem pochłonięty treningami, sprawami formalnymi. Dopiero się oswajamy, ale jest duża szansa, że będzie nam się podobało. Na pewno jest kwestia aklimatyzacji i przyzwyczajenia do pewnych rzeczy, i oswojenia się czasowo z tym wszystkim.
Były już pierwsze dyskusje z trenerem klubu, van Gastelem?
– Tak, poznałem trenera w zasadzie od razu, pierwszego dnia przy testach medycznych. Był i jest bardzo wyrozumiały na dużą zmianę kulturową i sportową, bo sam wprowadzał wielu piłkarzy z Europy w ten rejon. Na pewno jest to coś, co pomaga zagranicznemu zawodnikowi. Nie da się ukryć, że to dość intensywna zmiana, ale z pomocą szkoleniowca, ludzi w klubie i zawodników, jest to łatwiejsze do zrobienia i zajmie o wiele mniej czasu niż w odludnionych warunkach.
Van Gastel to Holender, a pan grał w Fortunie Sittard. Rozmawialiście o tym?
– Jeszcze nie, bo będąc szczerym, pierwszy tydzień był wymagający, pojawiło się sporo rzeczy na głowie. Na pewno będą poruszane tematy sportowe, taktyczne itd. Widzę, że jest duża wyrozumiałość. Jeśli jak najszybciej wszystko ogarnę i przejdziemy do trybu dziennego, to będzie to dla mnie najlepsza korzyść.
Mieszkając jeszcze nie w swoim domu docelowym, siłą rzeczy nie da się w stu procentach myśleć o treningach, o piłce i tak dalej. Ja też chcę jak najszybciej to wszystko sobie uporządkować, żeby móc przejść do porządku dziennego. Ale oczywiście nie jest to wymówka ani nie zwalnia mnie z żadnego obowiązku. Muszę to wszystko pogodzić jak najszybciej, żeby było z jak największą korzyścią dla mnie i dla klubu. Idę tokiem ekspresowym, ale myślę, że wszystko się poukłada.
Są jakieś marzenia związane z pierwszym sezonem w Indonezji?
– Póki co, nie. Myślę, że do końca okresu przygotowawczego będę w stanie postawić sobie cele, jak już troszkę więcej zobaczę, jak już trochę więcej posmakuję.
Na pewno chciałbym, żeby to był udany sezon i dla mnie, i dla klubu. To jest przede wszystkim najważniejsze. Myślę, że jestem w stanie dużo wnieść, ale trzeba mieć też chłodną głowę. Jest trochę różnic, do których trzeba się przyzwyczaić, lecz to nie jest nie do zrobienia. To już leży po mojej stronie, żeby tego dopilnować.
Na ile kontrakt został podpisany?
– Na rok.
I rok chciałby pan tu spędzić, czy może trochę dłużej?
– Oczywiście chciałbym spędzić tu dłużej niż rok, ale to dwustronna współpraca. Obie strony muszą być zadowolone. Myślę, że i ja, i klub zrobimy wszystko, żeby tak było. Piłka jest nieprzewidywalna, aczkolwiek warto, żeby obie strony dały z siebie 100 procent i może wyjść z tego coś fajnego.
Czy tym transferem chciałby pan zapoczątkować karierę w stylu Łukasza Gikiewicza? Czyli pozwiedzać sporo krajów, fajnie pograć w piłkę i zarobić?
– Nie mogę powiedzieć, że obrałem sobie ścieżkę kogoś. Myślę, że każdy pracuje na własne nazwisko i ma pomysł na swoją karierę, na swoje granie.
Wydawał się to najbardziej racjonalny, ciekawy i przyszłościowy wybór dla mnie, dla rodziny. Tyle konstruktywnego mogę powiedzieć, bo też w jakimś sensie jest to na pewno niewiadoma.
Trudno powiedzieć coś więcej, dopóki się nie wejdzie w to środowisko. Obecnie jestem w trakcie wchodzenia w nie i niczego nie żałuję. Na pewno jestem ciekaw i w zasadzie już się nie mogę doczekać tego, co przede mną, ale też chciałbym troszkę uspokoić swoje życie rodzinne przez ostatni tydzień, dwa, bo naprawdę było intensywnie. Jeśli uda się połączyć te wszystkie rzeczy, to będę miał spokój w głowie i będzie można się skupić typowo na sprawach sportowych.
Czy była propozycja ze strony Odry, żeby został pan w Opolu?
– To dość obszerny temat, do którego troszkę szkoda wracać, dlatego że myślę, iż duży sentyment pozostanie w Opolu.
Już w październiku otrzymałem pierwsze nieoficjalne informacje, że klub chciałby przedłużyć ze mną kontrakt. W grudniu usłyszałem to oficjalnie, a później był splot bardzo dziwnych wydarzeń, których nie jestem w stanie wytłumaczyć. Trudno mi się odnieść do tego bardziej konkretnie, bo pojawiło się dużo nieścisłości.
Na pewno bardzo pozytywnie podchodzę do tego okresu. Uważam, że to była jak najbardziej udana współpraca między zawodnikiem a klubem. Zresztą był to mój indywidualnie najlepszy sezon w karierze. Uważam, że można było więcej osiągnąć z minionego sezonu, ale to jest sport, są też inne drużyny i przespaliśmy okres, w którym mogliśmy lepiej punktować.