Liverpool przejmuje młodą gwiazdę z Brazylii. Real Madryt na bocznym torze
Zakończył się transferowy wyścig, który wzbudził emocje na kilku kontynentach. Liverpool sięgnął po Gabriela Meca, okrzykniętego 'nowym Viniciusem', zostawiając Real Madryt z niczym. Jeszcze do niedawna to działacze Królewskich słynęli z wyłapywania brazylijskich perełek, a tymczasem teraz muszą pogodzić się ze stratą kolejnego młodego asa. Coraz trudniej konkurować z potęgą finansową ligi angielskiej.
Transferowe plotki w ostatnich tygodniach rozgrzewały kibiców na całym świecie, ale nikt nie spodziewał się, że Liverpool uprzedzi Real Madryt w wyścigu po Gabriela Meca. 17-letni napastnik Gremio, porównywany do Viniciusa Juniora, trafi na Anfield w ramach transferu wartego aż 15 milionów euro, co potwierdził brazylijski dziennikarz Fabio Vargas.
Real już wcześniej słynął z wyławiania południowoamerykańskich diamentów – na Santiago Bernabeu pojawiali się przecież tacy zawodnicy jak Vinicius Junior, Rodrygo czy Endrick. Te ruchy to zasługa Juniego Calafata, który znany jest z tego, że potrafi wyszukać największe talenty na rynku. Tym razem jednak przewagę zdobył Liverpool, a madrycki klub musi pogodzić się z głośną porażką na tej półce wiekowej.
Brazylijska gorączka i bezsilność Królewskich
Gabriel Mec nie gra jak klasyczny skrzydłowy, ale potrafi rozrywać defensywy przeciwników swoją szybkością i dynamiką. Mimo młodego wieku już okrzyknięto go nowym Viniciusem, a media w Brazylii są przekonane, że ma potencjał na wielką europejską karierę. Zresztą, Real ponoć śledził go uważnie od miesięcy, lecz nie doczekał się sukcesu.
To kolejne bolesne niepowodzenie Realu Madryt na rynku brazylijskim w ostatnim czasie. Klub już wcześniej przegrał walkę o Estevao i Vitora Reisa, a ceny młodych piłkarzy z Brazylii pną się coraz wyżej. Przede wszystkim gigantyczny budżet ekip z Premier League, takich jak Liverpool, sprawia, że nawet najwięksi europejscy gracze mają dziś zadyszkę. Do tego coraz wyższe oczekiwania młodych piłkarzy i ich agentów powodują, że negocjacje są coraz trudniejsze. O ile kiedyś takie transfery były znakiem rozpoznawczym Królewskich, dziś Anglicy nie mają sobie równych w tej grze.