Juventus i AC Milan czyhają na Fernandesa. Manchester szykuje ruch wyprzedzający
Kapitan Manchesteru United, który jako nastolatek wyjechał do Włoch z 50 euro w kieszeni, może wrócić na Półwysep Apeniński w zupełnie innych okolicznościach. Włoskie kluby obserwują sytuację kontraktową Portugalczyka, a saudyjskie drużyny już od dawna trzymają rękę na pulsie.
Manchester United zamierza aktywować opcję rocznego przedłużenia kontraktu Bruno Fernandesa, żeby uniemożliwić rywalom nawiązanie z nim rozmów już w styczniu. To reakcja na rosnące zainteresowanie ze strony Juventusu, AC Milanu i klubów z Saudi Pro League.
Negocjacje w sprawie nowej, długoterminowej umowy między klubem a 31-letnim Portugalczykiem utknęły. Według informacji The Peoples Person, INEOS jest gotowe rozbić dotychczasową strukturę płac drużyny, żeby zatrzymać swojego kapitana. Obecna umowa wygasa latem 2026 roku, co sprawia, że najbliższe tygodnie będą kluczowe.
Otoczenie Fernandesa miało już latem badać alternatywy. Juventus i AC Milan znalazły się wśród klubów, z którymi nawiązano kontakt. Dla obu włoskich gigantów poważną barierą są jednak oczekiwania płacowe pomocnika. Kluby z Arabii Saudyjskiej dysponują znacznie większymi możliwościami finansowymi i mogłyby podjąć rywalizację, gdyby Fernandes faktycznie zdecydował się opuścić Old Trafford.
Trudno sobie wyobrazić, by współwłaściciele United pozwolili mu odejść za darmo. W poprzednim sezonie Fernandes pobił rekord Premier League w liczbie asyst, a w obecnych rozgrywkach zdążył już zdobyć cztery bramki, w tym hat-tricka.
Ewentualny powrót do Włoch miałby dla Fernandesa symboliczny wymiar. To właśnie tam stawiał pierwsze kroki w seniorskiej piłce. W wieku niespełna 18 lat przeniósł się z Boavisty do Novary, nie znając praktycznie włoskiego. Jego trener Attilio Tesser zabronił wówczas kolegom z drużyny porozumiewać się z nim po angielsku, żeby zmusić młodego Portugalczyka do nauki języka. Mimo to Fernandes szybko przebił się do pierwszego składu i już w debiutanckim sezonie rozegrał 23 mecze, trafiając czterokrotnie do siatki.
Okoliczności jego wyjazdu z Portugalii były dalekie od komfortowych. Mama dała mu na drogę 50 euro, rodzina nie była zamożna, a Bruno często musiał korzystać z podwózek, bo jego rodzice nie mieli nawet prawa jazdy. Wcześniej, gdy ojciec stracił pracę podczas kryzysu gospodarczego i wyjechał do Szwajcarii, nastoletni Bruno odmówił przeprowadzki. Powód? Nie chciał opuszczać Boavisty. Miał powiedzieć rodzicom: „W Szwajcarii nie wiedzą, jak grać w piłkę”. Przez około pięć lat dorastał bez ojca.
Przywiązanie do Boavisty miało korzenie rodzinne. Kuzyn Fernandesa, Vítor Borges, przeszedł przez akademię klubu i zadebiutował w pierwszym zespole. Sam Bruno jako dzieciak najpierw podawał piłki na meczach, a potem stawał za bramką i dopingował z kibicami. W rozmowie z FourFourTwo żartował, że można go było wtedy nazwać „mini ultrasem”.
Co ciekawe, do 15. roku życia grał jako środkowy obrońca. Dopiero przesunięcie na wyższą pozycję otworzyło mu drogę do roli ofensywnego pomocnika, w której stał się jednym z najskuteczniejszych rozgrywających w Europie. Jego piłkarskimi wzorami nie byli wielcy gracze, lecz ojciec i starszy brat, bo obaj również kopali piłkę. Z czasem szczególne miejsce w jego sercu zajął Ronaldinho. „To była moja pierwsza miłość w futbolu” – mówił Fernandes w rozmowie z BBC, zachwycając się tym, jak Brazylijczyk łączył radość z gry z bezwzględną skutecznością.
Manchester United nie był dla Bruno przypadkowym przystankiem. Jako chłopak oglądał Premier League i śledził losy klubu z Old Trafford, a jego zainteresowanie dodatkowo podsycała obecność Cristiano Ronaldo. Numer 8 na koszulce też nie jest przypadkowy. Fernandes wybrał go jako hołd dla ojca José, który również grał z „ósemką”.
Teraz ten sam ojciec regularnie dzwoni do syna po meczach i nie oszczędza krytyki, gdy Bruno zagra poniżej oczekiwań. Sam Fernandes przyznaje, że fatalnie znosi porażki. Po przegranym spotkaniu potrafi mieć zły humor przez cały następny dzień. Ta cecha, widoczna od dzieciństwa, napędza go do dziś. I być może właśnie dlatego tak trudno będzie znaleźć satysfakcjonujące rozwiązanie kontraktowe, które spełni ambicje zarówno zawodnika, jak i klubu.