Sayyadmanesh nie ma wątpliwości. „Lech to najlepszy klub w mojej karierze”
Irański skrzydłowy Lecha Poznań opowiedział o pudłowanym karnym przeciwko AGF, rywalizacji z Luisem Palmą i Leo Bengtssonem, a także o meczu, na który czeka najbardziej w Lidze Europy. Nie zabrakło wątku anime i filozofii yin-yang.
Allahyar Sayyadmanesh trafił do Lecha Poznań latem 2026 roku jako wolny zawodnik po dwóch i pół sezonie spędzonym w belgijskim Westerlo. Na początku miał problemy z przygotowaniem fizycznym, bo z powodu formalności wizowych dołączył do drużyny dopiero pod koniec tureckiego obozu przygotowawczego. Mimo to szybko stał się jedną z kluczowych postaci ofensywy Kolejorza. W rozmowie z poznańskimi dziennikarzami 25-letni Irańczyk nie ukrywał satysfakcji.
„W tej chwili tak. Naprawdę fajnie jest tu być, bo w ostatnich kilku latach Lech Poznań był na szczycie, zawsze walczył o mistrzostwo i grał w europejskich pucharach” — powiedział Sayyadmanesh, zapytany, czy Lech jest najlepszym klubem w jego karierze. A ta kariera jest już całkiem bogata. Urodzony w Amolu na północy Iranu, w regionie znanym bardziej z tradycji zapasniczych niż piłkarskich, w wieku 17 lat wyjechał z kraju do Fenerbahçe. Potem były wypożyczenia do İstanbulsporu i Zorii Ługańsk, transfer do Hull City i w końcu Westerlo, gdzie w ostatnich rozgrywkach przed przeprowadzką do Poznania zdobył siedem bramek i pięć asyst w 30 ligowych spotkaniach.
W Lechu wszedł w rytm błyskawicznie. W pierwszych siedmiu występach strzelił trzy gole i dołożył asystę. Jednym z sekretów tak szybkiej adaptacji jest jego uniwersalność. „W niektórych meczach gram na trzech różnych pozycjach w trakcie jednego spotkania” — przyznał. Prawe skrzydło, lewe skrzydło, środek ataku, pozycja numer 10. Żadna z nich nie stanowi dla niego problemu.
Nie wszystko jednak przebiegało gładko. W meczu z AGF Sayyadmanesh nie wykorzystał rzutu karnego i jak sam przyznał, był to pierwszy pudłowany jedenastkowy strzał w jego karierze po ośmiu kolejnych trafieniach. „To był dla mnie naprawdę ciężki moment” — powiedział wprost. Jednak już w kolejnym spotkaniu z Wieczystą Kraków odpowiedział świetnym występem. Irańczyk tłumaczył, że kluczowa była szczerość wobec samego siebie i wsparcie bliskich.
Duży fragment rozmowy poświęcony został rywalizacji w ataku Lecha. Sayyadmanesh walczy o miejsce w składzie z Luisem Palmą, Leo Bengtssonem i Patrikiem Wålemarkiem. Zamiast narzekać, irański skrzydłowy traktuje to jako paliwo. „Jeśli masz konkurencję, kogoś z tyłu, kto cię popycha, to sprawia, że idziesz o krok dalej i stajesz się lepszym graczem” — wyjaśnił.
Osobny wątek to przyjaźń z Alim Gholizadehem. Obaj znają się od około ośmiu–dziewięciu lat, razem grali jeszcze w Iranie. To właśnie Gholizadeh opowiedział Sayyadmaneshowi o atmosferze panującej wokół Lecha, co okazało się jednym z decydujących czynników przy wyborze klubu. Irańczyk nie krył, że cała drużyna czeka na powrót Gholizadeha do pełni zdrowia. „Mam nadzieję, że będziemy mieli trochę czasu, żeby zagrać razem, obok siebie” — rzucił z nadzieją.
Rozmowa zeszła również na temat Ligi Europy. Sayyadmanesh nie ukrywał ekscytacji przed nadchodzącymi meczami. Zapytany o rywala, na którego czeka najbardziej, nie wahał się ani chwili. „Nie mogę się doczekać meczu z Bayerem Leverkusen u siebie. To będzie nasz pierwszy europejski mecz u siebie” — odpowiedział. Wymienił też wyjazd do Benfiki i domowe starcie z Sunderlandem. Celem numer jeden jest awans z fazy ligowej, a dopiero potem Lech wyznaczy sobie kolejny.
Irańczyk poruszył też wątek, który dla wielu kibiców jest jego znakiem rozpoznawczym: celebracje bramkowe inspirowane anime. Sayyadmanesh od lat ogląda japońskie animacje, a jego ulubioną postacią jest Naruto. Każdą celebrację planuje przed meczem. „Łączę to z moimi ulubionymi postaciami. Po prostu świętuję osiągnięte cele” — wytłumaczył. Zdradził też, że w życiu kieruje się filozofią yin-yang. „Nawet na boisku, na którym strzelam gola — ja się cieszę, a przeciwnik jest smutny. Zawsze jest coś złego i coś dobrego” — dodał.
Sayyadmanesh podkreślił przy tym, jak wielką rolę odgrywa dla niego trener Niels Frederiksen. „Daje ci różne możliwości, a poza tym masz swobodę w ramach ustalonego planu. Dla zawodnika ofensywnego to najlepsze możliwe warunki” — ocenił Duńczyka.
Kontrakt Irańczyka z Lechem obowiązuje do czerwca 2029 roku. Biorąc pod uwagę tempo, w jakim zadomowił się w Poznaniu, trudno się dziwić, że sam zainteresowany czuje się tu jak u siebie.