Roman Jakuba o wojnie, śmierci ojca i marzeniach. Szczere wyznanie piłkarza Zagłębia
Ojciec Romana Jakuby bronił Ukrainy i zmarł na początku 2025 roku. Chrzestny zawodnika zaginął na froncie. Obrońca Zagłębia Lubin w poruszającej rozmowie ze Stolicą Sportu opowiedział o stracie, bezradności wobec wojny i konieczności wspierania najbliższych. Nie zabrakło też wątków piłkarskich czy marzeń.
Jak to się stało, że zacząłeś grać w piłkę? Czy ktoś w twojej rodzinie również uprawiał ten sport, czy zadecydowało coś innego?
– W mojej rodzinie nie było nikogo, kto grałby w piłkę. Mama chciała zapisać mnie raczej na tańce, ale kiedy wychodziłem z domu, widziałem boisko i wielu chłopaków. Od razu zwróciłem na to uwagę i pokochałem piłkę nożną. Szybko wiedziałem, że chcę zajmować się tylko tym sportem.
Tak bardzo kochałem piłkę, że przez pewien czas zaniedbywałem naukę. Rodzice dwa razy zabierali mnie z treningów. Za pierwszym razem przerwa trwała pół roku, a za drugim miesiąc. To była dla mnie nauczka. Zacząłem lepiej się uczyć, a jednocześnie dobrze grałem.
Rozumiem, że trafiłeś do szkółki piłkarskiej?
– Tak. Kiedy pokochałem piłkę, poprosiłem mamę, żeby zapisała mnie do jakiejś szkółki. Niedaleko domu był trener, który prowadził zajęcia, więc zacząłem u niego trenować. Później – jak wspomniałem – pogorszyłem się w nauce i rodzice zdecydowali, że muszę skupić się na szkole. Stwierdzili, że dopóki nie poprawię ocen, nie będę trenował.
Starałem się jak najszybciej odwrócić tę sytuację i udało mi się to zrobić. Wtedy rodzice ponownie zapisali mnie do trenera mieszkającego niedaleko naszego domu.
Tą szkółką była Sychiwśka Himnazija Lwów. Potem reprezentowałeś inne kluby z tego miasta, czyli Opir i FK. Jak to się stało, że później trafiłeś do Szachtara Donieck?
– Mój pierwszy trener współpracował z Opirem, a później ta współpraca była związana również z FK Lwów. Trenowałem tam i się rozwijałem. Mieliśmy bardzo dobrego szkoleniowca, który pracował z wieloma utalentowanymi chłopakami. Niektórzy z nich później trafili do Dynama Kijów czy Szachtara Donieck.
Pojechaliśmy na turniej do Winnicy. Dobrze się tam zaprezentowałem i zostałem zauważony przez Szachtar, który później mnie do siebie sprowadził.
W Szachtarze spotkałeś wielu zawodników, którzy później zrobili duże kariery. Z kim trenowałeś?
– Przez cztery lata mieszkałem w jednym pokoju z Anatolijem Trubinem, który obecnie gra w Benfice. Mieliśmy bardzo mocny rocznik 2001. W jednej drużynie byliśmy między innymi z Mychajłem Mudrykiem, obecnie będącym na wypożyczeniu z Chelsea do Tottenhamu, oraz Heorhijem Sudakowem, który również trafił do Benfiki. Był z nami także Danyło Sikan, grający teraz w Anderlechcie.
To były naprawdę mocne nazwiska. Mieliśmy bardzo dobrą ekipę i z perspektywy czasu widać, jak wielu zawodników z tamtej grupy rozwinęło się na wysokim poziomie.
Utrzymujesz kontakt z Trubinem, Mudrykiem i pozostałymi zawodnikami?
– Czasami składamy sobie życzenia urodzinowe czy odzywamy się przy innych okazjach. Nie mamy już jednak tak regularnego kontaktu. Dwa–trzy lata temu rozmawialiśmy częściej, ale wiadomo, jak to wygląda. Każdy ma swoje życie i obowiązki, więc na co dzień raczej do siebie nie piszemy.
Jeśli jednak chcę o coś zapytać albo potrzebuję pomocy, mogę się do nich odezwać. Normalnie odpowiadają i nie ma z tym żadnego problemu.
Spotkałeś w Szachtarze m.in. Bohdana Wjunnyka, który ostatnio dołączył do Legii.
– Tak, on jest rok młodszy ode mnie. Poznaliśmy się w drużynach młodzieżowych, na poziomie U-19 i U-21. Graliśmy razem przez parę lat – do momentu mojego odejścia z Szachtara.
Grałem też przeciwko Maksymowi Chłaniowi. Wtedy był w Karpatach Lwów, a potem w Zorii Ługańsk. Znamy się z boiska. Występowałem też w jednej drużynie m.in. z Iwanem Żelizką, ale to nie na Ukrainie. Pewnie później o to spytasz.
Tak. Jakbyśmy się zatrzymali przy Wjunnyku i Chłaniu, to co możesz o nich powiedzieć?
– Chłań był wyróżniającą się postacią w swojej drużynie. Było widać, że ma talent i duże możliwości rozwoju. To, co widzimy teraz, potwierdziło te obserwacje.
Wjunnyk również bardzo ciężko pracował. Zostawał po treningach, dodatkowo ćwiczył na siłowni i było widać, że dobrze wie, czego chce od życia i kariery piłkarskiej.
Mieliśmy też dobrego trenera, który zawsze powtarzał nam, że nie wiadomo, jak potoczą się nasze kariery, ale przede wszystkim musimy być normalnymi ludźmi. To jest najważniejsze. Tworzyliśmy fajną ekipę i z mojej perspektywy byli to w porządku ludzie.
Dlaczego ostatecznie odszedłeś z Szachtara? Uznałeś, że trudno będzie ci przebić się do pierwszej drużyny i chciałeś spróbować swoich sił w seniorskiej piłce w innym miejscu?
– Od dziecka marzyłem o tym, żeby zagrać w Unii Europejskiej, niezależnie od tego, w którym kraju.
Kończył mi się kontrakt z Szachtarem i nie porozumieliśmy się w sprawie warunków finansowych. W tamtym okresie trenowałem już z pierwszą drużyną. Zacząłem jednak odczuwać, że prawdopodobnie nie dostanę nawet szansy, żeby pokazać trenerom i całemu sztabowi, że potrafię grać na tym poziomie. Czekałem na taką możliwość, ale z czasem skończyła mi się cierpliwość. Uznałem, że muszę poszukać innej opcji. W ten sposób zakończyła się moja współpraca z Szachtarem i przeszedłem do innego zespołu.
Czy rozmawiałeś z władzami Szachtara o szansie w pierwszej drużynie? Sugerowano ci, że jeśli będziesz dobrze trenował, to np. za kilka miesięcy dostaniesz minuty?
– To była trudna sytuacja nie tylko dla mnie, ale też dla innych młodych zawodników. Dobrym przykładem jest Mychajło Mudryk. Przez około rok trenował z pierwszą drużyną, ale w ogóle nie dostawał szans na grę. Rozmawiałem z nim i z innymi chłopakami, którzy również trenowali z seniorami, a później odeszli z klubu. Dzięki temu wiedziałem, że podobna sytuacja może spotkać także mnie.
Szachtar to wielki klub, w którym liczy się przede wszystkim wynik. Bardziej stawiali na Brazylijczyków i innych zagranicznych zawodników. Klub nie chciał czekać na młodych piłkarzy ani dawać im szans, nawet jeśli prezentowali się dobrze i mieli duży potencjał. Dlatego uznałem, że muszę szukać innego rozwiązania.
Historia Mudryka jest zresztą ciekawa. Zanim zaczął regularnie grać w Szachtarze, w klubie zmieniło się kilku trenerów. Żaden z nich nie chciał stawiać ani na niego, ani na innych młodych zawodników. Dopiero gdy przyszedł Roberto De Zerbi, sytuacja się zmieniła. Zaufał Mudrykowi, porozmawiał z nim i powiedział, że widzi w nim duży talent oraz potencjał. Przekazał mu, że jeśli będzie ufał trenerowi i ciężko pracował, dostanie szansę. Tak właśnie się stało. Mudryk zaczął dobrze trenować, a szkoleniowiec dawał mu coraz więcej możliwości.
Później wybuchła wojna i wielu brazylijskich zawodników wyjechało z Ukrainy. Szachtar musiał szukać innych rozwiązań, dlatego pojawiła się przestrzeń dla młodych Ukraińców. Wydaje mi się, że gdyby nie wojna, sytuacja mogłaby nadal wyglądać podobnie.
Jeśli chodzi o rozmowy z władzami klubu, nikt nie powiedział mi konkretnie: „Poczekaj pół roku, miesiąc czy rok, a dostaniesz szansę”. Słyszałem raczej, że muszę trenować, pokazywać swoje umiejętności, a później zobaczymy, co będzie dalej. Nie dostałem żadnej konkretnej obietnicy.
Potem przeprowadziłeś się na Łotwę, do Valmiera FC. Jak to się stało?
– Ciekawy kierunek – chyba nikt by nie powiedział, że tam dołączę.
Jak tam trafiłem? Zacznę od tego: Szachtar to specyficzny klub. Jeśli nie zostajesz w drużynie, klub potrafi zrobić wiele, żebyś nie przeszedł do innego zespołu. Władze chciały, żebym pozostał w Szachtarze, ale wiedziałem, że jeśli to zrobię, mogę nadal nie grać albo mogę być wypożyczany. Byłem już w takim wieku, że musiałem podejmować poważne decyzje dotyczące swojej kariery.
Kiedy kończył mi się kontrakt, pojawił się problem z ekwiwalentem za wyszkolenie. Klub wyliczył tę kwotę na poziomie kilkukrotnie wyższym, niż można było się spodziewać. W praktyce mocno utrudniało to znalezienie nowego zespołu.
Pamiętam, że Raków interesował się mną, kiedy prawdopodobnie grał jeszcze w pierwszej lidze albo właśnie awansował do Ekstraklasy. Byliśmy wtedy na zgrupowaniu w Turcji, a ja występowałem jeszcze w drużynie U-21. Dyrektor Rakowa przyjechał na mój trening i chyba również na mecz, żeby mnie obserwować. Kiedy jednak pojawiły się pytania o możliwość transferu, okazało się, że kwota oczekiwana przez Szachtar jest ogromna. Raków nie był w stanie zapłacić tak dużych pieniędzy za młodego zawodnika, który nie miał jeszcze doświadczenia w seniorskiej piłce.
Zainteresowanie było też ze strony klubów z Niemiec i innych mocnych lig. Pamiętam również oficjalne zapytanie z Serbii, od Čukaričkiego. W tych przypadkach problem był podobny: Szachtar oczekiwał zbyt wysokiej kwoty.
Ostatecznie trafiłem na Łotwę. Zgłosił się prezes Valmiery, który miał dobre kontakty w ukraińskiej piłce, również w Szachtarze i Dynamie Kijów. Udało mu się porozumieć z klubem w sprawie nieco niższej kwoty. Później zadzwonił do mnie i powiedział, że jest mną bardzo mocno zainteresowany. Ważne było też to, że stawiał na młodych, perspektywicznych zawodników z różnych krajów. Klub chciał ich rozwijać, a następnie sprzedawać. To podejście również mnie zainteresowało, dlatego zdecydowałem się na ten transfer.
Jak wspominasz czas spędzony na Łotwie?
– Bardzo dobrze. Byłem zaskoczony tym, jakie warunki do rozwoju oferował klub. Mieliśmy nowy stadion, nowoczesną siłownię, salę treningową, szatnie, kriokomorę i basen. Było tam właściwie wszystko, czego młody piłkarz potrzebuje do rozwoju. To sprawiło, że potem Daisuke Yokota przeszedł do Górnika Zabrze, Alvis Jaunzems dołączył do Stali Mielec, Iwan Żelizko poszedł do Lechii Gdańsk, ja trafiłem do Puszczy Niepołomice, a Raimonds Krollis przeniósł się do Włoch za 2 mln euro.
To był ambitny klub, w którym nie skupialiśmy się na walce o utrzymanie. Zdobyliśmy mistrzostwo, a trener również prezentował wysoki poziom.
Valmiera była dobrym miejscem dla młodych zawodników, co pokazywały późniejsze losy niektórych piłkarzy. Z tej drużyny wywodzili się zawodnicy, którzy trafiali później do mocniejszych zespołów i byli sprzedawani za duże pieniądze. To potwierdzało, że klub potrafił rozwijać młodych piłkarzy.
Właśnie dlatego zdecydowałem się na ten kierunek. To był dla mnie bardzo dobry okres, zarówno pod względem sportowym, jak i możliwości dalszego rozwoju.
Grałeś na Łotwie ze wspomnianym Żelizką, ale też z Camilo Meną, którzy potem występowali razem w Lechii Gdańsk. Czy już w Valmierze było widać, że mogą zrobić ciekawszą karierę?
– To topowi zawodnicy. Już wtedy było widać, że mogą zajść daleko. Żelizko to mój bardzo dobry kolega, bliski przyjaciel. Nadal utrzymujemy stały kontakt. Cieszę się z jego rozwoju i jestem naprawdę szczęśliwy, że tak dobrze mu się wiedzie.
Mena to również świetny chłopak. Spokojny, pozytywny, ciągle się uśmiecha i żartuje. Przede wszystkim jest niesamowicie szybki, bardzo dobry technicznie i spokojny przy piłce. Topowy zawodnik. O obu mogę mówić wyłącznie pozytywnie.
Dlaczego opuściłeś Valmierę po zdobyciu mistrzostwa? Nie chciałeś zostać tam jeszcze trochę dłużej?
– Byłem tak naprawdę rozdarty. Z jednej strony chciałem zostać, bo czekały nas eliminacje Ligi Mistrzów. Mogliśmy o coś powalczyć, może niekoniecznie w tych rozgrywkach, ale w niższych europejskich pucharach. Mieliśmy na to szansę, dobrze wyglądaliśmy jako drużyna.
W pewnym momencie zaczęli jednak odchodzić kolejni zawodnicy. Nasz najlepszy napastnik został sprzedany do Włoch, później Yokota, który trzymał środek pola, odszedł do Górnika, a Jaunzems trafił do Stali Mielec. Widziałem, że klub sprzedaje kolejnych piłkarzy, a na ich miejsce przychodzą młodzi zawodnicy, którzy potrzebują czasu. Trzeba było budować zespół praktycznie od nowa.
W końcu zostałem tam ja, Żelizko i Mena. Nie chciałem zostawać, kiedy tylu zawodników już odeszło. Uznałem, że to dobry moment, żeby spróbować czegoś innego.
Wtedy odezwała się Puszcza Niepołomice. Klub chciał, żebym na początek przyjechał na wypożyczenie. Początkowo myślałem, że powinienem trafić do Ekstraklasy albo do jeszcze mocniejszej ligi, ale później sam siebie zapytałem: dlaczego nie spróbować? Mogłem pokazać się z jak najlepszej strony, a może nawet wywalczyć awans. Ostatecznie tak właśnie się stało.
Pamiętasz, czy poza Puszczą były wtedy jeszcze jakieś konkretne oferty?
– Było zainteresowanie, ale bez konkretów. To Puszcza zgłosiła się do mnie bardzo szybko. Na Łotwie sezon kończy się w listopadzie, więc gdy rozgrywki dobiegały końca, klub już się ze mną skontaktował.
Gdybym chciał czekać na inne możliwości, musiałbym prawdopodobnie uzbroić się w cierpliwość do końca grudnia, a nawet stycznia. Tak często wygląda to w polskiej lidze i ogólnie w Europie – zainteresowanie pojawia się wcześniej, ale konkretne oferty przychodzą dopiero później.
Nie chciałem czekać kolejnego miesiąca. Pomyślałem, że Puszcza to dobry kierunek dla mnie. Uznałem, że pojadę tam, będę walczył o swoje i pokażę, na co mnie stać.
Jak wspominasz czas spędzony w Puszczy Niepołomice?
– To były piękne czasy, naprawdę. Przyszedłem do klubu i wywalczyliśmy awans. W tamtej drużynie nie było wielu obcokrajowców. Wcześniej był Rok Kidrić i chyba jeszcze Emile Thiakane, choć on miał już polski paszport. W praktyce zagranicznych zawodników było dwóch albo trzech, więc dla mnie stanowiło to dodatkowe wyzwanie.
Przyjechałem do Polski i nie mówiłem po polsku ani słowa. Musiałem uczyć się wszystkiego od zera, a jednocześnie walczyć o swoje miejsce w drużynie. Mimo to był to jeden z najlepszych okresów w mojej karierze.
Szkoda, że później spadliśmy z ligi, ale kiedy patrzę na czas spędzony w Puszczy, mam przede wszystkim piękne wspomnienia. Ten klub funkcjonuje zupełnie inaczej niż inne zespoły, nawet te z tej samej ligi czy z Ekstraklasy. Myślę, że każdy to zauważył. To bardzo rodzinne miejsce. Tworzyliśmy tam jedną rodzinę. Na trybunach często pojawiały się rodziny z dziećmi, które przychodziły kibicować i dopingować zespół. Nie było takiej atmosfery jak na niektórych innych stadionach, ale absolutnie nic do tego nie mam. Po prostu w Puszczy panował wyjątkowy, rodzinny klimat.
Zarząd zawsze był blisko drużyny. Przychodzili porozmawiać, wspierali sztab i pomagali tworzyć dobrą atmosferę. Myślę, że to również miało znaczenie dla naszych wyników – najpierw awansu, a później utrzymania w Ekstraklasie. Oczywiście później spadliśmy, ale mimo to pamiętam przede wszystkim wzajemne wsparcie i świetną atmosferę. Nikt nie narzekał. Wiedzieliśmy, że pod względem finansowym nie jesteśmy klubem z czołówki, a może nawet dysponowaliśmy budżetem na poziomie środka tabeli pierwszej ligi, mimo że graliśmy w Ekstraklasie. Nie zwracaliśmy jednak na to uwagi. Po prostu osiągaliśmy wyniki ponad stan i byliśmy z tego zadowoleni.
Mam nadzieję, że Puszcza jeszcze kiedyś awansuje. Bardzo bym się z tego cieszył.
Nadal śledzisz, co dzieje się w klubie?
– Oczywiście. Obserwuję Puszczę i czasami oglądam jej mecze. Spędziłem tam praktycznie trzy lata, więc to naprawdę dużo czasu. Mam z tego okresu wiele dobrych wspomnień.
Coś szczególnie rzuca ci się w oczy w grze Puszczy?
– Z tego, co widzę, trener Tomasz Tułacz i jego sztab nadal trzymają się swojego stylu oraz założeń taktycznych. Nie zmieniają tego, a z perspektywy czasu widać, że ten pomysł funkcjonuje. To, że w tym sezonie wyniki są gorsze, nie oznacza, że wcześniej trener robił coś źle. Po prostu drużyna się zmieniła.
Po spadku przyszło wielu młodych zawodników. Nastąpiła właściwie całkowita przebudowa zespołu. Około 80 procent piłkarzy, którzy zostali po spadku, odeszło później z drużyny. Trzeba było budować wszystko od zera. Nie jest łatwo w ciągu pół roku czy nawet roku stworzyć zespół, który ponownie będzie walczył o awans do Ekstraklasy.
Mimo tych zmian trener Tułacz i jego sztab wykonują dobrą pracę. Uważam, że Puszcza mogła jeszcze powalczyć o miejsce w barażach. Myślę, że obecne wyniki to przede wszystkim kwestia czasu. Drużyna potrzebuje go, bo ma wielu młodych zawodników i przeszła sporo zmian.
Z tego, co oglądam, piłkarze dobrze grają i walczą o swoje. Wiadomo, czasami szczęście nie było po ich stronie, ale ostatnie zwycięstwo może ich napędzić do zdobywania kolejnych punktów.
Wspomniałeś o trenerze Tułaczu. Jakim jest człowiekiem i jak wpływa na drużynę?
– To bardzo pozytywny człowiek. Zawsze jest dobrze nastawiony i uczy innych, żeby również zachowywali pozytywne podejście. Niezależnie od sytuacji, czy chodzi o sprawy rodzinne, czy o to, co dzieje się wokół nas, powtarza, żeby nigdy nie spuszczać głowy i zawsze walczyć.
Jest bardzo zdeterminowany. Na każdym treningu mu zależało. Był tak zaangażowany, że mogę powiedzieć, iż wkładał w treningi więcej niż większość zawodników. Czasami można było odnieść wrażenie, że jemu bardziej zależy na pracy niż samym piłkarzom.
To napędza cały zespół. Nie ma narzekania, jest ciężka praca i walka o swoje. Wierzę, że takie podejście w końcu przynosi pozytywne rezultaty.
Liczysz na to, że trener Tułacz wróci jeszcze do Ekstraklasy? Może niekoniecznie z Puszczą, ale z innym, większym polskim klubem?
– Życzę mu jak najlepiej. Jeśli pojawi się okazja do pracy w Ekstraklasie, to dlaczego miałby z niej nie skorzystać? Zobaczymy, co przyniesie przyszłość. Być może Puszcza nie wróci do Ekstraklasy już w tym sezonie, ale mam nadzieję, że stanie się to jak najszybciej. Życzę klubowi szybkiego powrotu.
Życie zweryfikuje, jak to się potoczy, ale uważam, że trener Tułacz ze swoim podejściem jest na dobrej drodze, żeby jego praca przynosiła efekty również w kolejnych latach.
Po spadku Puszczy zastanawiałeś się nad pozostaniem w Niepołomicach na kolejny sezon czy od razu wiedziałeś, że chcesz nadal grać w Ekstraklasie, ale już w innym klubie?
– To trudne pytanie. Jeśli komuś zależy na drużynie, spadek bardzo boli. Mnie również bolał, bo nigdy nie kalkuluję. Walczę o zespół, w którym gram, i zawsze daję z siebie maksimum. Bardzo żałowałem, że nie udało nam się utrzymać w Ekstraklasie, ale takie jest życie.
Puszcza potrzebowała jednak zacząć od nowa. Wielu zawodników zaczęło odchodzić, a zainteresowanie moją osobą wykazywały inne kluby, między innymi Zagłębie Lubin.
Trener Tułacz i zarząd patrzyli na sytuację z szerszej perspektywy. Spadek był oczywiście niekorzystny, ale trzeba było również zadbać o to, żeby klub mógł zarobić na transferach, a zawodnicy mieli możliwość dalszego rozwoju. Puszcza nie zatrzymuje piłkarzy za wszelką cenę. Jeśli ktoś dostaje szansę, żeby pozostać w Ekstraklasie albo przejść do mocniejszego zespołu, klub stara się mu pomóc.
Oczywiście nie oznacza to, że zawodnicy odchodzą za darmo, ale Puszcza nie stawia zaporowych warunków tylko po to, żeby uniemożliwić im transfer. W moim przypadku najlepszym rozwiązaniem było pozostanie w Ekstraklasie.
Jakie kluby były wtedy tobą zainteresowane?
– Zainteresowane były Karpaty Lwów, które chciały, żebym wrócił do Ukrainy. Później pojawiła się oficjalna oferta z Zagłębia Lubin. Była też druga oficjalna propozycja z Czech, z FC Slovacko.
To były trzy kluby, które wykazywały konkretne zainteresowanie. Pojawiały się również zapytania z innych drużyn, między innymi z Cypru, ale nie były one tak konkretne.
Dlaczego Lubin? Długo się zastanawiałem, ponieważ liga czeska również stoi na dobrym poziomie. Mogłem tam spróbować swoich sił i zobaczyć, jak wygląda rywalizacja w tamtejszych rozgrywkach. Z kolei nie chciałem wracać do Ukrainy. Czułem sercem, że bardziej zależy mi na Zagłębiu.
Przez dwa lata gry Puszczy w Ekstraklasie zobaczyłem, jak mocno rozwija się polska liga. Poziom zawodników i całych rozgrywek jest coraz wyższy. W Zagłębiu również dostrzegłem duży nacisk na rozwój młodych piłkarzy, na co zawsze zwracałem uwagę. Podobnie było wcześniej w Valmierze.
W Lubinie są odpowiednie warunki do rozwoju: boiska, siłownia, dobre zaplecze i jedzenie. Jest wszystko, czego potrzeba, żeby stawać się lepszym zawodnikiem. Dlatego zdecydowałem się zostać w Ekstraklasie na kolejny rok czy dwa i zobaczyć, co przyniesie przyszłość.
Chciałbym porozmawiać o Marcelu Regule, który dobrze radzi sobie w Zagłębiu, trafił do reprezentacji Polski i wzbudzał zainteresowanie Borussii Dortmund. Jakim jest zawodnikiem i kolegą w szatni? Uważasz, że w ciągu najbliższych miesięcy może trafić do mocnego klubu?
– Życzę mu jak najlepiej. Z tego, co widzę, w niedalekiej przyszłości może trafić do lepszego zespołu, a być może nawet do Borussii Dortmund. Zasługuje na to.
Na każdym treningu ciężko pracuje. To zawodnik, który nie kalkuluje i nie boi się podejmować wyzwań. Po prostu idzie na maksimum swoich możliwości. Właśnie dlatego tak wiele mu wychodzi. Jeśli zaczynasz się wahać, pojawiają się negatywne myśli, a później również błędy. U Marcela tego nie widać.
Zwróciłbym uwagę przede wszystkim na to, że nie boi się rywalizacji. Jest bardzo agresywny w pressingu i w pojedynkach, co nie zawsze wyróżnia zawodników ofensywnych. U niego jest to jednak duży atut.
Jest również bardzo dobrze przygotowany fizycznie i technicznie. Pod wieloma względami prezentuje wysoki poziom, ponieważ cały czas pracuje nad sobą. To nie jest tak, że masz talent, przychodzisz na trening, a po jego zakończeniu od razu jedziesz do domu. W przypadku Marcela tak nie jest. Ciągle się rozwija i dlatego uważam, że może być jeszcze lepszy.
W szatni rozmawialiście o kulisach niedoszłego transferu Reguły do Borussii czy do Championship? Był w tym okresie zły albo sfrustrowany, czy raczej spokojnie do tego podchodził?
– Nie wdawał się w szczegóły. To jego sprawa i jako drużyna to rozumiemy. Podchodził do całej sytuacji spokojnie. Wychodził z założenia, że jeśli nie uda się teraz, będzie dalej pracował, żeby dostać taką szansę w przyszłości.
Jednocześnie robił wszystko, żeby dawać z siebie maksimum i pomagać Zagłębiu. Chciał walczyć o drużynę i osiągać z nią jak najlepsze wyniki.
Czy poza Regułą jest w Zagłębiu jakiś młody zawodnik, który robi na tobie szczególne wrażenie?
– Jest taki zawodnik, ale nie chcę go teraz specjalnie wyróżniać ani pompować. Przede wszystkim chciałbym docenić wszystkich młodych piłkarzy, którzy obecnie trenują z nami w pierwszej drużynie.
Kiedy wracałem po kontuzji i występowałem w drugim zespole, zobaczyłem, że mamy wielu perspektywicznych chłopaków. Po pewnym czasie mogą trafić do pierwszej drużyny i dostać w niej szansę gry.
Zagłębie nie tylko mówi, że inwestuje w młode talenty, ale rzeczywiście pokazuje to swoimi działaniami. Widać, że rozwój zawodników jest dobrze zarządzany na każdym etapie – od akademii aż po pierwszą drużynę. Przykład Marcela Reguły, a także innych piłkarzy, którzy już zostali sprzedani do innych klubów, pokazuje, że Zagłębie potrafi szkolić zawodników i przygotowywać ich do kolejnych kroków w karierze.
Uważam, że również w obecnej grupie młodych piłkarzy trenujących z pierwszym zespołem jest duży potencjał. W przyszłości mogą się rozwijać, a klub może mieć z nich kolejnych zawodników gotowych do transferu.
Jak oceniasz współpracę z trenerem Leszkiem Ojrzyńskim?
– Bardzo podoba mi się jego podejście do drużyny i treningów, dlatego oceniam je bardzo pozytywnie. Na każdym treningu widać ciężką pracę.
Nie ma odpuszczania, jest determinacja. Trener nie pozwala też na to, żeby ktoś stawiał siebie ponad drużyną. Najważniejszy jest zespół, a nie pojedynczy zawodnik. Każdy ma dawać z siebie wszystko dla drużyny, a wtedy drużyna również będzie pracować na sukces każdego z nas.
Czy poza boiskiem trener Ojrzyński również jest tak poważny i wymagający, czy można z nim pożartować?
– Jest konkretnym człowiekiem, ale nie oznacza to, że nie ma z nim żartów i uśmiechu. Ma swoje zasady i wie, kiedy trzeba zareagować mocniej, a kiedy podejść do zawodnika w inny sposób.
Przed treningiem potrafi z kimś pożartować, wesprzeć piłkarza czy podpowiedzieć mu, co może zrobić lepiej. Po zajęciach również zdarza mu się zwrócić uwagę na popełniony błąd, ale nie chodzi tylko o krytykę. Potrafi też wesprzeć zawodnika i powiedzieć mu, żeby dalej pracował.
Najważniejsze jest dla niego to, żebyśmy byli odważni. Jeśli podejmujesz ryzyko i popełnisz błąd, nie będzie miał do ciebie pretensji tylko dlatego, że coś nie wyszło. Każdy popełnia błędy. Nie lubi natomiast sytuacji, w których zawodnik boi się podjąć decyzję i cały czas kalkuluje.
Jest więc bardzo pozytywnym człowiekiem. Można z nim porozmawiać, pożartować, a jeśli potrzebujesz pomocy, możesz do niego podejść. Potrafi wesprzeć zawodnika w różnych sytuacjach.
Jak czujesz się w Lubinie i Zagłębiu po blisko półtora roku?
– Czuję się dobrze. Lubin jest małym miastem, ale nie potrzebuję dużego. Niepołomice to również niewielka miejscowość. Dla mnie najważniejszy jest rozwój.
Wybrałem Zagłębie, ponieważ są tutaj świetne warunki do pracy i rozwoju. Mamy dobrą drużynę oraz fajną atmosferę, a to również ma duże znaczenie. Bez odpowiedniej atmosfery nie zbudujesz dobrego wyniku. Jeśli każdy będzie skupiony wyłącznie na sobie i zamknięty na innych, trudno będzie stworzyć zespół.
U nas wszystko dobrze funkcjonuje. Tworzymy jedność, a ludzie zarządzający klubem również są blisko drużyny. Czasami przychodzą i można z nimi normalnie porozmawiać. Doceniam także osoby pracujące w akademii, kucharzy i wszystkich, którzy przygotowują nam posiłki. Wszyscy podchodzimy do siebie z szacunkiem.
To właśnie takie rzeczy najbardziej mi imponują. Uważam, że wybór Zagłębia był dobrą decyzją.
W Zagłębiu zdarza ci się występować na różnych pozycjach w obronie. Na której czujesz się najlepiej?
– Nie robi mi to większej różnicy. Dobrze czuję się na obu pozycjach – na boku, i na środku obrony. Jeśli trener zdecyduje, że mam zagrać w konkretnym miejscu, po prostu tam wystąpię. Dam z siebie wszystko, żeby jak najlepiej wykonywać swoje zadania i pomóc drużynie osiągnąć pozytywny wynik.
Oczywiście przede wszystkim jestem środkowym obrońcą. Tak czy inaczej, nie przeszkadza mi gra na przykład po lewej stronie. Najważniejsze jest dla mnie dobro zespołu i to, żeby jak najlepiej wywiązać się z powierzonych mi zadań.
W Puszczy Niepołomice strzelałeś gole, a w Zagłębiu nie udało ci się jeszcze trafić do siatki. Czy chciałbyś poprawić swoje liczby?
– Oczywiście. U trenera Tomasza Tułacza strzelałem dużo goli, bo miałem też sporo okazji po stałych fragmentach. Byłem zdeterminowany i nic się pod tym względem u mnie nie zmienia. Na treningach i w meczach staram się zdobywać bramki albo asystować, tak jak w spotkaniu z Rakowem. W poprzednim sezonie bardzo chciałem w końcu trafić do siatki. Miałem ku temu okazje, ale niestety ich nie wykorzystałem. Mam nadzieję, że w tym sezonie będzie lepiej i poprawię swoje liczby.
W poprzednim sezonie Zagłębie jeszcze w marcu było liderem, a ostatecznie zajęło siódme miejsce. Teraz również radzicie sobie całkiem dobrze. Czy myślicie o walce o europejskie puchary?
– Zawsze trzeba stawiać sobie cele, bo inaczej nie wiadomo, o co się walczy. Mamy określony cel i wiemy, że stać nas na zajęcie miejsca w strefie pucharowej. Musimy zrobić wszystko, żeby tak się stało. Oczywiście każdy chciałby zdobyć mistrzostwo Polski, ale podchodzimy do tego spokojnie. Walczymy o jak najlepszy wynik, a awans do europejskich pucharów byłby dla nas optymalnym rozwiązaniem.
Pokazaliśmy już w poprzednim sezonie, że możemy być w tej strefie. Zabrakło nam ostatniego zwycięstwa nad Jagiellonią w ostatniej kolejce. Gdybyśmy wygrali, znaleźlibyśmy się wśród drużyn walczących w europejskich pucharach. To dla nas impuls i dowód, że w tym sezonie możemy w końcu dopiąć swego.
Twój kontrakt z Zagłębiem obowiązuje do końca obecnego sezonu. Rozpoczęły się już rozmowy dotyczące jego przedłużenia?
– Odbyła się już wstępna rozmowa z prezesem na temat przedłużenia umowy, ale na ten moment klub nie przedstawił mi jeszcze żadnej oferty. Spokojnie do tego podchodzę, bo w Lubinie zaszło ostatnio dużo zmian i to normalne. Skoro odbyła się już pierwsza rozmowa, być może w najbliższym czasie coś się wydarzy. Nie skupiam się jednak na tym. Chcę jak najlepiej trenować, dobrze grać i pomagać drużynie zdobywać punkty w kolejnych meczach.
Masz jakieś piłkarskie marzenia, które chciałbyś spełnić?
– Mam. Zobaczymy, jak potoczy się życie, ale od dziecka marzyłem o tym, żeby zostać zawodnikiem Bayernu Monachium. Kiedy byłem młodszy, miałem nawet naklejkę z herbem tego klubu na lustrze w domu, przy którym myłem się każdego dnia. To było moje marzenie i chciałem do niego dążyć.
W życiu różnie się układa i nie wszystko musi pójść zgodnie z planem, ale trzeba mieć marzenia i starać się je realizować. Bayern nadal pozostaje moim marzeniem. Imponuje mi również Bundesliga i chciałbym wyjechać za granicę. Zagłębie Lubin jest początkiem drogi. Chcę pokazać się tutaj z jak najlepszej strony, pomóc drużynie i dać z siebie wszystko. Zależy mi na tym, żeby klub na tym zyskał, a jednocześnie żebym ja również mógł się rozwijać.
Chciałbyś np. najpierw zostać najlepszym obrońcą Ekstraklasy, zdobyć nagrodę indywidualną i dopiero później odejść za granicę?
– Oczywiście, że chciałbym odejść jako jeden z najlepszych stoperów Ekstraklasy. Każdy zawodnik chciałby osiągnąć taki poziom. Gdybym jednak wcześniej dostał bardzo dobrą ofertę z wielkiego klubu, nie czekałbym na statuetkę dla najlepszego obrońcy ligi. Po prostu skorzystałbym z tej możliwości i odszedł do takiej drużyny.
Gra w seniorskiej reprezentacji Ukrainy to również jeden z twoich celów?
– Tak. Myślę, że to jest w moim zasięgu. Muszę jeszcze trochę mocniej popracować i wierzę, że tam trafię. Rozmawiam z ludźmi pracującymi przy reprezentacji i wiem, że mnie obserwują. Potrzebuję jeszcze trochę czasu i muszę zrobić kolejny krok, żeby dostać powołanie.
Czyli masz kontakt ze sztabem reprezentacji i wiesz, że w niedalekiej przyszłości możesz otrzymać szansę debiutu w pierwszej drużynie?
– Tak. Od reprezentacji U-15 aż do U-21 byłem powoływany na kolejnych etapach szkolenia. To duży plus, bo trenerzy mnie znają. Grałem i starałem się pokazywać z jak najlepszej strony. Rozmawiam z ludźmi związanymi z reprezentacją. Nie zawsze bezpośrednio do mnie docierają takie informacje, ale wiem, że jestem obserwowany. Myślę, że powołanie może przyjść już w niedalekiej przyszłości.
Chciałbym porozmawiać z tobą o wojnie w Ukrainie, która trwa już od dłuższego czasu. Czy od momentu jej wybuchu w 2022 roku miałeś okazję wrócić do Lwowa?
– Nie. Wyjechałem z Ukrainy dwa tygodnie przed rozpoczęciem wojny. Pojechałem wtedy z Valmierą na zgrupowanie do Turcji. Kiedy wojna się zaczęła, chciałem wrócić, żeby pomóc, bo to mój kraj. Rozmawiałem o tym z rodzicami, podobnie jak Żelizko, który był wtedy ze mną na Łotwie. Zastanawialiśmy się, czy powinniśmy wracać i czy możemy w jakiś sposób pomóc. Ostatecznie zostaliśmy za granicą, a ja od tamtej pory nie byłem w domu już przez pięć lat.
Bardzo mnie to frustruje. Nie mogę po prostu przyjechać do swojego domu, zobaczyć rodziny. Pomagam w miarę swoich możliwości i wspieram ludzi na Ukrainie, ale sam nie byłem tam od pięciu lat. Moja rodzina przyjeżdża do mnie mniej więcej raz na pół roku, choć czasami udaje się to częściej, a czasami rzadziej. Wszyscy mają swoje obowiązki i pracę.
Utrzymujesz z bliskimi stały kontakt? Rozmawiacie codziennie, na przykład przez kamerki?
– Tak, codziennie do nich dzwonię. Zawsze pytam, jak minął im dzień i jaka jest sytuacja. Nie codziennie rozmawiamy przez kamerki, ale mniej więcej raz w tygodniu udaje nam się połączyć w ten sposób. Możemy się wtedy zobaczyć, chociażby na ekranie.
Lwów jest stosunkowo spokojny na tle innych części Ukrainy, ale czy rodzina opowiadała ci o niebezpiecznych sytuacjach w okolicy? Docierały do ciebie informacje o dronach czy rakietach spadających niedaleko ich domu?
– W porównaniu z innymi częściami Ukrainy sytuacja we Lwowie jest w miarę spokojna. Jednak z biegiem czasu wojna coraz bardziej dotyka cały kraj. Teraz praktycznie wszędzie dochodzi do ataków.
Zdarzyła się sytuacja, w której dron spadł około stu metrów od domu mojej babci. Wyleciały szyby i okna, a odłamki rozrzuciło po całym domu. To było bardzo blisko. Kiedy słyszysz o czymś takim, a chodzi o twoją rodzinę, trudno przejść nad tym do porządku dziennego.
Czy ktoś z twoich bliskich walczył na wojnie albo pomagał od strony medycznej?
– Walczyli mój ojciec i mój chrzestny. Tata zmarł na początku 2025 r., a chrzestny zaginął pół roku temu. Do tej pory nie wiadomo, gdzie jest ani co się z nim dzieje.
Jak przyjąłeś wiadomość o śmierci ojca? Co wtedy czułeś?
– Czułem przede wszystkim ogromny ból. Przez tych, którzy zarabiają na wojnie, giną zwykli ludzie. Jednym z nich był mój ojciec. Nie tylko on zginął – ludzie z innych rodzin również tracą życie. Walczą za swój kraj i swoje rodziny, podczas gdy inni kradną pieniądze i wkładają je do własnych kieszeni. Zamiast w końcu zakończyć tę wojnę, niektórzy sprawiają, że wszystko jeszcze bardziej się przeciąga.
To jednak polityka, na którą nie mam wpływu. Wiem, że są ludzie, którzy chcą sprawiedliwie działać i jak najszybciej doprowadzić do zakończenia wojny, ale są też tacy, którzy wcale w tym nie pomagają. Myślę, że w każdym kraju można spotkać różne postawy.
Musiałem wziąć się w garść, bo mam brata, mamę i babcię, którzy również przez to przechodzą. To była tragedia dla całej naszej rodziny i nie mogłem po prostu się załamać. Musiałem stanąć na nogi i wspierać pozostałych.
Nawet jeśli nie jestem na miejscu, dzięki swoim kontaktom mogłem pomagać w organizowaniu różnych spraw. Trzeba było wszystko ustalić i dopilnować, żeby funkcjonowało jak należy. Nie było czasu na płacz. Trzeba było się zebrać i zadbać o to, żeby wszystko działało.
Czy twoi bliscy wiedzą więcej, kiedy wojna może się skończyć? W mediach pojawiają się różne informacje, a ostatnio coraz częściej mówi się również o zagrożeniu dla innych państw.
– Nikt z nas nie wie, kiedy to się skończy. Mogą na to odpowiedzieć tylko ci, którzy podejmują decyzje w poszczególnych krajach. Z tego, co widzę i słyszę od ludzi, z którymi rozmawiam, nie wygląda na to, żeby wojna miała zakończyć się w najbliższym czasie.
Wszyscy chcemy, żeby stało się to jak najszybciej, ale kiedy patrzymy na to, co się dzieje, trudno dostrzec koniec. Mam nadzieję, że wszystko się skończy, bo jeśli sytuacja będzie się dalej rozwijać w ten sposób, może to być katastrofa dla nas wszystkich.
Czy po tych wszystkich wydarzeniach czujesz nienawiść do wszystkich Rosjan, czy przede wszystkim do żołnierzy i polityków odpowiedzialnych za tę wojnę?
– Powiem tak: Bóg wszystko widzi i każdy będzie odpowiadał za to, co zrobił przeciwko nam i za swoje czyny. Reszta jest w jego rękach.
Ja mogę wspierać ukraińskich żołnierzy i rodaków, życzyć im zdrowia oraz cierpliwości, żeby przetrwali ten trudny czas. Czasami pomagam też finansowo. Mam kolegów, których bliscy walczą na wojnie, i innych znajomych, którzy potrzebują wsparcia. Jeśli ktoś zwraca się do mnie o pomoc, staram się jej udzielić. Tak powinno być – trzeba wspierać się nawzajem.
Chciałbym też podziękować Polsce i Polakom. To dla nas ogromne wsparcie. Kiedy wojna się rozpoczęła, Polska była krajem, który jako pierwszy wyciągnął do nas pomocną dłoń. Nigdy tego nie zapomnimy.
Nie chciałbym, żeby Rosja doprowadziła do tego, że między Polakami a Ukraińcami pojawi się nienawiść. Mam nadzieję, że wszyscy będą pamiętać, jak wiele Polska zrobiła dla Ukrainy. Jesteśmy wdzięczni za tę pomoc i nigdy o niej nie zapomnimy.