Piłkarz Piasta ma konkretny cel. „Chciałbym sięgnąć po pierwsze trofeum w karierze”
Piast Gliwice pozytywnie zaskakuje w tym sezonie, a Jakub Łabojko nie ukrywa swoich ambicji. Pomocnik chciałby zdobyć Puchar Polski i po raz pierwszy w karierze sięgnąć po trofeum. W rozmowie ze Stolicą Sportu opowiedział również o powrocie do rodzinnego miasta i wpływie Marka Papszuna na jego rozwój.
Zacznijmy od formy Piasta Gliwice. Czy jesteś zaskoczony, że ten sezon układa się dla drużyny tak dobrze? Po trudniejszym początku, zaczęliście regularnie punktować.
– Przed sezonem opinia publiczna nie była dla nas łaskawa. Wydaje mi się, że wielu skazywało nas na porażkę i spadek. Oczywiście to dopiero początek sezonu, ale mam nadzieję, że do tego nie dojdzie.
Po przygotowaniach i początku sezonu miałem mieszane odczucia. Nie byłem ani hurraoptymistą, ani pesymistą. Widziałem w tej drużynie potencjał, przede wszystkim pod względem jakości. Nie mamy może głośnych nazwisk, na które wydaje się ogromne pieniądze, ale są to zawodnicy młodzi, chcący się pokazać i wypromować do jeszcze lepszych klubów. Niektórzy mają za sobą trudniejsze momenty, inni są po kontuzjach i chcą coś udowodnić. Powstała ciekawa mieszanka polskich i zagranicznych piłkarzy. Wierzyłem, że możemy dobrze wyglądać jako zespół.
Co – oprócz jakości zawodników – sprawia, że drużyna funkcjonuje na takim poziomie?
– Wydaje mi się, że wszyscy myślimy podobnie i spełniamy założenia trenera Myśliwca. Każdy realizuje określoną taktykę, nikt się nie wyłamuje, nikt nie popełnia głupich błędów. Okej, początek sezonu nie był najlepszy pod kątem traconych bramek, ale zdołaliśmy uszczelnić defensywę.
Widzę duży potencjał na skrzydłach. Duże znaczenie ma też nasz styl pressingu i to, że pressujemy 1 na 1 na całym boisku. Każdy ma swojego rywala do krycia. Wygrywamy większość pojedynków, możemy wyprowadzać kontry czy dłużej budować atak pozycyjny.
Pojedynki są u nas kluczowe – mamy pod to ustalony cały mikrocykl. Jest sporo walki fizycznej. To potem procentuje na murawie. Zwycięzca pojedynku zyskuje przewagę. Pod tym względem wyglądamy bardzo dobrze.
Możesz wyróżnić któregoś z kolegów z drużyny? Ktoś szczególnie zasługuje na pochwały?
– W ostatnim czasie wielu zawodników prezentuje się dobrze. W niemal każdym meczu ktoś inny wychodzi na pierwszy plan, dlatego trudno wskazać jedną osobę. Mamy wielu ciekawych piłkarzy, jak Vallejo, Sanca, Ntamack, Boisgard, Lewicki, Lima czy Lokilo. Każdy miał swój moment, w którym pomógł drużynie.
Przez trzy spotkania z rzędu potrafiliśmy zachować czyste konto. Na wyróżnienie zasługuje więc cała linia obrony. Bramkarz także wybronił wiele strzałów rywali w meczu z Radomiakiem. Naszym największym atutem jest jednak drużyna jako całość.
Ty również możesz być zadowolony z początku sezonu. Rozegrałeś dziesięć meczów ligowych, za każdym razem wychodząc w podstawowym składzie, i zdobyłeś dwie bramki. Jeśli utrzymasz tę passę, może to być twój najlepszy sezon pod względem liczb.
– Zgadza się. Mój najlepszy dorobek to dwa gole w pierwszej lidze i dwa w Ekstraklasie, w drugim sezonie w Śląsku.
Nigdy nie koncentrowałem się szczególnie na liczbach. Bardziej zależało mi na zwycięstwach. Jako szóstka, nie miałem też wielu okazji strzeleckich. W Piaście mam pod tym względem trochę więcej możliwości, bo wykonuję rzuty karne. Byłem przygotowywany do tego w Motorze, ale kiedy grałem, nie było karnego. Gdy usiadłem na ławce i zaczęły się jedenastki, to podchodził do nich Karol Czubak, który skutecznie je wykonywał. Nie było więc powodu, żeby cokolwiek zmieniać.
Nie skupiałem się na indywidualnych liczbach. Bardziej zależało mi na zwycięstwach i tym, żeby drużyna wygrywała. Oczywiście zdobycie bramki to zawsze coś miłego, ale najważniejsze są dla mnie wyniki zespołu.
Jakie cele stawiasz sobie na ten sezon? Czy rozmawiałeś o nich z trenerem?
– Przed sezonem rozmawiałem z trenerem Myśliwcem i doszliśmy do wniosku, że chcemy wygrywać. A wygrywanie oznacza coś więcej niż pojedyncze zwycięstwa. Chciałbym zdobyć Puchar Polski. Nigdy wcześniej nie było mi dane awansować przynajmniej do drugiej rundy – ani w ojczyźnie, ani za granicą.
Chciałbym pojechać na Narodowy, zobaczyć atmosferę i sięgnąć po pierwsze trofeum w karierze, i zakwalifikować się do europejskich rozgrywek.
Czy poza zdobyciem Pucharu Polski, masz jeszcze marzenie związane z kadrą narodową?
– Na pewno. Miałem możliwość występów w młodzieżowych reprezentacjach Polski i była to dla mnie duża duma.
Chciałbym zadebiutować w pierwszej reprezentacji, zagrać w niej i poczuć atmosferę. Wiem, że w moim wieku nie jest to już takie proste. Na mojej pozycji jest obecnie wielu młodych zawodników, którzy radzą sobie całkiem nieźle i mają duży potencjał, by w przyszłości stanowić o sile kadry. Dlatego traktuję to jako odległe marzenie, na tę chwilę – nie do spełnienia, ale czasami pół roku w piłce może wiele zmienić. To nie jest mój cel na teraz. Skupiam się na robocie w Gliwicach, a kadrze życzę jak najlepszych wyników.
Piast to klub, w którym zaczynałeś swoją przygodę z piłką, a teraz wróciłeś do niego po latach. Bierzesz pod uwagę, że zostaniesz tu do końca kariery, czy chciałbyś jeszcze spróbować sił w innym polskim zespole albo za granicą?
– Niczego nie można wykluczać. Mam podpisany kontrakt na dwa lata z opcją przedłużenia o kolejny sezon i na pewno chciałbym go wypełnić. To, czy później obie strony będą chciały kontynuować współpracę, zależy od wielu rzeczy, które mogą się jeszcze wydarzyć. Na ten moment nie mogę powiedzieć, że chcę kończyć karierę w Piaście, ale nie mogę też stwierdzić, że zamierzam odejść gdzie indziej.
Czuję się tutaj bardzo dobrze. Jestem w swoim mieście, w klubie, któremu kibicowałem jako dziecko. Chodziłem na mecze jako kibic, a także zawodnik drużyn młodzieżowych. Znam Piasta od podszewki. Pamiętam stary stadion, młodą Ekstraklasę – podawałem tam piłki.
Znam klub, miasto, ludzi wokół. Cieszę się, że jestem w tym miejscu, bo jako dzieciak marzyłem o tym, żeby występować na tym stadionie jako wychowanek. Teraz odczuwam z tego powodu dużą dumę.
Mamy pomysł i styl, dzięki którym możemy osiągać dobre wyniki w Ekstraklasie przy mniejszych nakładach. Uważam, że jest tu dobrze wykonywana praca pionu, sztabu. O nic nie musimy się martwić.
To, czy w przyszłości jeszcze gdzieś wyjadę, czy zakończę karierę w Piaście, jest na razie zbyt odległą perspektywą, żeby podejmować takie decyzje.
Pojawiały się informacje, że nie doszedłeś do porozumienia z Motorem Lublin w sprawie nowej umowy. Czy po odejściu z tego klubu miałeś inne oferty?
– Rozstanie było związane z brakiem komunikacji. Gdy znalazłem klub, dałem sygnał Motorowi, ale ten nie złożył żadnej kontroferty. Propozycja przedłużenia umowy pojawiła się w lutym – marcu, lecz nie dogadaliśmy się pod kątem zapisów.
Niewiele brakowało, żebym został w Lublinie na kolejne dwa lata, aczkolwiek pojawiły się inne wizje przy dwóch elementach. Później doszło do rewolucji, która dotyczyła też mnie. Zmienił się trener, odeszło 14 zawodników, drużyna była przebudowywana.
Chciałem zostać w Motorze, ale musiały zostać spełnione określone warunki. Tak się nie stało i nasze drogi się rozeszły.
Rozmawiałem jeszcze z jednym dyrektorem sportowym z Ekstraklasy. Chodziło o rozeznanie, czy byłbym otwarty na taki transfer. Dałem zielone światło, ale konkretna oferta nie przyszła. Później zainteresował się mną Piast. Nie chciałem dłużej czekać, bo uznałem, że to dla mnie dobry ruch. Wracałem do domu, do znanego sobie środowiska, a sam klub również wydawał mi się odpowiednim miejscem.
Masz żal do Motoru, że sprawy potoczyły się w ten sposób?
– Nie, nie mam żadnego żalu. Takie jest życie, takie są decyzje. Ktoś uznał, że inne rozwiązanie będzie lepsze, i trudno mi z tym dyskutować. Decyzje nie zawsze zapadają wyłącznie na poziomie sportowym, czasami podejmowane są wyżej. Każdy klub ma prawo decydować, kogo chce zatrzymać, a z kim się rozstać.
Nie mam pretensji do osób pracujących w Motorze. To bardzo dobrzy ludzie i nie chciałbym, żeby moje odejście było odbierane jako powód do jakichkolwiek osobistych zarzutów.
Czy we wcześniejszych etapach kariery miałeś też ciekawsze oferty, ale nie doszło do transferów?
– Tak. Kiedy po odejściu z Brescii szukałem klubu, pojawiało się zainteresowanie z rozmaitych stron. Przede wszystkim chciałem zostać we Włoszech, dlatego raczej odrzucałem wtedy polskie opcje. Miałem możliwość przejścia do Widzewa Łódź, gdy trenerem był Janusz Niedźwiedź, ale z niej nie skorzystałem. Pojawiały się też zapytania z Pogoni Szczecin i Śląska Wrocław, który kilka razy dopytywał.
Najbardziej zależało mi jednak na dalszej grze we Włoszech. Miałem dwie oferty – z Catanzaro i Südtirolu. Ostatecznie wybrałem Ternanę. Z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że nie był to najlepszy wybór, bo już po roku spadliśmy z ligi.
Catanzaro do dziś regularnie walczy w barażach o Serie A, więc po czasie można uznać, że ten zespół byłby lepszy. Nie wiem, czy tam bym grał i czy odnalazłbym się w tym klubie, lecz to jedyna decyzja, której będę żałował w życiu – czyli że nie poszedłem do Catanzaro.
Co działo się z tobą w okresie między odejściem z Ternany a podpisaniem kontraktu z Motorem? To były trudne miesiące?
– Rozwiązałem kontrakt z Ternaną we wrześniu, a z Motorem podpisałem umowę dopiero w styczniu. To były cztery trudne miesiące. Najcięższy był moment, kiedy nie udało mi się znaleźć klubu w letnim oknie transferowym. Nie chciałem grać na trzecim poziomie rozgrywkowym, więc liczyłem, że pojawi się możliwość podpisania umowy w Polsce, na przykład w przypadku problemów kadrowych lub kontuzji w którymś z zespołów. Ostatecznie nic takiego się nie wydarzyło. Trenowałem indywidualnie, plus ćwiczyłem z II-ligową Polonią Bytom, prowadzoną wówczas przez trenera Tomczyka. Podtrzymywałem formę i czekałem na szansę przejścia do Ekstraklasy.
Jak oceniasz współpracę z trenerem Piasta, Danielem Myśliwcem?
– Jestem zadowolony ze współpracy z trenerem. To, o czym rozmawialiśmy przed moim dołączeniem do Piasta, jest realizowane w stu procentach. Znam swoją pozycję w drużynie i wiem, czego szkoleniowiec ode mnie wymaga, więc nie mam żadnych zastrzeżeń. Mogę wypowiadać się o tej współpracy pozytywnie.
Trener jest wyważony, ma oko pod kątem tego, co dzieje się w zespole i na boisku. Jest bardzo merytoryczny, ma też dobry sztab, z którym można porozmawiać. Wszelkie wątpliwości i niejasności są szybko rozwiązywane.
Cechuje go duża inteligencja emocjonalna. Jest spokojny i opanowany, co przekłada się również na drużynę. Miałem szkoleniowców, którzy byli chaotyczni i nerwowi, a później podobnie wyglądała gra zespołu. Zawodnicy odczuwają takie emocje i przenoszą je na boisko. Trener Myśliwiec potrafi zachować spokój nawet w trudnych sytuacjach i nieźle sobie z nimi radzi.
Miałeś okazję pracować z wieloma trenerami, między innymi we Włoszech. Czy obecny szkoleniowiec wyróżnia się na ich tle?
– Na pewno należy do młodszego pokolenia trenerów i inaczej podchodzi do piłki. We Włoszech pracowałem z wieloma szkoleniowcami, ale czasami były to krótkie okresy współpracy, dlatego trudno było odbyć dłuższe rozmowy. Trenerzy byli bowiem zwalniani po dwóch – trzech meczach.
Wcześniej pracowałeś z Markiem Papszunem. Jak duży wpływ miał na twój rozwój?
– Uważam, że bez trenera Papszuna trudno byłoby mi zaistnieć w profesjonalnej piłce. To dzięki niemu jestem w miejscu, w którym obecnie się znajduję. Od podstaw uczył mnie, jak wygląda profesjonalny futbol, czego wymaga się od piłkarza i jak należy podchodzić do tego zawodu. Pokazywał, że zawodnikiem jest się przez 24 godziny na dobę, a nie tylko podczas treningu czy meczu.
Chodziło o wszystkie elementy związane z piłką: żywienie, przygotowanie fizyczne, dodatkowe treningi na siłowni czy regenerację. Musiałem się tego nauczyć od trenera Papszuna, ponieważ wcześniej nikt nie zwracał na te kwestie aż tak dużej uwagi. To on uświadomił mi, jak ważny jest profesjonalizm w codziennym życiu piłkarza. Już wtedy, gdy pracował w drugiej lidze, był pod tym względem bardzo wymagający.
Jako młody zawodnik starałem się do tego dostosować. O miejsce w składzie musiałem walczyć na boisku i udowadniać, że jestem lepszy od konkurentów na swojej pozycji. Nie było taryfy ulgowej dla młodzieżowców. Oczywiście obowiązywał przepis, który nam pomagał, ale ostatecznie to trener podejmował decyzje. W drużynie było wtedy dwóch młodzieżowców – ja i Mateusz Lis. Trener mógł posadzić na ławce jednego z nas, ale obaj potrafiliśmy wywalczyć miejsce w składzie.
Miałeś też okazję współpracować z byłym wybitnym piłkarzem, Filippo Inzaghim. Jak go wspominasz?
– Z trenerem Inzaghim współpracowałem przez pół roku, ale przez trzy miesiące byłem kontuzjowany i rozegrałem tylko jedno spotkanie. To duża osobowość. Kiedy wychodziliśmy z drużyną na kolację albo pojawialiśmy się w miejscach publicznych, to właśnie trener Inzaghi był najbardziej obleganą osobą – również na lotniskach. Ludzie prosili go o autografy i chcieli robić sobie z nim zdjęcia.
To naprawdę wielka postać. Trudno mi jednak ocenić go jako szkoleniowca, ponieważ z powodu kontuzji nie uczestniczyłem w wielu treningach i nie mogłem dokładnie poznać jego metod pracy.
Pierwsze pół roku było dobre, później wyniki się pogorszyły i został zwolniony. Nie miałem więc zbyt wielu okazji, żeby przyjrzeć się jego warsztatowi trenerskiemu. Na pewno jest człowiekiem z dużym ego i ogromną wiedzą piłkarską. Trudniej mi natomiast ocenić jego wiedzę trenerską, bo nie miałem możliwości dobrze jej poznać.