Piłkarz Korony o reprezentacji Polski i swojej drodze do Ekstraklasy. „To nagroda odroczona w czasie”
Nie zawsze grał tyle, ile chciał, a droga do Ekstraklasy wymagała od niego cierpliwości i konsekwencji. Dziś Kamil Jakubczyk występuje w Koronie Kielce i wierzy, że może w przyszłości otrzymać powołanie do reprezentacji Polski. W wywiadzie ze Stolicą Sportu opowiedział, co pomogło mu przetrwać najtrudniejsze chwile.
Zacznijmy od wątku, który poruszyłeś w wywiadzie z Weszło. Jesteś pewny, że powołanie do reprezentacji Polski w końcu przyjdzie? Jeśli nie w listopadzie, to w 2027 roku?
– Nie chcę dawać jakiegoś terminu, na zasadzie, że jak powołanie nie przyjdzie w listopadzie, marcu czy czerwcu, to będę załamany. Wiem, że prędzej czy później – jeśli będę zdrowy i będę pracował tak, jak pracuję – to powołanie przyjdzie. Kiedy to się stanie, będzie też zależało od tego, jak będzie wyglądała moja forma w klubie, jakie będą wyniki zespołu i jakie potrzeby będzie miał selekcjoner. To jest bardziej złożony temat.
Na ile w tym momencie czujesz się gotowy na ewentualne powołanie? Jak oceniasz swój początek sezonu?
– Myślę, że z meczu na mecz czuję się coraz lepiej, co chyba było też widać. Mogę już powiedzieć, że dobrze czuję się zarówno w klubie, jak i w drużynie. Wiadomo, że zmiana otoczenia zawsze wiąże się z aklimatyzacją i pierwsze tygodnie są pod tym względem trudniejsze.
Okres przygotowawczy był też trochę łamany w moim wykonaniu, bo nie zacząłem go od początku w Koronie. Na pewno pierwsze tygodnie nie były jeszcze na moim optymalnym poziomie. Myślę jednak, że z tygodnia na tydzień jest coraz lepiej.
Widać to również po całej drużynie. Wyglądamy coraz lepiej, a kiedy zespół prezentuje się dobrze, to również ja jako jednostka będę wyglądał lepiej.
Od zawsze byłeś mocno skoncentrowany na tym, żeby grać w piłkę i docelowo trafić do reprezentacji?
– Od małego założyłem sobie, że będę robił wszystko, na co mam wpływ. Będę pracował tak, jak zakładam to w swoich standardach, i zobaczymy, dokąd mnie to finalnie zaprowadzi.
Wiadomo, że przez pewien etap miałem jakieś dołki czy problemy – zarówno z regularną grą, jak i z występowaniem na takim poziomie rozgrywkowym, na jakim chciałbym być. Ale nawet w tych gorszych momentach moja wiara w siebie i swoje umiejętności była niezachwiana.
Nie jest też tak, że reprezentacja czy inne cele to coś, o czym myślę każdego dnia. Jestem przede wszystkim skupiony na pracy. Uważam, że ważne jest nie tylko wyznaczenie sobie celu, ale również drogi, która ma cię do niego doprowadzić.
Często, kiedy skupiasz się wyłącznie na celu, zapominasz o drodze. A wiem, że zarówno w życiu, jak i w piłce nikt nie osiąga wszystkiego z dnia na dzień. Jeżeli pracujesz sumiennie, później zaczynają pojawiać się sprzyjające okoliczności.
Czasami jest tak, że pracujesz rok czy dwa, grasz solidnie, ale nie wykonujesz żadnego większego kroku do przodu. Później, w ciągu trzech miesięcy czy pół roku, bardzo dużo się zmienia. Cała praca, którą wykonywałeś wcześniej, zaczyna zbierać owoce i dostajesz nagrodę odroczoną w czasie.
Ile miałeś trudniejszych chwil?
– Myślę, że były dwa takie momenty. Pierwszy miał miejsce w Pogoni. Grałem wtedy w Centralnej Lidze Juniorów do samego końca, ponieważ w zespole rezerw był starszy skład i nie było tam zbyt wielu szans dla młodszych zawodników.
Później zaproszono mnie do mocno odmłodzonego zespołu rezerw. Uważam, że w tych rezerwach wyglądałem dobrze, ale nie dostałem prawdziwej szansy w pierwszym zespole. Nie miałem okazji nawet potrenować dłużej z jedynką i sprawdzić, jak wyglądam na jej tle.
Byłem trochę rzucany po pozycjach. Kiedy przez chwilę wyglądałem lepiej, później następowało takie ścięcie, lekki pstryczek w nos – albo wracałem do rezerw, albo zmieniałem się na boku z innymi zawodnikami.
Pamiętam, że zimą, po obozie z pierwszym zespołem Pogoni, wróciłem do rezerw. Wtedy pojawiły się pierwsze myśli, żeby odejść z klubu. Do zamknięcia okna transferowego zostało jednak mało czasu, więc od tamtego momentu wiedziałem już, że z Pogoni muszę odejść.
Było to trudne, bo całe życie tam trenowałem i chciałem zrobić wszystko, żeby w tym klubie grać. Musiałem jednak odpowiedzieć sobie na pytanie, czy chcę grać w piłkę, czy czekać w Pogoni na szansę, która wcale nie musi nadejść.
To było trochę pójście na jedną kartę. Poszedłem do Arki, czyli również na głęboką wodę. Trafiłem do pierwszoligowego klubu z aspiracjami do awansu. Niektórzy mówili mi na początku, że to może być zbyt duża różnica i zbyt drastyczny skok. Ja jednak od początku wierzyłem, że mam umiejętności, żeby grać na tym poziomie. Potrzebowałem tylko czasu, żeby się zaadaptować, i zaufania.
Po odejściu z rezerw Pogoni cieszyłem się, że wreszcie trafiam do Arki – dużo poważniejszej piłki i klubu, który chce walczyć o Ekstraklasę. W Pogoni byłem w drugim zespole na poziomie trzeciej ligi, a nagle przechodziłem do pierwszoligowej drużyny walczącej o awans.
Zacząłem się powoli wdrażać, pojawiły się pierwsze występy i nagle nastąpiła zmiana trenera. Zostałem całkowicie odstawiony na boczny tor i zacząłem grać w rezerwach Arki, które występowały wtedy na poziomie piątej ligi.
To był najtrudniejszy moment. Przeprowadzasz się, zmieniasz całe swoje życie, trochę stawiasz wszystko na jedną kartę. Z początkowej ekscytacji, że wreszcie trafiasz do dobrego miejsca, w którym liczysz na szansę, zostajesz trochę zweryfikowany przez życie.
To był moment, który sprawdził mój charakter. Musiałem zdecydować, czy się poddam, czy będę dalej próbował. Wydaje mi się, że ten okres bardzo dużo mi pokazał. Nawet kiedy byłem w piątoligowych rezerwach Arki i co tydzień schodziłem tam na mecze, nie miałem chwili zwątpienia. Wiedziałem, że muszę włożyć w ten okres dużo pracy i że to w końcu zaprocentuje.
Wiedziałem też, że jeżeli ten okres w pewnym sensie przetrwam, będę tylko i wyłącznie silniejszy.
Wspomniałeś o Pogoni. Kiedy odchodziłeś ze Szczecina, oprócz pewnej rodzaju radości, był też smutek, że nie udało ci się przebić do pierwszej drużyny?
– Na pewno byłem nie tyle rozczarowany, choć oczywiście też, co po prostu smutny. Nie ma co się oszukiwać – to był klub mojego dzieciństwa. Przez dziesięć lat chodziłem na mecze Pogoni. Zawsze marzyłem o tym, żeby zagrać na tym stadionie.
Tym bardziej że cała moja rodzina jest ze Szczecina. Wiem, że oni również są bardzo związani z tym miastem i klubem. To było po prostu marzenie młodego chłopaka, który od najmłodszych lat zaczynał tam swoją poważniejszą przygodę z piłką.
Dlatego samo pożegnanie na pewno nie było łatwe. Wiedziałem jednak, że podejmuję tę decyzję w zgodzie ze sobą. Nigdy nie chciałem być na siłę w miejscu, w którym ktoś mnie nie chce.
Wiedziałem, że robię to dla swojego rozwoju. Myślę, że to był taki czynnik łagodzący – miałem świadomość, że odchodzę po to, żeby zrobić kolejny krok i rozwijać się jako piłkarz.
Masz jeszcze takie marzenie, żeby kiedyś wrócić do Pogoni, zagrać w pierwszym zespole i może coś komuś udowodnić?
– Na pewno nie chciałbym wracać do Pogoni tylko po to, żeby komuś coś udowodnić. Uważam, że osoby, które wtedy były w klubie i podejmowały decyzje, z perspektywy czasu mogą zobaczyć, że ich ocena nie była do końca trafna. Nie powiedziałbym, że oceniali mnie źle, ale mogą żałować, że nie dali mi szansy.
Pogoń zawsze była i będzie klubem bardzo bliskim mojemu sercu. Gdybym dostał szansę, oddałbym temu klubowi wszystko. Jeśli chodzi o sam powrót, to gdzieś widzę dla niego przestrzeń.
Pamiętam, jak mój tata stał na każdym treningu Pogoni i jeździł na wszystkie mecze. Wiem, jak moja rodzina jest związana ze Szczecinem. Dlatego jako wychowanek chciałbym pewnie jeszcze kiedyś zrobić coś dla tego miasta i dla Pogoni.
Wróćmy teraz do twojego okresu w Arce. Na początku sezonu 2024/25 dostawałeś minuty u trenera Łobodzińskiego, później przyszedł Tomasz Grzegorczyk i praktycznie odstawił cię na boczny tor. Tłumaczył ci jakoś swoją decyzję?
– Żeby być szczerym, nie była to decyzja, do której mógłbym mieć wielkie pretensje, jeśli chodzi o samo wystawianie mnie. Nie miałem wtedy dużego doświadczenia, różnie to wyglądało. Wiadomo, że po pierwszym czy drugim meczu, kiedy nie jesteś w kadrze, zaczynasz się zastanawiać, co się dzieje. To odbija się na człowieku.
Jeśli chodzi o samo pomijanie mnie przy wyborze składu, nie miałbym do trenera pretensji. Bardziej chodziło o niektóre zachowania i sposób komunikacji, którego trochę między nami brakowało. Myślę, że wyciągnąłem z tego swoje wnioski i nie chciałbym już drugi raz doprowadzić do sytuacji, w której takie rzeczy są publicznie roztrząsane. Trener pewnie również wyciągnął swoje wnioski dotyczące komunikacji z zawodnikami. Teraz wrócił do Arki, a ja mam do tego klubu ogromny sentyment. To właśnie tam dostałem pierwszą poważną szansę i mogłem pokazać się szerszej publiczności.
Mam do Arki ogromny szacunek i kibicuję jej jak najlepiej. Mam nadzieję, że trener poukłada wszystko w Gdyni i drużyna będzie piąć się w górę. Uważam, że miejsce Arki jest w Ekstraklasie.
Miałeś z trenerem Grzegorczykiem pewne napięcie, dało się odczuć niesmak. Było to widać przy twojej celebracji gola.
– Miałem niesmak, który zbudował się przez kilka wcześniejszych sytuacji. Myślę też, że miałem wtedy z tyłu głowy, że nie chciałem, żeby niektóre zachowania przeszły bez echa.
Wiadomo, że mieliśmy wtedy dobre wyniki, więc niektórych rzeczy nie można było powiedzieć. To też mną kierowało. Byłem również mniej doświadczony niż jestem teraz i ta sytuacja po prostu tak się potoczyła.
Dzisiaj, gdyby wydarzyło się coś podobnego, nie zrobiłbym z tego aż tak publicznej sprawy. Wtedy bardzo mocno się to rozniosło. Czasu jednak nie cofnę, więc nie ma sensu tego rozdrapywać.
Niektóre rzeczy robimy pod wpływem emocji. Trudno też oczekiwać od piłkarza, żeby był całkowicie pozbawiony emocji. Gdyby tak było, mogłoby to oznaczać, że mu nie zależy, że nie ma w nim ognia.
To już jednak było i minęło. Na pewno wyciągnąłem z tego wnioski i trener również pewnie wyciągnął swoje. On też był w Pogoni, a teraz wrócił do Arki. Życzę mu, żeby jego historia w Gdyni również dobrze się rozwijała.
Po trenerze Grzegorczyku przyszedł Dawid Szwarga, który przywrócił cię do składu. Później sporo u niego grałeś. Można powiedzieć, że ta zmiana trenera uratowała ci karierę?
– Żeby było jasne: w swojej przygodzie z piłką spotkałem wielu ludzi i trenerów, którzy nie do końca przyczynili się do mojego rozwoju albo nie byli dla mnie dużą wartością w tym aspekcie. Uważam jednak, że w kluczowych momentach swojego życia trafiałem na kapitalnych ludzi, którzy mieli warsztat i wiedzę.
Kiedy miałem 16 lat, poznałem w FASE Pawła Chamerę, trenera przygotowania motorycznego, z którym pracuję do dziś. Dzięki naszej wspólnej pracy mój profil motoryczny jako zawodnika bardzo się zmienił. Poprawiła się dynamika i trochę przeobraził się mój styl gry. Uwolniliśmy pewien potencjał motoryczny, który dał mi dużo więcej możliwości na boisku.
Tak samo uważam, że w idealnym momencie trafiłem na trenera Szwargę. To był dla mnie kluczowy moment, bo miałem wtedy ostatnie pół roku jako młodzieżowiec. Wiemy, jak później patrzy się na zawodników, którzy kończą wiek młodzieżowca i wcześniej nie zdążyli pograć. Ciężej jest im się później przebić.
U trenera Szwargi czułem się jednak jak pełnoprawny zawodnik. Walczyłem o minuty. Nie było ich na początku jakoś bardzo dużo, ale kiedy już wszedłem do zespołu i pokazałem się z dobrej strony, dostałem od trenera zaufanie. Zawsze będę wdzięczny, że spotkałem go na swojej drodze. Uważam, że pod względem warsztatu szkoleniowego jest naprawdę kapitalnym fachowcem.
I nie chodzi tylko o trenera Szwargę, ale o cały jego sztab. Rafał Figiel, który teraz jest w Legii, również miał bardzo duży wpływ na mój rozwój. Trochę był dla mnie jak kumpel czy starszy brat w sztabie. Robił ze mną indywidualne analizy, zostawał po treningach, kiedy czegoś potrzebowałem albo chciałem nad czymś popracować. Po prostu całe środowisko trenerskie, które spotkałem w Gdyni, dało mi bardzo dużo i przyczyniło się do mojego rozwoju.
Co twoim zdaniem było kluczowe dla przełomowego poprzedniego sezonu? Wcześniej mówiłeś o rozwoju motorycznym, zaufaniu i pewności siebie. To były trzy najważniejsze elementy czy coś jeszcze byś dołożył?
– Myślę, że przede wszystkim praca, którą wykonywałem w okresie, kiedy nie grałem w Arce. Nawet jeśli nie występowałem, cały czas pracowałem z myślą, że przyjdzie mój moment i będę na niego gotowy.
Taki moment przyszedł, kiedy Filip Kocaba, który był wtedy podstawowym młodzieżowcem, pauzował za kartki w meczu z Bruk-Betem. To było kluczowe spotkanie, bo mogliśmy zapewnić sobie awans i ostatecznie zrobiliśmy to, wygrywając 2:1. W tym najważniejszym, kulminacyjnym momencie sezonu dostałem swoją szansę. Cała wcześniejsza praca sprawiła, że byłem na nią przygotowany i ją wykorzystałem. Dzięki temu później pojawiały się kolejne możliwości.
Często zawodnicy narzekają, że nie dostają szans albo że trener ich pomija. Uważam jednak, że każdy prędzej czy później dostanie przynajmniej jedną szansę. Jeśli ją wykorzystasz, hierarchia może się bardzo mocno zmienić i twoja sytuacja może się całkowicie odmienić. Jeśli jej nie wykorzystasz, możesz mieć pretensje przede wszystkim do siebie.
Wtedy wszedłem do zespołu, pokazałem się z dobrej strony i w końcu zacząłem regularnie grać w pierwszej lidze. Później mieliśmy okres przygotowawczy, w którym również uważam, że wyglądałem bardzo dobrze. Pokazałem trenerowi i całemu sztabowi, jak bardzo zmieniłem się jako zawodnik podczas pracy z nimi. Byłem już gotowy, żeby traktować mnie jako pełnoprawnego członka zespołu, który może grać na poziomie Ekstraklasy.
Co jeszcze chcesz wnieść do Ekstraklasy? Może trochę więcej liczb? Poprzedni sezon był dobry pod względem minut, ale brakowało goli i asyst.
– Wiadomo, że to jest coś, czego zawsze chciałoby się mieć więcej. Przede wszystkim chcę jednak stawać się bardziej świadomym zawodnikiem. Myślę, że to właśnie teraz najbardziej widzę – staję się coraz bardziej kompletnym piłkarzem. To już nie jest tylko progresywne prowadzenie piłki, ale również lepsza praca w defensywie czy gra w kontakcie.
Jeśli chodzi o liczby, kluczowe podania czy asysty, to na tej pozycji też muszę się poprawić. Wiadomo, że nie jest to pozycja, na której rozlicza się zawodnika wyłącznie z liczb, bo są też inne zadania. Natomiast działania w ostatniej tercji boiska to coś, co chciałbym poprawić. Wtedy będę jeszcze bardziej kompletnym zawodnikiem i lepiej przygotowanym na większe wyzwania.
Latem miałeś oferty z Korony, Widzewa i z jeszcze innych klubów?
– Myślę, że były głównie te dwie opcje. Rozmawialiśmy jeszcze z paroma klubami, o czym zresztą pojawiały się informacje w mediach, ale ostatecznie czegoś brakowało. Czasami trzeba było poczekać, czasami nie było pełnego przekonania z drugiej strony.
Zależało mi na tym, żeby klub, do którego trafię, był w stu procentach przekonany zarówno do mnie jako zawodnika, jak i do kwoty, którą musi za mnie zapłacić. W Koronie właśnie to dostałem.
W Koronie sporo się dzieje. Jest nowy właściciel, pojawiło się więcej pieniędzy, ciekawych transferów. Jak patrzysz na to po kilku tygodniach w Kielcach? Korona będzie teraz walczyć o trochę inne cele niż w poprzednich latach.
– To jest coś, co bardzo mi się spodobało i miało wpływ na moją decyzję. To klub, który nie miał wcześniej swojego prime time'u, nie jest zespołem, który w przeszłości osiągnął już wszystko. To klub głodny sukcesu. Jest właściciel, który kocha ten klub, dyrektor sportowy mocno z nim związany i cała społeczność, która czeka na taki moment, żeby trochę się pocieszyć, żeby zespół o coś grał i był silny na tle ligi.
To był jeden z czynników, które braliśmy pod uwagę przy podejmowaniu decyzji latem. Chcieliśmy wybrać klub, który będzie rósł i którego sportowy poziom będzie szedł w górę.
Nie chciałem iść do klubu, który postrzegam jako taki, który najlepsze lata ma już za sobą albo osiągnął w przeszłości wyniki ponad stan. W takich miejscach oczekiwania często nie są współmierne do tego, co klub może zaoferować i jaką ma kadrę. Tutaj widzę natomiast przestrzeń do rozwoju.
Jak wygląda twoja współpraca z Jackiem Zielińskim? Jakim jest trenerem i człowiekiem?
– Myślę, że trener jest takim menedżerem, który bardziej zarządza całością. Widać u niego doświadczenie wynikające z liczby meczów w Ekstraklasie. Nie jest trenerem, który reaguje impulsywnie albo pod wpływem jednego zagrania czy jednej decyzji potrafi zmienić zdanie o zawodniku. To na pewno jest fajne, bo dostałem dużo zaufania, swobody, ale przede wszystkim czasu. Mogę grać, robić swoje i nie mam też dużych ograniczeń.
Oczywiście wszystko musi odbywać się w określonych ramach, ale mamy swobodę i w takich warunkach czuję się na boisku najlepiej.
Który z nowych kolegów z Korony zrobił na tobie największe wrażenie?
– Patrik Hellebrand, odkąd dołączyłem do Korony, robi na mnie duże wrażenie. Tak samo było, kiedy jeszcze grał w Górniku. Wtedy zwracałem uwagę na jego mobilność i chęć do gry, ale teraz, kiedy mogę obserwować go z bliska, widzę przede wszystkim jego czytanie gry i przewidywanie tego, co może wydarzyć się na boisku.
Często może się wydawać, że on jest wszędzie, ale wynika to właśnie z tego, że bardzo dobrze przewiduje wydarzenia boiskowe. Ma dużo przechwytów wynikających z jego inteligencji boiskowej. Wcześniej nie znałem go jako człowieka, ale po czasie, który razem spędziliśmy, mogę powiedzieć, że to kapitalny piłkarz, ale jeszcze lepsza osoba. Od początku, kiedy przyszedłem do szatni, zagadał do mnie i zaczął rozmawiać.
Bije od niego pozytywna energia. Widać, że chce tutaj być, chce grać w tej drużynie i na pewno nie przyszedł do Korony tylko po to, żeby ze względów finansowych odcinać kupony. Wiadomo, że finanse też są ważnym aspektem, ale przede wszystkim widać jego wdzięczność za to, co mamy w Kielcach. Jako zawodnicy naprawdę nie możemy narzekać. Zaimponowała mi właśnie jego wdzięczność i szczęście, które po nim widać.
Jeśli chodzi o pozostałych zawodników, też mamy tutaj sporo jakości. Camilo Mena ma bardzo duże umiejętności w pojedynkach jeden na jednego w ofensywie. Simon Gustafson ma z kolei świetny zmysł do gry kombinacyjnej i dużą wizję. Ondrej Lingr również mnie zaskoczył. Wcześniej nie wiedziałem dokładnie, jakim jest typem zawodnika, a okazało się, że bardzo dużo pracuje dla zespołu i jest nieprzyjemny dla rywala.
Jest też wielu zawodników, o których może się nie mówi albo którzy obecnie nie grają, ale mają dużo piłkarskiej jakości. Chociażby Nono – to nietypowy Hiszpan, silny w kontakcie, mocno pracujący w odbiorze, agresywny w odbiorze.
A mógłbyś wyróżnić jakichś Polaków z Korony?
– Wiktor Długosz kapitalnie wygląda na prawej obronie od początku sezonu. Widać, że zmiana pozycji sprawiła, że dużo daje nam w ofensywie, wygrywa też mnóstwo pojedynków w defensywie. To mocny punkt naszej drużyny.
Tak samo Ariel Mosór, który jest nieprzyjemny dla rywala, silny w kontakcie. To stoper, którego – mam wrażenie – przez chwilę trochę brakowało. Przede wszystkim, dobrze broni, ale też wygląda co najmniej nieźle w rozegraniu. Jest także Michael Ameyaw czy Xavier Dziekoński.
Mamy mocną, zrównoważoną kadrę. Jest trochę obcokrajowców i Polaków, co sprawia, że tożsamość szatni jest taka, że każdego dnia chce się do niej przychodzić.