[Wywiad] Grodzicki o transferach Śląska i rozmowach z Samcem-Talarem

Grodzicki odkrywa karty. „Nie do końca był z nami szczery”. Padła też deklaracja ws. Samca-Talara

Piotr Samiec-Talar
fot. Marcin Szymczyk
Avatar użytkownika Maciej Ziółkowski
22 minuty czytania

Dyrektor sportowy Śląska Wrocław nie unikał trudnych tematów. W rozmowie ze Stolicą Sportu wrócił do odejścia Krzysztofa Kurowskiego, wyjaśnił kulisy transferu Michała Rosiaka i zdradził, jak obecnie wyglądają rozmowy z Piotrem Samcem-Talarem w sprawie nowego kontraktu.

Wywiad został przeprowadzony 30 września.

Na początek chciałbym porozmawiać o zakończonym letnim oknie transferowym. Jesteście z niego zadowoleni?

– Myślę, że tak. Udało nam się rzeczywiście ściągnąć zawodników, których chcieliśmy. Nie musieliśmy działać pod koniec okienka, nie byliśmy pod presją – nie było tak, że np. nie wiedzieliśmy, co zrobić po kontuzji Mokrzyckiego. Odpowiednio zareagowaliśmy też po odejściu Rosiaka. Mieliśmy pewne tematy, byliśmy w stanie pozamieniać je jeden do jednego.

Czy finalnie będziemy zadowoleni? Ocena przyjdzie na koniec sezonu, ale uważamy, że nasza drużyna ma dużo większy potencjał niż na początku sezonu. Czas powinien działać na naszą korzyść. 

Który transfer było najtrudniej przeprowadzić?

– Dużo pracy trzeba było włożyć przy Karolu Linettym. Udało się to spiąć, ale początkowo trzeba było wstrzymać rozmowy.

O każdego zawodnika trzeba było powalczyć. Tomasiewicz, Dembele, Jurcec… Tymi piłkarzami interesowały się też inne ekipy, ale już wcześniej mieliśmy z nimi kontakt, również z ich agentami, a także pokazaliśmy klub i miasto. To spowodowało, że przy konkretnych rozmowach byliśmy w stanie rywalizować z innymi zespołami, niekoniecznie przerzucając się finansami.

Jakie kluby rywalizowały np. o Tomasiewicza?

– Najlepiej byłoby rozmawiać z jego agentami.

Wspomniał pan o tym, że na początku wycofaliście się z rozmów z Karolem Linettym. Dlaczego tak się stało i co sprawiło, że finalnie udało się je wznowić?

– Przede wszystkim wycofaliśmy się ze względów finansowych. Wiedzieliśmy, jakie są oczekiwania Karola. Wiedzieliśmy też, że mamy Michała Mokrzyckiego, ściągnęliśmy Grześka Tomasiewicza, są Yriarte i Shabani, plus młodzi zawodnicy. Pozyskanie Linettego mogłoby sprawić, że ktoś przestałby grać.

Nieszczęsna kontuzja Michała spowodowała, że trzeba było ściągnąć kogoś na pozycje 6–8. Minęło też trochę czasu od sytuacji z Karolem. Kiedy znalazła się przestrzeń i wiedzieliśmy, że jest nam teraz po prostu bardzo potrzebny, rozmowy były łatwiejsze. Finanse na pewno też były wtedy dużo mniejsze.

Poza tym zrobienie kilku transferów dawało zawodnikowi szerszą perspektywę. Pokazywało, że w Śląsku coś się dzieje, że klub się wzmacnia i nie chce grać tylko o przetrwanie. Zdajemy sobie sprawę, że ten sezon będzie ciężki, ale wizja nie jest tylko i wyłącznie na miesiąc, pół roku czy rok.

Karol Linetty bardzo szybko wskoczył do składu. W dwóch ostatnich meczach, pod nieobecność Piotra Samca-Talara, był też kapitanem. Spodziewaliście się, że tak szybko stanie się tak ważnym zawodnikiem i będzie nosił opaskę?

– Oczywiście. Ściągnęliśmy zawodnika na takim etapie kariery, którego Śląsk chyba nigdy nie ściągał. Musimy też wiedzieć o tym, że nie jest to piłkarz, który jest już jedną nogą po drugiej stronie, tylko w dalszym ciągu ma sporo do udowodnienia. Jeśli będzie w bardzo dobrej dyspozycji, to będzie mógł jeszcze myśleć i marzyć o reprezentacji Polski.

Wiedzieliśmy, że sprowadzamy jakościowego i charyzmatycznego gościa. W Serie A wielokrotnie był kapitanem. Z automatu znalazł się u nas w radzie drużyny, a już po paru dniach stał się głosem szatni. Zespół doskonale wiedział, że jeśli komuś trzeba będzie dać opaskę pod nieobecność Piotrka, to będzie to Karol. Wiadomo, że drugi w hierarchii jest Michał Szromnik, lecz w przypadku zawodnika z pola komunikowanie się z sędzią jest zdecydowanie łatwiejsze. Była to wspólna decyzja ze sztabem szkoleniowym, ale myślę, że cały skład szybko to zaakceptował.

Czy były jakieś transfery, które były blisko realizacji, ale ostatecznie nie doszły do skutku?

– Było kilka takich sytuacji. W ostatnich dwóch dniach mogliśmy pozyskać bardzo ciekawego lewego wahadłowego z zaplecza TOP 5 (typu 2. Bundesliga czy Championship – red.). Ma ciekawą przeszłość w najlepszych ligach. Rozmowy były zaawansowane, klub zaakceptował ruch, zawodnik na początku był na „tak”, ale finalnie do nas nie trafił. Trochę żałujemy, aczkolwiek byśmy chcieli wrócić do tego tematu – może się uda. Wiedzieliśmy też o tym, że zostawiamy tę pozycję na koniec – Jurcec może sobie świetnie poradzić na obu bokach, do końca rundy da nam gwarancję jakości.

Zdarzało się, że w trakcie pogłębionego wywiadu środowiskowego zauważaliśmy czerwone flagi albo po prostu nie było zadawalającej oferty z dwóch stron.

Chcieliście jeszcze kogoś z Ekstraklasy?

– Nie. Od początku wiedzieliśmy, kogo chcemy. Było kilka nazwisk z Ekstraklasy, ale potem śledziliśmy rynek zagraniczny i to było dla nas kluczowe.

Czyli przez całe okno transferowe nie było tak, że szczególnie mocno skupialiście się na polskim rynku?

– Myśleliśmy o nim dużo, ale nie było wielu wolnych zawodników do pozyskania. Ci, którzy się wyróżniają, są poza zasięgiem innych polskich klubów. Jeśli gracz z polskim paszportem dobrze wygląda w Ekstraklasie, to naturalnym krokiem i często pierwszym wyborem jest dla niego próba wyjazdu zagranicznego.

Czy to prawda, że zainteresowaliście się Bohdanem Wjunnykiem?

– Nie. Od samego początku był nam proponowany przez agentów, ale chyba nawet nie doszliśmy do etapu rozmów z prezentacją. Nie byliśmy na tyle zainteresowani, żeby w ogóle podejść do tego tematu.

Z takich nazwisk, które pojawiały się w mediach, latem przewijał się też Karol Angielski.

– Też nie było tematu. Przede wszystkim nie zgadzał nam się wiek i profil zawodnika z tym, jak dzisiaj Śląsk Wrocław chce grać.

A Szymon Żurkowski? O nim również się pisało.

– To był temat, o który podpytaliśmy: jak wygląda zdrowotnie itd. Nie było jednak żadnych konkretów, tylko badanie.

Czyli nie było większego zainteresowania z waszej strony albo sam zawodnik nie był zbyt chętny?

– Wiedzieliśmy, kogo chcemy. Mamy rozbudowaną bazę danych. Jeśli widzimy coś, co nam się w danym piłkarzu podoba, chcemy zrobić wywiad środowiskowy. Od czasu do czasu podpytujemy o polskich zawodników z ciekawą przeszłością, o ich sytuację i o to, czy nic im nie dolega po kontuzji. Takich telefonów wykonujemy naprawdę dużo.

O jakich jeszcze Polaków z ciekawą przeszłością pytaliście?

– Nie chcę zdradzać takich szczegółów, ale było tego sporo. Pracy było naprawdę dużo w letnim oknie. Wiedzieliśmy, że musimy odpowiednio skonstruować kadrę po awansie, a także podnieść jakość piłkarską. Chcieliśmy sięgnąć po kogoś z zagranicy, a także pamiętać o Polakach. Stąd transfery Tomasiewicza, Niemczyckiego, Borysa czy… Jurceca, którego traktujemy jak naszego rodaka.

A Dominik Fitz? Było coś na rzeczy w kontekście jego transferu do Śląska?

– Myślę, że to było podobnie jak w przypadku Żurkowskiego – bardziej podpytanie o zawodnika. Z drugiej strony pewnie niewielu dziennikarzy o tym wiedziało. Nie lubię sytuacji, w których pojawiają się informacje o zawodnikach, z którymi możemy rozmawiać albo którymi możemy być zainteresowani. Jeżeli pojawia się wieść, że tylko pytamy o danego gracza, po prostu się wycofuję. Nie ma czegoś takiego, że agent czy piłkarz sam coś przekazuje mediom, a my później mamy się w to angażować. Jeśli informacja ma służyć podbijaniu rynku kosztem Śląska Wrocław, to na pewno nie będę się na to pisał. Dlatego w przypadku Fitza również musieliśmy od razu wycofać się z tematu, kiedy to wypłynęło.

Szymon Łyczko – czemu do was nie trafił?

– Bo wybrał Zagłębie Lubin, do czego miał prawo. Nie ma sensu drążyć tematu.

Długo z nim rozmawialiście?

– Tak. Były długie rozmowy, ale mamy swoje granice i sufit. Chcemy budować kadrę w określony sposób – z odpowiednią proporcją obcokrajowców i Polaków, ale również w konkretnych ramach finansowych. Nie byliśmy w stanie przebić tego, co najprawdopodobniej zaoferowało Zagłębie.

Przejdźmy do wątku zawodników, którzy przeszli ze Śląska do Twente. Zacznijmy od Kurowskiego. Dlaczego nie został we Wrocławiu?

– To pytanie do niego. Jeśli miałbym mieć do siebie o coś pretensje, to szkoda, że nie zacząłem z nim rozmawiać już w październiku czy listopadzie, tylko w momencie objęcia funkcji dyrektora. Z drugiej strony takie jest życie. Wybrał swoją drogę. Nie do końca był z nami szczery, ale to jego kariera i on o niej decyduje. To on wybiera, co chce robić, a czy wybierze dobrze, czy źle, okaże się pewnie na samym końcu.

My musimy pamiętać, że Śląsk Wrocław był, jest i będzie. Niezależnie od tego, czy pracuje w nim Grodzicki, Kurowski czy Dembele. Śląsk zawsze sobie poradzi i musimy o tym pamiętać, bo decyzje piłkarzy będą zawsze różne.

Trzymam kciuku za Krzyśka. Dużo popracowaliśmy nad tym, żeby dostał szansę u trenera Simundzy. Zrobiliśmy sporo, żeby stworzyć przestrzeń do jego gry. Mogę wspomnieć choćby o tym, że pracowaliśmy nad wypożyczeniem Guercio, żeby Kurowski miał więcej możliwości występów.

Jestem zadowolony, bo Krzysiek bardzo pomógł klubowi w awansie do Ekstraklasy, a przy okazji – będąc młodzieżowcem – uzbierał dla nas sporo punktów w Pro Junior System. Dzięki temu, Śląsk miał jakieś profity.

Przejdźmy do Rosiaka. Czemu trafił do Twente?

– Dostaliśmy dobrą ofertę, płatną w jednej racie. Musimy pamiętać, że jesteśmy klubem, który chce sprzedawać zawodników, a później te pieniądze inwestować w kolejnych piłkarzy.

Jeśli możemy zarobić na Rosiaku, który trafił do nas za darmo, a po roku otrzymać za niego bardzo dobre pieniądze w jednej racie, to po prostu musimy się nad tym pochylić, wziąć to, co możemy dostać z transferu, i mądrze zainwestować te środki.

Są zawodnicy, których bardzo ciężko zastąpić, ale prawda jest taka, że nie ma ludzi niezastąpionych. Transfer Rosiaka otworzył nam drzwi do tego, żeby wzmocnić drużynę jeszcze na dwóch czy trzech pozycjach.

W mediach pojawiała się kwota około miliona euro za Rosiaka. Dostaliście mniej więcej tyle?

– Dostaliśmy dobre pieniądze. Nie chcę ani potwierdzać, ani zaprzeczać. Otrzymaliśmy środki, które nas zadowoliły, stąd ten transfer. Jak powiedziałem wcześniej, rzuciliśmy wszystko na szalę i uznaliśmy, że ten ruch sprzedażowy może naprawdę dużo dać, jeśli chodzi o dalszy rozwój drużyny.

Twente z tego, co wiadomo, podbijało swoją propozycję.

– Szczerze powiedziawszy, na początku byliśmy bardzo daleko od siebie. Wiedzieliśmy jednak, że bliżej końca okna Twente może nas zaskoczyć i zbliżyć się do naszych warunków. W pewnym sensie mieliśmy rację. Przypuszczaliśmy, że może pojawić się oferta, która będzie dla nas satysfakcjonująca, dlatego byliśmy na to przygotowani.

Mieliśmy na liście Jurceca, którego bardzo szybko sprowadziliśmy do drużyny. Między innymi w niego zainwestowaliśmy środki uzyskane z transferu Rosiaka.

Czy w tym oknie transferowym były sytuacje, w których zawodnicy Śląska mieli oferty, rozważaliście je, ale finalnie zdecydowaliście się ich zatrzymać?

– Nie było chyba żadnych konkretnych ofert, przy których moglibyśmy powiedzieć: „To są naprawdę satysfakcjonujące pieniądze, ale lepiej będzie, jeśli zawodnik zostanie z nami”. Były jakieś podpytywania, ale nic oficjalnego. Trudno więc dzisiaj oceniać, czy dany telefon był poważny, czy nie. Szkoda naszego czasu, żeby o tym rozmawiać.

Jeśli chodzi o przedłużenia kontraktów, już działacie i rozmawiacie z zawodnikami, którym umowy kończą się w czerwcu?

– Tak. Szczerze powiedziawszy, zaczęliśmy rozmowy już w lipcu. Dzisiaj (rozmawialiśmy w środę, 30 września – red.) mamy drugą turę rozmów z kolejnymi zawodnikami. Z tymi, z którymi już zaczęliśmy rozmawiać, nie jesteśmy ani zdecydowanie bliżej, ani dalej. Cały czas próbujemy się do siebie zbliżyć i doprowadzić do sytuacji, w której obie strony zaakceptują proponowane warunki.

Teraz mamy moment, w którym rozmawiamy z kolejnymi zawodnikami, którym pod koniec sezonu kończą się kontrakty. Dzisiaj też lepiej widzimy, w jakim są miejscu. Jesteśmy po dziewięciu meczach w Ekstraklasie i więcej wiemy o tym, czego możemy od danego piłkarza wymagać i czego się po nim spodziewać. Możemy więc już w październiku czy listopadzie ocenić, czy widzimy możliwość przedłużenia umowy, zamiast czekać do marca czy kwietnia.

Z kim konkretnie rozmawiacie?

– Jest kilku zawodników, którym kończą się kontrakty w czerwcu. Każdego próbujemy zaprosić na rozmowy i przedyskutować dalszy plan. Na razie jest czterech takich piłkarzy.

W tym gronie są Samiec-Talar, Szromnik, Macenko?

– Są zawodnicy z tego grona, z którymi rozmawiamy. Ale jeszcze nie dyskutujemy ze wszystkimi. Wspomniałem o czwórce, a kontrakty kończą się jeszcze trzem piłkarzom.

Mamy to rozplanowane na pewne etapy – wiemy, z kim i kiedy chcemy rozmawiać.

A z Mariuszem Malcem już rozmawiacie?

– Jeszcze nie usiedliśmy do rozmów. Mamy listę konkretnych zawodników, z którymi chcemy krok po kroku podchodzić do rozmów. Nie chcemy prowadzić wszystkich rozmów jednocześnie, bo nie zawsze jest to efektywne. Z każdym z tych piłkarzy przyjdzie jednak czas na rozmowę.

Piotr Samiec-Talar. Jak wyglądają rozmowy w sprawie przedłużenia jego kontraktu? Do momentu kontuzji był pewnie najlepszym zawodnikiem Ekstraklasy.

– Myślę, że tak. Piotr był w kapitalnej dyspozycji. Mam nadzieję, że kontuzja nie odciśnie się na jego formie. Teraz, kiedy obserwuję go podczas treningów, widać, że jest wypoczęty i głodny gry. To duży plus. Bardzo chciałbym, żeby Piotrek cały czas był w dobrej dyspozycji. Sztab szkoleniowy również dużo pracuje nad tym, żeby jego forma utrzymywała się na wysokim poziomie.

Jeśli chodzi o nasze rozmowy, to myślę, że nie jesteśmy ani daleko od siebie, ani nie przybliżyliśmy się do siebie nie wiadomo jak bardzo. Natomiast po ostatnich rozmowach widzę chęć, żeby po całym tym zamieszaniu – kontuzji, wcześniejszej bardzo dobrej formie i być może również temacie powołania – podejść do sprawy z chłodniejszą głową.

Teraz znaleźliśmy taki moment, w którym spokojniej rozmawiamy z Piotrem i jego agentami. Liczę na to, że jesteśmy w stanie doprowadzić do porozumienia. Okno transferowe się zamknęło, więc nie naciskamy jakoś bardzo mocno. Dzisiaj najważniejsze jest to, żeby Piotrek wrócił do pełnej dyspozycji, dobrze przeszedł rehabilitację ręki i wrócił na boisko, żeby pomóc drużynie.

Mniej więcej raz w tygodniu odbywają się jednak rozmowy i mogę powiedzieć, że są to dobre rozmowy.

Latem były za niego jakieś konkretne oferty?

– Były podpytywania, ale bez konkretów. A to, o co pytano i jakie kwoty oferowano, absolutnie nas nie satysfakcjonowało.

Jagiellonia o niego pytała?

– Nie. Były dwa kontakty zagraniczne.

Jeśli do grudnia czy stycznia nie przedłużycie z nim kontraktu, będziecie zimą próbowali go sprzedać, żeby nie ryzykować, że latem odejdzie za darmo?

– Gdybyśmy chcieli sprzedać Piotrka, zrobilibyśmy to już teraz. A czy będziemy chcieli sprzedać go w styczniu? Można bardzo łatwo postawić sprawę na szali i odpowiedzieć sobie na pytanie, czy lepiej Piotrka sprzedać, czy zostawić w drużynie, żeby dał jej konkretne liczby. Być może dzięki temu zespół zajmie takie miejsce, że klub zarobi więcej na wyniku sportowym niż na samym transferze.

Nie mamy w planach sprzedawać go w styczniu lub lutym. Doskonale wiemy, że każdy zawodnik marzy o tym, żeby wyjechać za granicę. Myślę, że Piotrek o czymś takim marzy. Pamiętajmy jednak, że jeśli podtrzyma formę, to mogą zgłosić się po niego naprawdę ciekawe kluby. Wtedy jego kariera może jeszcze mocniej się napędzić. Myślę, że może też zostać powołany do reprezentacji Polski.

Co z Warchołem i Sokołowskim?

– To są zawodnicy, którzy w naszej opinii po prostu nie pasują do założeń, które sobie przyjęliśmy, jeśli chodzi o grę w Ekstraklasie. Wielokrotnie mówiłem, że oprócz jakości piłkarskiej kluczowa jest dla nas motoryka. Ściągamy graczy, którzy po prostu muszą mieścić się w naszych założonych widełkach motorycznych.

Zostali przesunięci do drugiej drużyny. W ich miejsce ściągnęliśmy, w naszej opinii, lepszych piłkarzy, bardziej intensywnych i pasujących do tego, jak chcemy grać w Ekstraklasie.

Dla obu szukaliśmy nowych klubów. Było zainteresowanie jednym i drugim, ale nie skorzystali z tych propozycji. Stwierdzili, że zostaną w Śląsku Wrocław. Myślę, że daliśmy im przestrzeń do tego, żeby dalej funkcjonowali. Oczywiście nie jest to już przestrzeń na poziomie Ekstraklasy, tylko drugiej ligi.

O ile Warchoł wraca po długim leczeniu palca u stopy, to Sokołowski funkcjonuje jak doświadczony zawodnik. Nie ma z naszej strony żadnego negatywnego podejścia do obu piłkarzy. Chcemy, by mogli dalej się rozwijać.

Jeden i drugi jest w rezerwach. Nie znaleźliśmy rozwiązania, żeby wszystkie strony były zadowolone pod kątem letnich transferów. Czekamy do zimowego okna i zobaczymy co dalej.

Jakie mieli oferty?

– Nie chcę psuć pracy innym klubom i wchodzić w ich sprawy, czyli mówić, kim się interesują, a kim nie. Było zainteresowanie paru zespołów z 1. Ligi, ale z wiadomych sobie powodów zawodnicy z niego nie skorzystali.

Tylko oni mogą powiedzieć, dlaczego wolą zostać tutaj, gdzie są, zamiast spróbować swoich sił gdzie indziej. Absolutnie każdy piłkarz ma do tego prawo. Mamy z nimi ważne kontrakty i generalnie nie mamy zamiaru robić z tego jakiegoś problemu. Przykładem jest też Miłosz Kozak, który po dłuższej pracy z rezerwami stwierdził, że to chyba czas, żeby odejść z klubu i po prostu szukać nowego miejsca.

Takie są losy piłkarzy. Tak jak powiedziałem, chcemy też robić miejsce dla młodych zawodników w Ekstraklasie. Stąd takie, a nie inne decyzje.

Dużo mówi się o Adamie Ciućce. Co może pan powiedzieć o jego obecnej sytuacji? Pojawiają się już jakieś propozycje albo rozmawiacie o przedłużeniu kontraktu?

– Generalnie myślę, że proces aklimatyzacji i wprowadzania Adasia do pierwszej drużyny odbywa się tak, jak sobie założyliśmy. Fajnie to zaczyna wyglądać. Dobrze wkomponowuje się w zespół – tak, jak Dorian Markowski.

Myślę, że ten nasz projekt, czyli dawanie większej liczby szans naszym wychowankom, fajnie funkcjonuje. W poprzednim sezonie nie tylko Ciućka, Markowski i Wojtczak dostawali swoje szanse, był też Rostek. Teraz jest również Żulewski, jest kilku innych chłopaków, Mazan także otrzymał szansę.

Pracujemy nad tym, żeby najlepsi zawodnicy z naszej akademii dostawali możliwość wejścia do pierwszego zespołu. Dzisiaj na szczycie tego wszystkiego jest Adaś, bo za nami solidne wejście, ma bramkę i asystę. To jeden z ciekawszych piłkarzy, w którego naprawdę mocno inwestujemy. Nie idziemy jednak w stronę tego, że po dwóch meczach będziemy w określony sposób budować wokół niego całą narrację. Spokojnie.

Transfer Linettego da bardzo dużo takim zawodnikom, jak Markowski, Ciućka, Mazan czy Sadłocha. Mogą się uczyć, podpatrywać – zarówno na boisku, jak i poza nim.

Mamy dobry plan na Adasia. Zobaczymy, co będzie dalej. Wraca do nas z reprezentacji U-18. Myślę, że zasłużenie tam pojechał i pokazał, że jest pełnowartościowym zawodnikiem klubu ekstraklasowego. Chciałbym, żeby dalej tak się rozwijał, bo myślę, że on sam jest świadomy, że to dopiero początek. Teraz wymagań wobec niego będzie coraz więcej. Czasami łatwiej jest wdrapać się na szczyt niż się na nim utrzymać, więc to wcale nie będzie takie proste.

Próbujecie już rozmawiać z nim o przedłużeniu kontraktu? A może podobne rozmowy prowadzicie z innymi młodymi zawodnikami? Markowski ma umowę do 2028 roku, a Mazan do czerwca 2027.

– Każdy z tych zawodników może mieć jakieś opcje, więc odpowiednio tym zarządzamy. Wiemy, z kim trzeba rozmawiać. Zresztą już w tamtym roku chcieliśmy do tego podejść w taki sposób, żeby dawać szansę przede wszystkim piłkarzom, którzy są zabezpieczeni kontraktami. To jest normalne zachowanie.

Adaś ma ważny kontrakt (do połowy 2028 roku – red.), więc mamy przestrzeń do rozmów. Wiemy już, z kim w pierwszej kolejności trzeba rozmawiać, a z kim później. Jesteśmy praktycznie na bieżąco z każdym agentem.

Jestem po rozmowach z agentem Adama. Wydaje mi się, że oni także są zadowoleni z tego, jak Ciućka dzisiaj funkcjonuje w Śląsku Wrocław, jak jest wprowadzany i jak się rozwija. Ten postęp jest bardzo widoczny. Druga liga też daje mu bardzo dużo – w rezerwach jest zresztą ciekawy sztab.

Przejdźmy do zawodnika, którego Śląsk sprzedał do Atletico Madryt. Co pan czuje, patrząc dzisiaj na to, jak rozwija się Ortiz, który gra w La Lidze?

– Miałem z nim bardzo dobry kontakt, nie wiem czy nie najlepszy. Chciałbym też pochwalić Dawida Baldę za to, że razem ze skautingiem znalazł takiego zawodnika. Wiem, że skauting mocno pracował nad Ortizem, między innymi Mateusz Sitek. Wyciągnęliśmy go z drugiej drużyny dwa lata temu. Dostał szansę i od razu zdobył piękną bramkę w Białymstoku.

Z jednej strony bardzo się cieszę, bo byłem w Madrycie, na stażu w Atletico – właśnie dzięki temu transferowi. Poznałem tam sporo ludzi, również tych ważnych. Zobaczyłem, jak funkcjonuje klub, ale widziałem też Arnaua podczas treningu i to, jak Fernando Torres podchodzi do niego indywidualnie.

Żałuję, że nie ma go u nas, bo uważam, że Śląsk bardzo dużo mógłby skorzystać z jakości piłkarskiej Ortiza. Tak jak wcześniej powiedziałem, to jest jednak piłka nożna. Czasami decydują piłkarze, czasami agenci, a czasami kluby.

Na pewno jest duma z tego, że nie odszedł za darmo i że Śląsk na tym transferze zarobił. Zarobiliśmy również na tym, że Arnau zadebiutował w La Lidze, a dzięki temu ruchowi o Śląsku zrobiło się trochę głośniej.

Niedawno byłem w Belgradzie na jednym z eventów. Śmiałem się, ale wiele klubów gratulowało nam, że sprzedaliśmy zawodnika do Atletico Madryt i że dzisiaj jest on w pierwszej drużynie. Mam mieszane uczucia. Z jednej strony super, fajnie, że dzisiaj gra w jedynce. Z drugiej strony szkoda, że nie został u nas. Można było o niego powalczyć, rozwijać go, poświęcić mu więcej czasu, gdy nie miał jeszcze liczb – być może zacząłby je robić.

Ortiz pojechał, powiedzmy, w rodzinne strony, gdzie miał przyjaciół, rodzinę. Wszystko kliknęło i zaczęło świetnie wyglądać. Reasumując: super, że gra w Atletico. Mam z nim kontakt. Z drugiej strony szkoda, bo przydałby się nam w Śląsku.

Czy jego historia może się przełożyć na kolejne współprace z Atletico?

– Powiem tak: jeśli obserwujemy rynek hiszpański, to pozwalamy sobie na kontakt z Atletico i staramy się uzyskać od nich pierwsze informacje nt. zawodników.

Co będzie dalej? Nie wiem. Myślę, że nie jesteśmy dla nich klubem, który na tę chwilę może dać im coś konkretnego. Nasza liga jednak niesamowicie się rozwija. Kto wie, być może kiedyś będziemy ciekawymi partnerami. Dbamy o relacje.

Macie dwie, trzy, cztery ligi zagraniczne, które szczególnie mocno śledzicie pod kątem transferów? Na przykład La Liga 2 czy Championship?

– Myślę, że po naszych transferach bardzo łatwo można odczytać, jakie kierunki są dla nas istotne. Najwięcej zawodników, których ściągnęliśmy, pochodzi ze Skandynawii, więc ten kierunek jest dla nas już chyba oczywisty.

Ciekawa jest dla nas również liga chorwacka, ale także druga i trzecia liga niemiecka oraz trzecia liga hiszpańska. Myślę, że to są kierunki, które nie tylko my obserwujemy, ale również wiele innych klubów ekstraklasowych.

Staramy się mieć rozpoznanie praktycznie wszędzie, ale te ligi, które wymieniłem, są chyba najbardziej konkretne, jeśli chodzi o nasze działania.

Źródło: Stolica Sportu

Nie przegap kolejnych treści!

Dodaj nas do preferowanych źródeł Google

Dodaj w Google

Wybrane dla Ciebie