Torres strzela jak na zawołanie w Paryżu, ale żałuje, że nie zabrał ze sobą Pedriego
Siedem goli w sześciu meczach to bilans, jakiego niewielu się spodziewało po zawodniku, który w Barcelonie nie potrafił ustabilizować formy. Ferran Torres zaskakuje w nowych barwach, choć sam przyznaje, że najtrudniejsze było coś zupełnie innego niż piłka.
Ferran Torres trafił do Paris Saint-Germain latem i od pierwszych tygodni gra tak, jakby spędził w tym klubie lata. Siedem goli w zaledwie sześciu występach to statystyka, która mówi sama za siebie.
25-latek szybko zbudował relację z Luisem Enrique, którego nazywa swoim „piłkarskim ojcem”. W szatni PSG spotkał też znajome twarze: Fabiana Ruiza oraz wychowanka Barcelony Pedro „Dro” Fernándeza. To ułatwiło start, choć sam Torres podkreśla, że najtrudniejsza okazała się ta część życia, która nie ma nic wspólnego z boiskiem.
Przeprowadzka do nowego kraju, nauka języka, kompletna zmiana codziennej rutyny. Wszystko wydarzyło się w ekspresowym tempie. „To trudne: jednego dnia jesteś tu, a następnego pakujesz walizki” — przyznał napastnik. Zaraz potem dodał z uśmiechem: „Jedyny, kogo nie mogłem zabrać ze sobą, to Pedri”.
Na boisku powodów do narzekań brakuje. Torres stał się ważną opcją w ataku PSG, a jego skuteczność przyciągnęła uwagę. Znalazł się w gronie 30 nominowanych do Złotej Piłki, obok pięciu innych reprezentantów Hiszpanii: Lamine'a Yamala, Pau Cubarsíego, Marca Cucurelli, Rodriego i Fabiana Ruiza.
O samą nagrodę Torres nie chciał jednak spekulować. „Kto ma wygrać, ten wygra — to nie ode mnie zależy” — stwierdził krótko. Jedyne, co zdradził, to sympatia dla rodaków: „Jeśli wygra Hiszpan, tym lepiej”.